Najwyższe drzewa świata na skraju największego oceanu.

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Z Walmarta ruszyliśmy dalej na północ autostradą 101. To jedna z najpiękniejszych dróg w całych Stanach Zjednoczonych. Prowadzi wzdłużwybrzeża Pacyfiku, wijąc się pomiędzy zatokami wchodzącymi w ląd a górami i lasami Kalifornii, Oregonu i Waszyngtonu. Wspaniałe widoki są na niej gwarantowane, ale należy być przygotowanym na nagłe zmiany pogody, bo gdy autostrada jest nad samym oceanem, temperatura potrafi spaść do kilkunastu stopni, niebo może zasnuć się gęstymi chmurami ograniczając widoczność do kilkudziesięciu metrów, gdy natomiast odjedzie zaledwie 20-30km wgłąb lądu nagrzewa się od gorącego powietrza i palącego słońca na błękitnym niebie. Te zmiany są dla nas bardzo ciekawe.

Pierwszą atrakcją po drodze jest Avenue of the Giants – droga widokowa równoległa do 101 biegnąca skrajem lasu, w którym rosną sekwoje typu redwood. Dalej będziemy je oglądać w parku narodowym, nomen omen, Redwood. Te drzewa to inna odmiana sekwoi niż te w Sequoia National Park, jednak podobnie, jak tamte te tutejsze są bardzo stare, mają po kilkaset lat, oraz sławią się tym, że są najwyższymi drzewami na świecie. Nie są tak grube i potężne, jak tamte, choć ich rozmiar tak czy siak robi wrażenie. W środku ich drewno ma rudo czerwony kolor, stąd ich nazwa (redwood = czerwone drewno). Avenue of the Giants to na prawdę malownicza droga, nie nadkłada się specjalnie kilometrów, warto zjechać ze 101 i pojechać tędy, wjazd nic nie kosztuje, a jedzie się o wiele milej. Przy wjeździe bierze się samemu ze skrzynki broszurkę informacyjną z mapką i objaśnionymi kilkoma punktami, na które warto po drodze zwrócić uwagę. Przy każdym jest parking, można się zatrzymać i pójść na krótki spacer. My podziwiamy sekwoje w świetle zachodzącego słońca i jedziemy dalej na rest area przy 101 niedaleko miejscowości Trinidad, gdzie będziemy dziś spać. Za nami dużo jechania, jesteśmy zmęczeni i bardzo szybko padamy. Warto pamiętać, że w Kalifornii, Oregonie i Waszyngtonie można legalnie zatrzymać się na rest area na 8 godzin. My zazwyczaj stoimy 10, albo nawet 12 i nigdy nikt nie robił nam z tego powodu problemów. A rest area w Trinidadzie miała jeszcze ten plus, ze był na niej punkt wylewania ścieków. Niestety nie było świeżej wody. Opróżniliśmy więc nasze zbiorniki i ruszyliśmy do Redwood. Zajechaliśmy do punktu informacyjnego, który znajduje się przy samej autostradzie, ten park jest darmowy, nie ma więc punktu poboru opłat. Tam zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na parking zostawić przyczepę, bo na upatrzoną przez nas drogę widokową Bold Hills Road nie można jechać z przyczepą, zresztą jej znaczna część jest szutrowa, a my nie mamy ochoty na powtórkę z Nowego Meksyku, gdzie po jeździe szutrówką absolutnie wszystko w przyczepie mieliśmy w kurzu. Sama droga, jak to zwykle bywa w przypadku dróg widokowych w USA, była bardzo przyjemna. Początkowo wiodła przez las, by w końcu wyjechać na szczyty wzgórz i nimi prowadzić dalej. Czuliśmy się trochę, jak byśmy jechali jakąś polską połoniną. W drodze powrotnej zrobiliśmy piknik, rozprostowaliśmy kości i nacieszyliśmy się widokami.

Następnie wróciliśmy na parking, przygotowaliśmy obiad, pozmywaliśmy i najedzeni ruszyliśmy na spacer po lesie. Wybraliśmy krótki szlak Lady Bird Johnson Grove. Był już wieczór i przez drzewa przedzierały się promienie zachodzącego słońca, co nadało spacerowi mistycznej atmosfery. W drodze powrotnej po przyczepę, prawie przy samym parkingu spotkaliśmy w końcu… niedźwiedzia! Był to jakiś młody czarny niedźwiedź, który podjadał przydrożne maliny i borówki. Byliśmy w aucie, nie baliśmy się więc, jednak mnie przeszedł delikatny dreszcz, bo po obiedzie szłam tą drogą sama, w poszukiwaniu zgubionego smoczka Jasia (nie znalazłam). Niedźwiedź pozwolił podjechać do siebie całkiem blisko, byliśmy może 15 metrów od niego. Oczywiście nie wysiadaliśmy z samochodu, udało nam się jednak zrobić zdjęcie. Gdy miś zorientował się, że nie jest sam (Jasiu go przepędził swoim groźnym krzykiem) szybko czmychnął w krzaki. Niedźwiedzie generalnie nie zaczepiają ludzi, a gdy się jakiegoś spotka, należy nie wchodzić mu w drogę i spokojnie wycofać się skąd się przyszło. Jeśli nadal niedźwiedź się nami interesuje należy przybrać taką pozycję, w jakiej wydajemy się być najwięksi, nadąć, napiąć i wyglądać groźnie. Podobno działa. Na szczęście nasze spotkanie było tylko z samochodu. Spotkanie misia na szlaku byłoby zapewne zdecydowanie bardziej stresujące. Generalnie mocno zaskoczyło nas to spotkanie, i to w takim miejscu – przy samej drodze i przy parkingu. A odjeżdżając zobaczyliśmy jeszcze pełno łosi na rykowisku.

Z darmowymi noclegami na wybrzeżu Pacyfiku nie jest łatwo, ale są. Udało nam się znaleźć nocleg w Crescent City, na parkingu nad samym oceanem. Dojechaliśmy już po ciemku, było jednak słychać szum rozbijających się o brzeg fal oraz śpiewanie lwów morskich, natomiast rano naszym oczom ukazał się niesamowity widok na Pacyfik oraz przybrzeżne skały. Dało się też zobaczyć wylegujące na skałach lwy morskie. Postanowiliśmy zrobić sobie spokojny dzień odpoczynku, bo miejsce było na prawdę tego warte. Byliśmy na szczycie niewielkiego klifu, z którego dało się zejść na dół na plażę. Piękna, szeroka plaża, na którą ocean wyrzucił sporo starych drzew i muszli. Przespacerowaliśmy się, Zuzka pobawiła się w piachu pilnowana przez Staśka i zdecydowaliśmy się wybrać na wycieczkę rowerową po okolicy. Wzdłuż całego wybrzeże Crescent City biegnie ścieżka rowerowa, nią też pojechaliśmy. Podziwialiśmy domy stojące nad samym oceanem i w duszy zazdrościliśmy ich lokatorom. Było przyjemnie, nie za zimno, nie za ciepło, jechało się bardzo dobrze. Na końcu ścieżki jest latarnia morska – St. George Point. Bardzo malownicza. Podczas odpływu da się do niej dojść, co też zrobiliśmy, podziwiając po drodze różne drobne morskie stworzenia. Potem zaliczyliśmy jeszcze obowiązkowo plażę, która podczas odpływu była ogromna, a morze bardzo długo płytkie. Dzieciaki się ufajdały piachem i ruszyliśmy z powrotem. W drodze powrotnej Staszek i ja zatrzymaliśmy się na jednej z plaż, na której wypatrzyliśmy martwego lwa morskiego. Ależ to jest ogromne stworzenie! Ten chyba stoczył jakąś śmiertelną walkę, po czym woda wyrzuciła go na brzeg. Tej nocy zostaliśmy w tym samym pięknym miejscu, zdecydowanie nas urzekło.