Bajeczne wybrzeże Oregonu.

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Droga 101 w Oregonie dalej wije się wzdłuż Pacyfiku. Czasem po wysokich klifach, czasem zjeżdża nad sam ocean, co rusz przejeżdżamy przez wysoki most na jakiejś rzece. Przy jednym z nich zatrzymujemy się, aby przejść się na spacer i zobaczyć, jak wygląda z dołu. Jest wyjątkowo wysoki. Szlak się ukrywa, chodzimy chwilę po parkingu, w końcu udaje mi się przekonać chłopaków, że tak, musimy iść tym szlakiem, co zdaje się prowadzić w złym kierunku, bo za chwilę na pewno zakręci w stronę mostu. Miałam rację. Idzie się zboczem góry przez bujny las, w dole plaża. Po krótkim spacerze dochodzi się do punktu, z którego pomiędzy drzewami widać most. Orzekamy, że owszem, jest wysoki, jednak ten akurat nie jest szczególnie spektakularny, zawracamy więc i jedziemy dalej. Naszą misją na już jest znalezienie punktu wylewania ścieków i miejsca na obiad. W Bullards jest kemping, który pozwala za darmo wylewać ścieki, tam się też kierujemy. Chłopaki oporządzają przyczepę, a ja i Zuza idziemy zwiedzać kempingowy… cmentarz. Tak, tak, założyciel parku stanowego, w którym teraz jesteśmy został tutaj pochowany wraz z całą swoją rodziną. Jest tu więc kilka bardzo starych (jak na USA) grobów z przełomu XVIII i XIX wieku.

Zaopatrzeni w świeżą wodę pojechaliśmy na drugą stronę parku, nad rzekę, gdzie z widokiem na most zrobiliśmy i zjedliśmy obiad. Musiała rodzina trochę się naczekać, bo wymyśliłam sobie kurczaka w indyjskim sosie szpinakowym z domowej roboty indyjskimi plackami. Zrobiłam, zjedliśmy, nikt się nie najadł i generalnie średnio nam smakowało (zabrakło porządnych przypraw). Po obiedzie wzięliśmy prysznic i ponownie opróżniliśmy zbiorniki na brudną wodę i pojechaliśmy w stronę Coos Bay, gdzie znaleźliśmy miejsce na nocleg przy drodze biegnącej wzdłuż samiutkiej plaży, nie jest idealnie, bo przy drodze, ale w nocy nikt tu nie jeździ. Mamy za to całą plażę prawie dla siebie. Musimy uważać, bo pobocze jest dokładnie takie szerokie, jak nasza przyczepa i gdy się z niej wychodzi to od razu jest spora dziura. Rano wybrałam się z Zuzią na spacer po plaży, pobawiłyśmy się z pieskiem i nacieszyłyśmy rześkim porankiem na pustej plaży. Bardzo przyjemne chwile.

Po śniadaniu ruszyliśmy do Florence, małej nadmorskiej miejscowości, gdzie mieliśmy nadzieję zaopatrzyć się w jakieś ryby, najchętniej wędzone. Ogarnął nas sentyment za bałtycką wędzoną rybką. Po powrocie będzie trzeba sprzedać dzieci wytęsknionym dziadkom (pozdrawiamy!), i skoczyć na romantyczny weekend we dwoje nad polskie morze. We Florence obczailiśmy budkę z rybami w samym porcie, wujek Google nam polecił, jednak akurat tego dnia mieli tylko kraby. Nie skusiliśmy się, za to poszliśmy do poleconej przez tutejszą obsługę innej budki, Krab Kettle, zaraz przy 101, gdzie zaopatrzyliśmy się w niezwykle świeżego tuńczyka i wędzonego łososia. Skosztowaliśmy też tutejszej zupy clam chowder. To zupa z różnych muli i krabów, ale chyba przede wszystkim ze śmietany i sera. Zdrowa na pewno nie jest, ale całkiem smaczna. Wzięliśmy tylko jedną porcję w nadziei, że może zasmakuje dzieciom, ale jednak nie. Z pustymi brzuchami ruszyliśmy spacerem w poszukiwaniu knajpki na obiad. Znaleźliśmy. Poleciła nam ją pani ze sklepu rybnego i nie pomyliła się! Restauracja Bridgewater była pełna ludzi, początkowo powiedziano nam, że będziemy musieli czekać 45 minut na stolik, jednak zwolnił się mały stoliczek przed wejściem i tam sobie usiedliśmy. Trochę w przejściu, ale nie przejmowaliśmy się. Zamówiliśmy lokalne fish & chips trio czyli ryba w cieście smażona na głębokim tłuszczu. W naszym zestawie były łosoś, dorsz i halibut. Szczególnie ten ostatni był wyśmienity! Dzieciaki wcinały aż im się uszy trzęsły, zamówiliśmy dodatkową porcję. Ja jadłam kanapkę z masą warzyw i łososiem, ale nie mogłam nie skusić się na tą pyszną rybę. Bardzo polecamy to miejsce!

Brzuchy były przyjemnie pełne, dopchaliśmy rybkę porcją lokalnych lodów, kupiliśmy warzywa na bazarku i ruszyliśmy do jaskini lwów morskich kilkanaście mil za Florence. Wejście znajduje się zaraz przy drodze 101, nie da się go nie zauważyć. Z tarasu widokowego można podziwiać, jeśli ma się takie szczęście jak my, wieloryby. Choć nie jest to czas ich migracji, było ich całkiem sporo, naliczyłam ze 3. Nie pokazały się niestety w pełnej okazałości, ale dało się zauważyć, jak wyrzucają wodę oraz czasami ich płetwy lub kawałek pyska. Z tarasu można też podziwiać lwy wylegujące się na przybrzeżnych skałach, całą ich masę! Nam widoki umilały lekkie chmury unoszące się tuż nad oceanem, całkiem niedaleko nas. Dodawały widokom jeszcze trochę magii. Patrząc w prawo, na północ, na jednym z kolejnych klifów można dostrzec przepiękną, biało- czerwoną, latarnię morską Haceta Headlight.

Upojeni widokami zjechaliśmy do jaskini windą. Na dole czeka malutka wystawa oraz widok na lwy morskie w jaskini. Szczerze powiedziawszy atrakcja jest przydrogawa (14$), jak na to, co oferuje, ale biorąc pod uwagę, że zobaczyliśmy i lwy morskie i wieloryby i latarnię, cena nas aż tak nie zabolała. Podejrzewam też, że można trafić na moment, gdy w jaskini jest zdecydowanie więcej lwów. Gdy my tam byliśmy, było ich w środku około 10.

Po zwiedzaniu pojechaliśmy dalej. Zatrzymaliśmy się po drodze jeszcze pod jednym mostem, potem w punkcie widokowym, gdzie Stasiek znów zrobił film o moście. Tam nakarmiliśmy dzieci, ordynarnie wynosząc na punkt widokowy talerz z parówkami oraz Jaśka krzesełko do karmienia. Stasiek ordynarnie rozstawił swój statyw w najbardziej atrakcyjnym miejscu do fotografowania mostu i tym sposobem można powiedzieć, że opanowaliśmy punk widokowy na dobre kilkanaście minut. Ale brzuchy pełne, foty są, film jest, nic innego się nie liczy. Jadąc dalej zahaczyliśmy jeszcze o Devil’s Punchbowl, szumnie nazwaną wielką dziurę w klifie, przez którą zagląda się do obmywanej falami morskimi jaskini. To znaczy zaglądałoby się, jakby się tu było na przykład około południa, gdy słońce z góry oświeca jaskinię. Bo o zachodzie słońca dziura jest po prostu wielką czarną dziurą, żeby pokazać na zdjęciu jak to wygląda musiałam nieźle popracować nad rozjaśnianiem cieni. Magia fotoszopa! Dalej szukaliśmy już kempingu. A jak to z nami bywa, oczywiście szukając go wpakowaliśmy się znów w jakieś wątpliwe drogi. Tu gdzieś źle skręciliśmy, tu nie dało się zawrócić, pierwszy kemping nam się nie spodobał, bo 20$, bez prądu i przyłączy, ale za to z wifi. Mieliśmy znaleziony kemping z Passport America za 23$ ze wszystkim. Pojechaliśmy więc tam jedyną szutrową drogą przez góry w okolicy. No bo przecież nie asfaltem. Ale nie było źle. Ale najlepsze jest to, że gdy dojechaliśmy na miejsce, ja już wszystko opłaciłam, pan już miał pokazywać miejsce, nagłowił się, które by tu było dla nas najlepsze, to się moi panowie jednak rozmyślili i stwierdzili, że skoro tutaj wifi jest tylko na recepcji, a nie na całym kempingu, to oni jednak wolą bez prądu, ale z wifi. Anulowałam więc całą transakcję i wróciliśmy, już asfaltem, na pierwotnie znaleziony kemping. A tam okazało się, że wifi jest, ale akurat nie działa… Na szczęście właścicielka była na tyle miła, że udostępniła nam swoją biurową sieć. Zbawienie! W końcu mieliśmy więc internet. Stanęliśmy w miejscu, gdzie zasięg był względnie najlepszy, a z powodu braku prądu odpaliliśmy nasz generator, za co Piotrek podczas ważnego posiedzenia w toalecie dostał burę od pana, któremu nasz generator najwyraźniej przeszkadzał. Grzecznie go więc wyłączyliśmy.

Kolejny dzień to jazda, jazda i jeszcze raz jazda. Za oknami przepiękne widoki. Zatrzymujemy się na zakupy, które zdecydowanie za długo trwają, nasze zakupy zawsze za długo trwają, a jak idę sama to jest to wyjątkowo mocno odczuwalne przez dorosłą męską część populacji naszej przyczepy. Ale kupione zostało wszystko, co potrzeba, to najważniejsze. Składniki na salsę do kupionego wczoraj tuńczyka są. Rybka się marynuje, a my jedziemy dalej, do Cannon Beach, gdzie zatrzymujemy się w parku miejskim, robimy grilla, zajadamy się pysznym tuńczykiem, a następnie idziemy na spacer po plaży. Tu trochę wygłupów, ale tylko trochę, bo pora się zbierać i jechać do Astorii, na granicy ze stanem Waszyngton, gdzie na rest area spędzimy dzisiejszą noc.