Biogradski Park Narodowy

Ten post należy do serii: Bałkany 2015
Pokaż więcej postów?

Gdy drobna zmiana planów odkrywa najpiękniejsze widoki – Park Narodowy Biogradska Gora

Tego dnia mieliśmy w planie dojechać do Albanii i, w zależności od pory dnia, albo znaleźć kemping po stronie czarnogórskiej, albo pojechać kawałek dalej w głąb Albanii. Pora była obiadowa, a naszym oczom ukazało się na mapie jezioro. Ponieważ było praktycznie po drodze, postanowiliśmy zatrzymać się na mały spacer i popas. Liczyliśmy na polanę nad samą wodą, jednak okazało się, że wkoło całego jeziora Biogradskiego jest ścieżka, drewniane kładki i co jakiś czas stolik z ławeczką.

Zaczęliśmy od wizyty na pomoście, z którego chętni mogą wyruszyć łodzią z wioślarzem na przejażdżkę po jeziorze. Następnie ruszyliśmy ścieżką w celu całego jeziora, licząc na to, że po drodze jednak znajdzie się jakaś polana. Szliśmy przez przepiękny las, ociekający soczystą zielenią, bagna porośnięte czosnkiem niedźwiedzim, którego zapach tylko pobudzał nasz apetyt. W końcu się udało, dotarliśmy na wypatrzoną na przeciwległym brzegu małą polankę, gdzie ugotowaliśmy obiad, pobawiliśmy się z małą i nabraliśmy siły na resztę dnia. Na mapkach znajdujących się obok jeziora, wypatrzyliśmy, że da się wjechać na punkt widokowy na sąsiadującej górze, Piotrek dodatkowo stwierdził, że jest tamtędy też przejazd na drugą stronę parku – zamiast wracać się do głównej drogi, moglibyśmy pojechać bocznymi, bardziej widokowymi. A prawdziwy turysta przecież nigdy nie zawraca. Jednak strażnik w parku powiedział nam, że pomimo, że mamy samochód terenowy to nie uda nam się przejechać dalej niż do punktu widokowego, ponieważ “tam na górze” leży śnieg i droga jest nieprzejezdna.

Rządni przygód postanowiliśmy pojechać na punkt widokowy i tam zdecydować czy ryzykujemy i jedziemy dalej, czy jednak wracamy się do głównej drogi. Ruszyliśmy wąską, błotnistą drożyną wijącą się serpentynami, po zboczu w górę. Ja w stresie, kurczowo trzymałam się fotela, widząc jak jest wąsko i jak stromo, Zuza radosna, Piotrek w pełni skupiony na prowadzeniu samochodu.

Widoki zapierały dech w piersiach. Nie wiemy, czy dotarliśmy na punkt widokowy. Wiedzieliśmy natomiast, że zaczyna padać i że na pewno nie chcemy jechać w dół tą drogą, którą wjechaliśmy na górę. Po kilkunastu kilometrach dojechaliśmy do przełęczy, w której zapytaliśmy napotkaną panią rolnik o przejezdność dalszej drogi. Znów usłyszeliśmy, że leży śnieg. Dowiedzieliśmy się jednak, że jest droga prowadząca do innej miejscowości. Postanowiliśmy więc, że zaryzykujemy i pojedziemy dalej, a jeśli napotkany śnieg uniemożliwi nam dalszą drogę to pojedziemy do tej innej miejscowości.

Za przełęczą otworzyliśmy usta z zachwytu i nie zamknęliśmy ich aż do wieczora. Jechaliśmy ledwo widoczną ścieżką przez połoniny, granie, łagodne zbocza. A z boków patrzyły na nas skaliste, wyniosłe góry. Dramatyzmu sytuacji dodawały ciężkie burzowe chmury zbierające się na niebie i silny wiatr. Romantyzmu dzikie, pasące się konie. Śniegu, jak na razie nie było. No dobra, było, taka mała łata na drodze, która akurat była w cieniu i jeszcze nie całkiem się roztopiła. Z jednej strony nas to cieszyło, z drugiej martwiło. Na mapie nie było już dróg, którymi jedziemy, kierowaliśmy się więc na azymut. Nie wiedzieliśmy jak daleko jeszcze, robiło się późno i zaczynaliśmy rozważać rozbijanie się w górach. Nadchodząca burza przekonywała nas jednak by jechać dalej.

Pod wieczór dotarliśmy do schroniska, którego właściciel powiedział nam, że żadnego śniegu nie ma i że wszystkie drogi są przejezdne. Zdecydowaliśmy jednak, że zatrzymamy się w tym schronisku na noc. Było piękne, puste i z widokiem, tak wyjątkowym że grzechem by było tam nie zostać na zachód i wschód słońca.

Zostaliśmy. Właściciel, bardzo miły starszy pan z zasadami, chyba był średnio zadowolony, bo Zuzka cały wieczór płakała i od rana Pan narzekał na ból głowy. Trochę nam głupio. Ale tylko trochę.