Los Angeles – wzgórza, gwiazdy, parki i przygody.

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

W Los Angeles, a właściwie w Manhattan Beach pod Los Angeles, zatrzymaliśmy się u Joe i Jackie z Boondockers Welcome. Jest to strona internetowa, na której można znaleźć darmowy nocleg u ludzi, którzy też lubią podróżować ze swoimi RV. Dla tych,m co wiedzą co to Couchsurfing, to jest to taki Couchsurfing dla podróżujących z przyczepami. Ot online znajduje się ludzi w miejscu, które nas interesuje, pisze się do nich z pytaniem, czy można się u nich zatrzymać i, jeśli się zgodzą, to parkuje się przyczepę u nich pod domem i się w niej śpi. Wszystko kosztuje 20$ na rok za rejestrację w serwisie. Boondockersi (tak określa się użytkowników serwisu) często oferują swoim gościom podłączenie do prądu i wody, wifi, a czasem nawet możliwość zrobienia u nich w domu prania czy wzięcia prysznica. Nam gospodarze zapewnili prąd, dostęp do wody, wifi oraz pranie. Zaprosili nas też do siebie do ogrodu, gdzie spędziliśmy trochę czasu na pogaduchach. Joe i Jackie to starsze małżeństwo, które ma już, jak sami to określili, puste gniazdo. Sami dużo podróżują i angażują się społecznie w swojej miejscowości i swoim kościele. To bardzo popularne wśród tutejszych emerytów. Mieszkają w Manhattan Beach, 20 minut spacerem od plaży, mają widok na ocean z okna sypialni. Miejscówka marzenie!

Kupili swój dom w latach 70tych za jakieś śmieszne pieniądze. Teraz ich działka jest warta ładnych kilka milionów dolarów. To się nazywa interes! Dla nas była to idealna baza wypadowa do zwiedzania pobliskich plaż i LA, choć do LA jest stąd jednak dość daleko. Joe i Jackie są dość zajęci, nie spędzamy zbyt dużo czasu razem. Początkowo zdecydowali się nas ugościć do 26tego czerwca włącznie. Wieczorem 26tego w LA ląduje Stasiek. Z uwagi na późną godzinę przylotu Joe i Jackie zaproponowali, że jednak możemy zostać jedną noc dłużej. Było nam to zdecydowanie na rękę, zwłaszcza, że było od nich bardzo blisko do lotniska. W dzień po odebraniu Staszka planowaliśmy jeszcze tylko zwiedzić Hollywood i wyjechać z drogiego  Los Angeles, jednak nasze plany zostały pokrzyżowane, o czym za chwilę.

Co więc robiliśmy przez ponad tydzień w Los Angeles? Nie zdecydowaliśmy się na zwiedzanie drogich parków rozrywki. Sporo odpoczywaliśmy od upałów i cieszyliśmy się nadmorską bryzą. Pojechaliśmy też na świetną wycieczkę rowerową wzdłuż wybrzeża z Manhattan Beach aż do Santa Monica. Świetna sprawa, polecamy! Tylko koniecznie posmarujcie się kremem z filtrem, nawet jeśli jest zachmurzone niebo. My tego niestety nie zrobiliśmy i solidnie się spiekliśmy. Sama trasa ma ponad 20km w jedną stronę, jedzie się ścieżką rowerową nad samą plażą, tylko na moment odjeżdżając od oceanu, aby ominąć port. Jedzie się przez słynną Venice Beach, która jest naszym zdaniem całkiem okropna. Masa ludzi, w powietrzu wszędzie unosi się zapach (na nasz gust to bardziej smród) marihuany, na placu zabaw bawią się dzieci, które pachną dokładnie tak samo i generalnie to nie nasz klimat. Zjedliśmy tu dobre, tanie tacos, dzieci pobawiły się chwilę na placu zabaw, ale z wielką chęcią ruszyliśmy stąd dalej do Santa Monica. Tam poszliśmy na molo, zobaczyliśmy miejsce, gdzie oficjalnie kończy się Route 66 i zamarzyliśmy o lodach. Znaleźliśmy wspaniałą lodziarnię w drodze powrotnej. Musieliśmy zjechać z nadmorskiej ścieżki do głównej ulicy w Santa Monica, ale było warto. Znaleźliśmy lodziarnię prowadzoną przez włoszkę, serwującą prawdziwe włoskie lody w robionych na miejscu świeżych waflach. Pycha! Dodały nam energii do drogi powrotnej. Trzeba przyznać, nie spodziewaliśmy się, że LA jest tak górzyste. Droga powrotna z Mahnattan Beach do naszej przyczepy, choć bardzo krótka, była na prawdę stroma. W dół jechało się dobrze, jednak za wciągnięcie przyczepki na górę należy się Piotrkowi medal!

Kolejnego dnia znów zaliczyliśmy lekarza dla Jasia. Biedny zaczął mocno kaszleć. Ciągłe zmiany temperatury, klimatyzacja i suche powietrze raczej nie służą małemu organizmowi. Nie było łatwo, ale znalazłam w końcu klinikę, gdzie go przyjęto. Został zbadany i lekarz orzekł, że ma tylko lekko czerwone gardło, przepisał antybiotyk „na wszelki wypadek”. To powszechna praktyka tutaj. Sam zaznaczył, że w sumie nie ma do niego wskazań, ale dodał, że jeśli się martwię tym kaszlem, to mogę mu to dać. Cóż, no skoro nie ma wskazań, to nie dałam… Miejmy nadzieję, że nadmorskie powietrze mu posłuży.

Następny dzień wykorzystaliśmy na zrobienie prania, spędziliśmy też trochę czasu z Joe i Jackie. Zaczęli zadawać niezręczne pytania o politykę. Okazało się, że, co nietypowe w Kalifornii, są konserwatystami i zagorzałymi zwolennikami Trumpa. Ba! Pracowali nawet w jego sztabie wyborczym. Nie chcąc wdawać się w głębokie dyskusje staraliśmy się więc wywijać jak można od odpowiedzi na pytanie co sądzimy o ich prezydencie. Dyplomatycznie powiedzieliśmy więc tylko, że liberalne europejskie media z całą pewnością nie pokazują nam wszystkiego i że jesteśmy zaniepokojeni jego polityką zagraniczną. Na szczęście Joe i Jackie nie wdawali się w dalsze dyskusje, poopowiadali tylko dlaczego sami są jego zwolennikami. Ciekawie zawsze posłuchać innej perspektywy.

W końcu odebraliśmy Staszka z lotniska. Matko, ale tu ruch na tym lotnisku! Zaparkować nie chcieliśmy, drogo. Piotrek wyrzucił więc mnie i Zuzkę pod halą przylotów, a sam, za radą Jackie pojechał na parking „Cell phone wait area”, na którym można zaparkować na krótko za darmo w oczekiwaniu na telefon, od osoby na którą się czeka, by wtedy podjechać pod halę przylotów. Dobry pomysł. Razem z Zuzką czekałyśmy więc na Stasia. Trzeba przyznać, że szybko poszło. Na lotnisko ruszyliśmy, gdy na aplikacji Flight Radar zobaczyliśmy, że jego samolot już wylądował. Na miejscu czekałyśmy więc może 20 minut, zanim się pojawił. Wszystko poszło bardzo sprawnie.

Dlaczego więc nie wyjechaliśmy z LA kolejnego dnia, tak jak planowaliśmy? Do znajomej znajomej (dzięki Ewa! dzięki Joanna!) miała dotrzeć paczka z Polski. Miała dotrzeć jeszcze przed przylotem Staszka, jednak nie dotarła. Miała dotrzeć 28 czerwca, jednak nie dotarła. Doatrła 29tego czerwca, jednak nikogo nie było w domu by ją odebrać. Miała na nas czekać w magazynie FedEx, do odbioru 30tego czerwca rano. Ponieważ była zaadresowana na znajomą Ewę, Ewa musiała stawić się w biurze FedEx z nami, by ją odebrać. Umówiliśmy się z nią na miejscu wcześnie rano, aby mogła to załatwić przed pracą. Okazało się jednak, że ktoś w FedEx popełnił błąd i przesyłka zamiast na nas czekać została ponownie zabrana przez kuriera do doręczenia. A tego dnia Ewy w domu również nie było… Zrobiliśmy wielki raban i jedyne co nam się udało zdziałać to to, że my pojedziemy pod adres Ewy i będziemy tam czekać na kuriera, który został poinformowany, że po pierwsze ma tam być jak najszybciej, po drugie ma dać znać, kiedy tam będzie, po trzecie ma wydać paczkę mi, bo Ewy tam nie będzie. Kurier nie dał znać kiedy tam będzie. My czekaliśmy więc pod domem Ewy od 9tej rano do 14.45, kiedy w końcu tam przyjechał… Nasza frustracja była mówiąc delikatnie niemała, no ale w końcu paczka znalazła się w naszych rękach. Co takiego wysyłaliśmy sobie z Polski? Otóż to element potrzebny Staszkowi do robienia pewnych szczególnych zdjęć. A jakich, to mam nadzieję pokazać Wam za jakiś czas, jak już jakieś porobi.

Przez te 3 dni czekania na paczkę spaliśmy dwie noce na Walmarcie i jedną noc pod Home Depot, zaraz obok biura FedEx. W ciągu dnia natomiast spędzaliśmy czas w Griffith Park. To przepiękny park na północy Los Angeles, z boiskami, placami zabaw, kucykami, pociągiem, karuzelami, obserwatorium, basenem i wieloma innymi rzeczami. Generalnie, jest tu co robić! Zuza od kilku tygodni marzy o kucykach, spędziliśmy więc dwa przedpołudnia na koniach. Tutaj wygląda to trochę inaczej niż w Polsce. Mieliśmy do wyboru trzy rodzaje przejażdżek na kucyku. Po pierwsze: pony-go-round, czyli kucykową karuzelę. Tak, tak. Cztery kucyki przypięte do metalowych pałąków chodziły w kółko tworząc w ten sposób żywą karuzelę. A na kucykach dzieci. 5$ za przejazd i od tego Zuza zaczęła. Mi samej szkoda było tych kucyków… Po drugie można było zdecydować się na przejażdżkę na kucyku powolnym, idącym tylko stępem, albo na kucyku szybkim, biegnącym kłusem lub galopem. W obu przypadkach dzieci przypinane były do kucyków specjalnym pasem i jechały same, bez instruktora na kucyku, który grzecznie szedł swoim torem: szybkim, albo wolnym. Zuza nieco się bała, jednak w końcu zdecydowała się na przejażdżkę na kucyku powolnym. Nikt tu nie wymaga toczków, co trochę mnie zdziwiło.

Resztę dnia spędzaliśmy leniąc się na parkowej trawie, robiąc grilla, bawiąc się na placu zabaw i odpoczywając. Jedno popołudnie spędziliśmy na basenie. Stary strasznie, szatnie jak z horroru, betonowe prysznice na otwartym powietrzu, zakaz wnoszenia dmuchanych elementów (nawet rękawków dla dzieci) i palące słońce. Ale woda mokra i zimna, do tego umyliśmy się pod prysznicem. Innego wieczoru pojechaliśmy do Griffith Observatory, głównie po to by zrobić nocne zdjęcia miasta. Korek był taki, że tylko ja i Staś pobiegliśmy piechotą na górę, zrobiliśmy zdjęcia i wróciliśmy do parkingu nieco niżej, gdzie odebrał nas Piotr z dzieciakami. W ciągu dnia pojechaliśmy do Hollywood. Przeszliśmy się aleją gwiazd. Kicz i tandeta. No są te gwiazdy i te odciski dłoni na chodniku, ale poza tym masa sklepów z pamiątkami, przebierańców, bezdomnych i drogie parkingi. Ale mamy zaliczone! Przejechaliśmy się też do Beverly Hills i Bel Air, gdzie pooglądaliśmy na prawdę wypasione domy. Ja szczególnie się zajarałam faktem, że jechaliśmy Mullholand Drive, skąd są także piękne widoki na okoliczne górki i dolinki.

Poszliśmy też na karuzelę w Griffith Park. To taka wielka, stara karuzela z drewnianymi konikami, jak za dawnych czasów. Tutejsza ma prawie sto lat! Kręci się w towarzystwie muzyki granej przez wielką pozytywkę. Ja się cieszyłam, jak szczerbaty do sera jadąc na tym drewnianym koniu, Zuza się jednak bała, bo karuzela była zaskakująco szybka. Z całą pewnością widzieliście taką karuzelę w niejednym amerykańskiem filmie (być może nawet w jakimś horrorze). Ta karuzela jest dodatkowo szczególna, ponieważ to tutaj Walt Disney usiadł na ławce i dumał. A gdy tak dumał, to wydumał, że wybuduje wspaniały park rozrywki, w którym będą najlepsze karuzele! I tak zrodził się Disneyland. My sobie darowaliśmy. Drogie to, nas nie kręci, a uznaliśmy, że Zuza jeszcze za mała.

I tak nam upłynęły te trzy dni. Szczególnie ciekawy był nocleg pod Home Depot w pobliżu małego lotniska, przy którym znajdowało się biuro FedEx. Nocowało tutaj sporo ciekawych osób, głównie bezdomni w samochodach oraz meksykanie, którzy od samego rana szukali tutaj pracy jako robotnicy do wynajęcia. To chyba pierwszy takie nocleg pod marketem, kiedy nie czułam się do końca komfortowo.