Floryda II: Space Coast

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Z naszego kempingu mamy jakieś 30 minut drogi do Kennedy Space Center (KSC). Jesteśmy całkiem podekscytowani. Do wyboru jest kilka rodzajów biletów. Jednorazowe wejście jest drogie, 50$ za osobę dorosłą. Ale już karnet całoroczny kosztuje 75$ i można na nim wchodzić przez 365 dni w roku codziennie. Nie spędzimy na Florydzie roku (ani nawet pół), ale postanawiamy kupić karnet, żeby zwiedzanie KSC rozłożyć na kilka spokojnych dni. Wiemy, że nam się spodoba i nie chcemy się spieszyć. Nie chcemy też wymęczyć za bardzo dzieci. W końcu jesteśmy na wakacjach. Na prawdę warto dołożyć te 25$ i mieć 2-3 dni na spokojne zwiedzanie. Jest tu co robić! Pierwszego dnia wybieramy się na wycieczkę autobusową po całym kompleksie. Wsiada się do autokaru, który jeździ pomiędzy punktami startu rakiet, budynkiem, gdzie montowane były wahadłowce, pokazuje którędy i jak były transportowane na platformy startowe. Sama podróż autobusem trwa może godzinę.

Jest jeden przystanek w hangarze gdzie znajduje się rakieta Apollo. Można tu spędzić 15 minut, można pare godzin. Rakieta jest prawdziwa i na prawdę gigantyczna. My na spokojnie pozwiedzaliśmy, Zuzia ze wszystkiego najbardziej zajarana była figurką Snoopiego, który poleciał w kosmos. Zjedliśmy też lunch na trawie z widokiem na platformę, z której lada dzień wystartuje rakieta SpaceX. Planujemy być na starcie, zobaczymy czy się uda!

Kolejnego dnia przyjechaliśmy do KSC późno, około 16.00, bo rano zabalowaliśmy na basenie i generalnie się relaksowaliśmy. Tak późne przybycie miało tą zaletę, że pomimo soboty było już o wiele mniej ludzi niż rano. Były miejsca, gdzie byliśmy sami, lub pawie sami. Piotrek poszedł na spotkanie z astronautą, my na lody i plac zabaw. Następnie zwiedziliśmy budynek Atlantis, w którym znajduje się ten właśnie, emerytowany już, wahadłowiec. Prawdziwy. Robi niesamowite wrażenie. NASA zakończyła już loty wahadłowców. Dzięki temu możemy zwiedzać Atlantis z bliska. Co jak co, ale amerykanie wiedzą, jak zrobić dobry show. Wszystko tu jest pokazane z odpowiednią dla miejsca pompą. Efekty dźwiękowe, wizualne, interaktywne wystawy. Jasiu, jak zwykle głównie spał, ale Zuza miała niezłą frajdę. Starczy powiedzieć, że z wahadłowcem jej do twarzy. Fajnie się też patrzy, jak się czymś tam bardzo fascynuje.

Po Atlantisie nie starczyło już czasu na wiele więcej, dzieci były zmęczone, pojechaliśmy więc na kemping. Wróciliśmy jeszcze następnego dnia by obejrzeć kilka filmów w tutejszym kinie IMAX. Na jeden poszliśmy z obojgiem dzieci i więcej tego nie powtórzymy, było na prawdę głośno. Jasiu się nie przejął specjalnie, natomiast dla Zuzi było to bardzo stresujące przeżycie.

Jeżeli ktoś ma jeden dzień i bardzo się zepnie, to może zobaczyć bardzo dużo. A jeśli chce się w jeden dzień na spokojnie to my polecamy podróż autobusem, hangar z Apollo oraz zwiedzanie Atlantisa. Tutaj można też wejść do symulatora startu rakiety z wahadłowcem.

Dodatkową atrakcją w KSC jest przyroda. Można tutaj zobaczyć: orły (oraz orle gniazd), aligatory pływające w kanałach, oposy, pancerniki, żółwie, żurawie, czaple i wiele, wiele innych. My wyczailiśmy kilka aligatorów, trochę ptactwa, żółwia oraz jaszczurkę, która wyglądała całkiem zwyczajnie, ale co jakiś czas nadymała podgardle, które robiło się wtedy żywo czerwone.

Ta część Florydy nazywa się, z oczywistego powodu, Space Coast (kosmiczne wybrzeże). Zostaliśmy w okolicy jeszcze 1.5 dnia, udało nam się spotkać z Joasią i Krzyśkiem, którzy właśnie kończyli swój ponad półroczny pobyt na Florydzie. Bardzo mile spotkanie, do którego doszło dzięki naszemu blogowi. To miłe, że zaczynają na niego trafiać już nie tylko nasi najbliżsi. Jako wyjadacze podróży po USA sprzedali nam kilka bardzo cennych rad, nasze córki pobawiły się razem, zabrali nas do knajpy na wyczekiwane przeze mnie owoce morza. W końcu mogłam spróbować Clam Chowder. Zupy z małż z serem, śmietaną, chyba na winie. Nie do końca wiem co w tym było, ale było pyszne. Jasiu pożarł pół porcji makaronu Zuzi. Drugie pół wzięliśmy na wynos, bo Zuzka, jak to Zuzka akurat nie miała apetytu. Po południu udało nam się jeszcze kupić dwa rowery na Craigslist. Jeden od 75 letniego pana Martyki, Polaka, którego dziadek wyjechał do USA przed Pierwszą Wojną Światową. Pan Martyka już nie mówił po polsku, ale za to mieszkał w przepięknym domu z bali. Drugi rower kupiliśmy od bardzo żywiołowego Włocha. Za oba rowery zapłaciliśmy w sumie 90$. plus 25$ na naprawę jednego z nich. Tego dnia nocowaliśmy znów pod Walmartem. Nieco się baliśmy, bo wszędzie były znaki, że na tym Walmarcie nocować nie wolno, ale zapytaliśmy obsługi i powiedziano nam, że możemy, byle tylko pod latarnią, bo jest tu masa złodziei. Rano jeszcze krótkie spotkanie z Joasią i Krzyśkiem na plaży a adekwatnej nazwie Satelite Beach. Nadal nie wiedzieliśmy co robimy dalej. W końcu postanowiliśmy zrezygnować z południowej części Florydy i parku Everglades. Ruszyliśmy powoli na północną Florydę zatrzymując się po drodze, za radą nowo poznanych znajomych, w parku Silver Springs pod Ocala.