Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

CHICAGO

Z parku narodowego Badlands skierowaliśmy się, już bez dłuższych przystanków, z powrotem do Chicago. Jednego dnia przejechaliśmy ponad 500 mil – to nasz absolutny rekord! I tak kółko się zamknęło, choć przed nami jeszcze ładnych parę tygodni podróży! Na miejsce dojechaliśmy bardzo późno i niestety znaleziony przez nas parking okazał się być niewypałem – wjazd na niego był zbyt wąski dla naszej przyczepy. Zaczęliśmy więc jeździć po okolicy w poszukiwaniu jakiegokolwiek parkingu, na który udałoby nam się wjechać. Okazuje się, że nie jest łatwo. Wiele parkingów ma limity wielkości pojazdów lub limity czasu pozostawiania pojazdów. Jest tu ciekawy system – parkingi, które w godzinach pracy służą szkołom, biurom lub innym instytucjom, po godzinach pracy stają się płatnymi parkingami dostępnymi dla wszystkich. Można je znaleźć na przykład poprzez stronę i aplikację spothero.com – polecamy! Gdy tylko ją odkryliśmy, zaczęliśmy używać. Da się znaleźć tanie i dostępne parkingi w centrach miast. Co więcej można zrobić rezerwację i zapłacić online. Fajne.

Mieliśmy zamiar zostać w Chicago tylko jedną noc, jednak wygody mieszkania Kasi (pozdrawiamy!), która nas ugościła, bliskość placu zabaw i potrzeba odpoczynku sprawiły, że zostaliśmy chyba na trzy. Znów trochę pozwiedzaliśmy, odpoczęliśmy, poszliśmy na zakupy i typową dla Chicago deep dish pizza. Czyli taką pizzę smażoną / pieczoną w głębokiej patelni z masą sera, tłuszczu i wszystkiego co złe. Ale dobra była, nie powiem. Chicago nam się nawet podobało, choć po kilkukrotnym obejrzeniu wszystkich sezonów Ostrego Dyżuru paręnaście lat temu, wyobrażałam je sobie trochę inaczej. Gorzej, zaskoczyło mnie więc jak najbardziej pozytywnie.

DETROIT

Z Chicago ruszyliśmy w stronę wodospadu Niagara, który postanowiliśmy oglądać od strony kanadyjskiej. Naczytaliśmy się bowiem, że tak podobno lepiej. Ale o tym w kolejnym wpisie. Ważne, że po drodze zajechaliśmy do Detroit. Marzyło nam się tam pojechać, zobaczyć jak wygląda miasto, które zbankrutowało. Dla tych, którzy czytać za dużo nie lubią napiszę od razu, że wygląda przede wszystkim PUSTO. Szerokie, puste ulice. Duże, puste domy z oknami pozabijanymi dyktą. Przeogromna, wielopiętrowa stacja kolejowa stoi opuszczona, jakby na środku pola. Ciągnące się po horyzont, niszczejące budynki dawnych fabryk samochodów. Uliczne malowidła i graffiti. Mało ludzi. Majaczy na horyzoncie centrum z wyglądającymi dość nowo wieżowcami, ale gdy tam wjechać to też pusto. Trudno uwierzyć, że niegdyś było to najbogatsze miasto w USA. Tu produkowano czołgi, samoloty, samochody, broń i amunicję na potrzeby walki z III Rzeszą podczas Drugiej Wojny Światowej. W 1950 roku żyło tu prawie 2 mln ludzi. 18 lipca 2013, w dniu, gdy miasto ogłosiło bankructwo, mieszkańców było niewiele ponad 700 tysięcy, z czego 85% to czarni. Biali wyprowadzili się na przedmieścia. Masowa emigracja nastąpiła w latach 50tych i 60tych po serii krwawych zamieszek. Firmy zaczęły się wyprowadzać na przedmieścia, wystraszone sytuacją w mieście. Duże firmy motoryzacyjne, jak Packard ogłaszały bankructwa, potęgując emigrację. Wzrosła przestępczość, co sprawiło, że najbogatsi mieszkańcy zaczęli się wyprowadzać, razem ze swoimi wysokimi podatkami, które przestały wpadać do kasy miasta. I tak, po 50 latach Detroit stało się najbardziej zrujnowanym oraz najbardziej niebezpiecznym miastem w USA. My nie czuliśmy się tu niebezpiecznie, jednak przyznam, że miałabym obawy przed pozostaniem tu na noc. Ponad 1/3 ludzi żyje tu w skrajnej biedzie, często squatując w opuszczonych budynkach. Jest oczywiście ogromne bezrobocie, kwitnie handel narkotykami. Ruinę widać na każdym rogu i przytłacza. Choć widać też, że powoli zaczyna wracać tu życie. Deweloperzy rozbierają stare budynki, by zbudować na ich miejscu nowe, w starych fabrykach otwierają się galerie, całe dzielnice zamieniają się w platformę do wyrażania siebie przez sztukę. Nadal jednak można tutaj kupić dom za 500$, są nawet programy, które dofinansują chętnych do przeprowadzki do miasta.

W tej całej ruinie jednak nadal coś się dzieje. Jest tu przeogromny budynek Chryslera czy przepiękny Fisher Building (który w środku wygląda na prawdę imponująco – złoto, żyrandole, marmury, przepych jak w Dynastii). Przeszłam się po nim, nie wiem czy ktoś tu w ogóle pracuje, budynek wydawał się być zupełnie pusty, choć w środku bardzo zadbany i z portierem. Obok wejścia kiedyś świeciły neonami witryny eleganckich butików, teraz gromadzi się kurz na bilboardach z lat 60tych. Nikt ich nawet nie usunął.

Zjedliśmy obiad w jednym z miejskich parków, wybiegaliśmy dzieciaki i pojechaliśmy dalej na Ambassadors Bridge, którym to przekraczaliśmy granicę z Kanadą. Na granicy nie mieliśmy absolutnie żadnych problemów, wszystko poszło szybko i gładko. Po stronie kanadyjskiej nagle wszystkie znaki zaczęły być dziwne – w kilometrach! Po 5 miesiącach myślenia milami i milami na godzinę ciężko było nam się przestawić i czuliśmy się odrobinę zgubieni. W mieście Windsor po stronie kanadyjskiej można zjechać nad rzekę i popatrzeć na panoramę Detroit. Od tej strony widać wieżowce i nie widać całej tej ruiny. Pojechaliśmy tego dnia jeszcze trochę, do Hamilton, miasta położonego kilkadziesiąt kilometrów na północ od Toronto, gdzie znaleźliśmy miejsce na darmowy nocleg na parkingu w lokalnym porcie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *