Jasknie i nietoperze – Carlsbad Caverns.

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Do parku narodowego Carlsbad Caverns jechaliśmy z przekonaniem, że po prostu zobaczymy kolejną jaskinię. Jaskinia, jak jaskinia, ta w Mammoth Cave była duża, robiła wrażenie. Było po drodze, pojechaliśmy więc. Jadąc jeszcze przez Teksas mijaliśmy pola naftowe z dziesiątkami szybów wydobywających ropę. W Teksasie wszystko co znajduje się pod Twoją ziemią jest Twoje, sporo ludzi musiało się więc całkiem nieźle dorobić na wydobywaniu ropy. Droga przez Teksas jest prosta. Dosłownie. Jak jest zakręt to czujemy się nieswojo. Piotrek zamontował taki specjalny kij, żeby nie musiał trzymać kierownicy, do tego tempomat i mamy samoprowadzący się samochód. Żartuję oczywiście. Ale tak, drogi są wyjątkowo proste. Mogłoby się wydawać, że to dość nudne i nużące, jednak nas fascynuje czekanie na kolejną bramę w płocie, by odkryć, jak nazywa się następne ranczo (ha ha ha…).

Znajdujemy darmowy kemping, jest ich w Teksasie bardzo dużo, niedaleko miejscowości San Angelo. Nie ma żadnych wygód, ale jest miło i przyjemnie. Staw, drzewa, rybacy. Zaczynamy dostrzegać pewien problem, mianowicie, gdy często śpimy na dziko, albo na Walmarcie, to gdzieś musimy znaleźć wodę. O to nie tak trudno. Gorzej ze znalezieniem miejsca na spuszczenie ścieków. Musimy opróżniać trzy zbiorniki: ścieki z toalety (ten zbiornik zapełnia się powoli, nie ma z nim problemu), oraz tzw szarą wodę z łazienki oraz ze zlewu w kuchni. I te dwa zbiorniki zapełniają się bardzo szybko. Często jesteśmy więc w sytuacji, że mamy świeżą wodę, żeby umyć siebie albo naczynia, ale mamy pełne zbiorniki więc i tak nie możemy z niej korzystać. Znajdowanie tzw. dump stations, gdzie można opróżniać zbiorniki, jakoś nam nie wychodzi. Są oczywiście płatne, no ale bez przesady…

[Tej części wpisu Piotrek nie zatwierdził, uważa, że wypuszczaliśmy ścieki gdzie indziej, ale nie dostarczył wystarczająco przekonujących argumentów bym zmieniła wpis, zostaje więc po mojemu]. Kolejnego dnia pełne zbiorniki zmuszają nas jednak do skorzystania z płatnej stacji opróżniania ścieków. Są takie na stacjach Pilot oraz Flying J. Płacimy 6 (!!!) dolarów, co uznajemy za totalne zdzierstwo i nawet żałujemy, że zapłaciliśmy, bo nikt nas o nic nie pytał, sami dobrowolnie poszliśmy zapłacić. Żałowaliśmy jeszcze bardziej, gdy okazało się, że będziemy tego dnia spać w miejscowości Andrews. Na tyłach tutejszego Chamber of Commerce, czyli takiego miastowego urzędu gospodarki są miejsca z pełnymi przyłączami. Można więc było wylać tu ścieki za darmo. No cóż… Tego dnia zaczęliśmy też mieć jakieś problemy z hamulcami w przyczepie. Takie duże przyczepy jak nasza mają własne hamulce elektromagnetyczne, które przy pomocy specjalnego kontrolera podpina się do samochodu. Gdy samochód hamuje, hamuje i przyczepa. Do tego w aucie ma się dostęp do tego kontrolera, który pokazuje z jaką siłą się hamuje i pozwala też ręcznie włączyć hamulce w przyczepie. Wyświetla też co jakiś czas jakieś błędy. No i nam się właśnie jeden wyświetlił. Mamy jakieś spięcie w hamulcach. Nie wiadomo czy na poziomie kabla, czy hamulców, czy jeszcze gdzieś indziej… Piotrek puka, stuka, ogląda, coś tam mierzy miernikiem, coś odłącza, coś podłącza i koniec końców wszystko działa.  Ufff, przed nami góry, lepiej mieć sprawne hamulce w przyczepie.

Tego dnia dojeżdżamy do Carlsbad Caverns. Jedziemy przez tereny płaskie jak stół i nagle wyrasta nam przed oczami góra. Znaki mówią, że wejście do parku jest na samym jej szczycie. Jedziemy więc i już sama droga na górę nam się podoba. Jest kręta i otoczona górami, to miłe urozmaicenie po kilku dniach jechania ciągle prosto i w większości po płaskim. Na samej górze wieje. Ale jak wieje! Robimy w przyczepie obiad i zamykamy wszystkie okna, bo wiatr taki, że nie da się wytrzymać. Przyczepą aż trzęsie. Posileni ruszamy zwiedzać jaskinię. Tutaj warto dodać, że akurat tego jednego dnia windy, którymi można zjechać do jaskini (a następnie wrócić na górę) są nieczynne. Muszą zostać naprawione. Gdy przewodnik mówi nam, że na piechotę musimy zejść w dół taką wysokość jaką ma 75cio piętrowy budynek to zaczynamy się martwić. Bo potem trzeba te same 75 pięter pokonać w górę! Jednak po pierwszych krokach w jaskini zapominamy, jak nisko musimy zejść i że będzie trzeba też wchodzić. Jest tak pięknie, że dziękujemy losowi za te nieczynne windy. Jaskinia Carlsbad Caverns jest wielka. WIELKA. Gigantyczna. Wszyscy się zachwycamy i zgodnie stwierdzamy, że żadne zdjęcie nie będzie wstanie oddać piękna tego miejsca. Jest magicznie. Rozmiar tego miejsca jest nie do opisania. Zuza zapomina nawet, że ją nóżki bolą i dzielnie schodzi sama na sam dół. Piotrek może ze dwa razy ją na chwilę bierze na barana. Trochę się martwimy, że pewnie z powrotem już nie będzie miała tyle siły. Niestety nie wzięliśmy żadnej wody. Droga w dół nie jest trudna, schodzi się po pochyłym chodniku, który serpentynami omija przepiękne formacje skalne. Jednak z Jaśkiem w chuście czuje się zmęczenie. Dodatkowo spieszymy się, bo mamy tylko pół godziny by dojść na sam dół, później zamykają największą część jaskini. Głupio by było tyle się nachodzić i nie zobaczyć tego co najlepsze. Pędzimy więc, choć sama droga w dół już zachwyca. Cały czas jesteśmy w jednej wielkiej jaskini. Niesamowite. Gdy docieramy na dół, udaje nam się zobaczyć całkiem spory kawałek części zwanej Big Room. Niestety, w pewnym momencie strażnik nas zawraca i zamyka jaskinię. Pora więc wracać. Z nami schodziła na dół jeszcze jedna rodzina. Pani, gdy zobaczyła, że usilnie szukam wody w fontannach z pitną wodą podarowała mi swoją butelkę. Byłam jej bardzo wdzięczna. Droga w górę poszła nam łatwiej niż się spodziewaliśmy i do tego Zuzka 90% pokonała sama. Włączyła jej się „pani kierownik”. Dyrygowała gdzie mamy iść, kto przodem, kto z tyłu, kiedy postój, kiedy trzeba się napić. Do tego śpiewała, biegała, skakała, chodziła w tą i z powrotem. Oj zazdrościliśmy jej tej energii i jednocześnie rozpierała nas duma i poczucie ogromnej ulgi, że weszła na górę o własnych siłach.

Park Carlsbad Caverns oferuje jeszcze dwie atrakcje, które nas szczególnie zainteresowały. Pierwsza to off-roadowy szlak po okolicznych górach i dolinach. No dobra, off-roadowy to on nie był, ale droga była szutrowa i przyczepy miały zakaz wjazdu. Po raz pierwszy więc decyzja o zakupie auta i przyczepy zamiast kampera okazała się trafiona. Odczepiliśmy przyczepę od auta i ruszyliśmy na godzinną przejażdżkę. Gdy wchodziliśmy do jaskini było gorąco i świeciło słońce. Gdy wyszliśmy zerwała się burza piaskowa. Nie było widać prawie nic, a w zębach zgrzytał piasek. Przez kurz i piach nie było wiele widać, ale postanawiamy wierzyć, że dodało to wycieczce uroku i tajemniczości.

Druga atrakcja jest całkiem niesamowita. Otóż w tutejszej jaskini mieszkają setki tysięcy nietoperzy, kilka gatunków, w kilku koloniach. Codziennie o zachodzie słońca jedna z tych kolonii, na którą składa się około 150 tysięcy (!!!) sztuk na raz wylatuje z jaskini. I można to widowisko oglądać. Na wprost wejścia, z którego będą wylatywały nietoperze zbudowano amfiteatr, gdzie można sobie usiąść i cierpliwie czekać, aż się pojawią. Wszystko może trwać pół godziny, a może i 4 godziny. Nietoperze codziennie wylatują nieco inaczej. Nie wolno mieć w tym czasie włączonych żadnych urządzeń elektronicznych, a dzieci nie mogą płakać (serio). Nie można też robić zdjęć. Wszystko to denerwuje nietoperze. Nie możemy więc Wam pokazać, jak pięknie to wygląda. Ale polecamy wpisać w Google „Bat Flight Carlsbad Caverns”  – pokazuje się kilka ujęć. My spędziliśmy jakieś 45 minut oglądając spektakl. Dzieciaki zaczęły marudzić, zawinęliśmy się więc do przyczepy przed końcem widowiska.

Nie mieliśmy obczajonej miejscówki na tą noc. Przez moment mieliśmy pomysł, żeby pojechać do El Paso i nocować na Walmarcie, ale jakoś nie podobał mi się pomysł jechania 150 mil po ciemku i nocowania przy granicy z meksykańskim Ciudad Juarez – jednym z najbardzej niebezpiecznych miast na świecie. Jakiś czas temu kobieta w El Paso została postrzelona nabojem wystrzelonym w Ciudad Juarez. Chwilę pojeździliśmy po okolicznych miejscówkach z freecampsites.net, ale też do nas nie przemówiły, skończyliśmy więc na tym, że cofnęliśmy się do miasta Carlsbad i spaliśmy na tamtejszym Walmarcie.