Jedną nogą w Kanadzie: Toronto i Niagara

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Toronto

Rano, zaraz po nakarmieniu lokalnych kaczek i spokojnym śniadaniu, zebraliśmy się z Hamilton, gdzie spędziliśmy spokojną noc na portowym parkingu i ruszyliśmy w kierunku Toronto. Zgodnie z naszą tradycją przez miasto przejechaliśmy z przyczepą, choć, także zgodnie z naszą tradycją, obiecywaliśmy sobie, że tego nie zrobimy. Nie było tak źle, wszędzie się zmieściliśmy. Ponieważ czas nas trochę gonił, z auta wyszliśmy tylko na chwilę, aby zobaczyć skyline miasta z portowego nabrzeża. Zatrzymaliśmy się przy jakimś centrum sportowym, nieco spłoszeni zakazem parkowania przyczep, jednak parking był ogromny, pusty i wydawało się, że nikt go nie pilnuje. My mieliśmy w planie stać tylko pół godzinki, zaryzykowaliśmy więc. Spacerkiem poszliśmy na piękne nabrzeże i oddaliśmy się spokojnemu podziwianiu miasta oraz lądujących na pobliskim lotnisku samolotów. Po krótkiej przerwie pakujemy się i śmigamy już prosto nad Niagarę, aby zobaczyć co nieco jeszcze tego samego dnia.

Niagara

Wodospad Niagara można oglądać z dwóch stron: amerykańskiej i kanadyjskiej, jest bowiem dokładnie na granicy. Wybraliśmy stronę kanadyjską. Trochę dlatego, że chcieliśmy być choć przez chwilę w Kanadzie, a trochę bardziej dlatego, że kogo nie pytaliśmy to polecał wizytę po tej właśnie stronie. Znajdowaliśmy się więc w kanadyjskim miasteczku Niagara Falls. Główna droga prowadzi wzdłuż rzeki, pozwalając na podziwianie wodospadu niemalże z okna samochodu. Po lewej więc rzeka, po prawej miasto i parkingi. Są trzy główne, oficjalne parkingi: lot A, lot B oraz lot C. Lot C jest bardzo, bardzo, bardzo daleko, ale tam tylko było miejsce dla przyczep, tam więc zostaliśmy wysłani. I w sumie nie szkodzi, że daleko, bo jest tanio (chyba 10$ za dzień), luźno i jest darmowy shuttle bus nad sam wodospad, który jeździ do późnego wieczora. Zaparkowaliśmy więc i ruszyliśmy autobusem oglądać te wodne cuda. Oglądamy i mokniemy! Ścieżka jest niby kilkadziesiąt metrów od wodospadu, ale on jest na prawdę wielki i cała ta spadająca woda generuje unoszącą się po całej okolicy bardzo mokrą mgiełkę. Ponieważ nie jest już wcale tak bardzo gorąco, to dość szybko robi nam się od tej zimnej wodnej mgiełki zimno. Idziemy więc do Visitors Center i kupujemy bilet na wycieczkę za wodospad na godzinę 19, bo wtedy podobno nie ma już kolejek i jest luźno. To fakt, polecamy tą godzinę. Ale samej wycieczki nie polecamy. Niby idzie się za wodospad, ale nikt nie mówi, że idzie się w betonowym tunelu i wodospad się ogląda tylko przez takie dwa małe tarasy. Nic specjalnego. W tunelach co prawda jest mini wystawa opowiadająca historię wodospadu i różnych śmiałków, tudzież wariatów, którzy się w niego rzucali, ale nie jest to nic specjalnego. Jedyne, co na prawdę fajne, to że na samym początku wycieczki idzie się na taras, który jest jakby z boku wodospadu, ale bardzo blisko niego, niemalże na wyciągnięcie ręki i to jest perspektywa, która o wiele lepiej oddaje ogrom tego miejsca. Huk, wiatr, zimno, mokro. Jest się na prawdę przytłoczonym przez żywioł. Z praktycznych rzeczy – w ramach biletu dostaje się szykowne foliowe peleryny przeciwdeszczowe, nie trzeba więc kupować takich cudów w okolicznych sklepikach. Sama Niagara robi przeogromne wrażenie. Uroku dodają jej łódki z turystami pragnącymi podpłynąć pod wodospad. My się nie skusiliśmy. Jest to dość drogie i bardzo mokre. Łódki są w dwóch kolorach: biało-czerwone są te kanadyjskie i oraz biało-niebieskie amerykańskie.

Po wycieczce szwędamy się po okolicy w poszukiwaniu lodów, oglądamy ludzi na zip linach nad rzeką, po czym wracamy do przyczepy na obiad. Dowiedzieliśmy się, że wieczorem ma się odbyć pokaz sztucznych ogni i że wodospady są pięknie oświetlone nocą. Po jedzeniu, gdy już ciemno wracamy więc nad Niagarę. Idziemy do wygodnego punktu obserwacyjnego, gdzie już jest sucho, nie ma mgiełki i ludzi jakby mniej. Widać też stąd drugi wodospad, ten po amerykańskiej stronie. Oba są rzeczywiście cudnie oświetlone. Pokaz sztucznych ogni się jednak, ku uciesze Zuzi (bardzo się boi huku fajerwerków), nie odbywa  z powodu silnego wiatru. Pędzimy więc na ostatni autobus, który zawozi nas na parking lot C. Pakujemy się i wracamy do USA. Zostaliśmy bez problemu i bez wielkiej kontroli wpuszczeni z powrotem. Znaleźliśmy jakiś najbliższy Walmart i poszliśmy spać. Musimy nabrać sił. Kolejnego dnia mamy się stawić w Nowym Jorku.