Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Nowy Orlean to jedno z tych miast, które na prawdę chcieliśmy zobaczyć. Czekaliśmy z niecierpliwością na spacer po dzielnicy francuskiej i zajadanie się południowymi przysmakami. Byliśmy też ciekawi jak wygląda życie w mieście, które tak regularnie nawiedzają tornada, huragany i powodzie. Dojechaliśmy do miasta od strony północno-wschodniej i mieliśmy wspaniały widok na jezioro Pontchartrain, nad którym leży Nowy Orlean. Przez jezioro poprowadzony jest jeden z najdłuższych mostów na świecie. Robi wrażenie, zwłaszcza, że na środku jest zwodzony. Mieliśmy okazję zobaczyć go gdy jest otwarty. Zdecydowaliśmy się na nocleg na płatnym kempingu (27.50$ z Passport America), ponieważ musieliśmy zrobić generalne sprzątanie i pranie wszystkiego w przyczepie. Ciągle nie przestało nas gryźć coś, co przynieśliśmy do przyczepy jeszcze na wyspie St. George na Florydzie. Po dokładnym obejrzeniu swoich ugryzień orzekliśmy, że to pewnie te muchy piaskowe, co ich nie widać. Kupiliśmy mały odkurzacz, środek owadobójczy i zabraliśmy się za sprzątanie. Zajęło nam to ładnych parę godzin, ale się udało. Od tego czasu już nic nas w przyczepie nie gryzie. Uff, w końcu!

Wjeżdżając do miasta zauważamy, że bardzo dużo domów jest zniszczonych. Widzimy poprzewracane szyldy, puste stacje benzynowe. Krajobraz jak po przejściu tornada. Niestety dokładnie to się stało w lutym. Przez tą część miasta przeszło tornado zostawiając za sobą szerokie pół mili pasmo zniszczenia. Mieliśmy więc (niestety) okazję zobaczyć z bliska, jaką moc ma wiatr. Od razu zaopatrzyliśmy się też w aplikację, która będzie nas ostrzegać o tornadach (w tych okolicach są często, w Teksasie, do którego zmierzamy jeszcze częściej). Żywioł nie oszczędził też naszego kempingu. Od jednego ze stałych mieszkańców dowiadujemy się, że jego przyczepa została kompletnie zniszczona i musiał nabyć nową. Właściciel kempingu opowiada również, że i jego dom został mocno zniszczony. Odbudowuje go, jednak czeka na pieniądze z ubezpieczenia. Jego dom jest z cegły, nie stało się więc nic poważnego. Inne domy, które widzieliśmy wyglądały zdecydowanie gorzej. Dom właściciela kempingu stoi na samym jego środku. Wybieramy miejscy mniej więcej na przeciwko niego. W nocy zaczynamy rozumieć, czemu ten kemping jest najtańszym w całym Nowym Orleanie. Obok przebiega bocznica kolejowa, na której przeładowywane są wagony. O matko, co z hałas… Dodatkowo w nocy budzą nas syreny straży pożarnej, karetki i policji, które zawitały na kemping. Jedna z mieszkanek miała silny atak astmy. Na szczęście nic poważniejszego się nie stało. Plus był taki, że były pralki, było blisko do miasta i były przyłącza. Florydzkie upały bardzo nas zmęczyły, a tu nie jest lepiej. Nie dałoby się żyć w przyczepie bez klimatyzacji. Dlatego też zdecydowaliśmy się na zakup generatora. Niestety nie udało nam się znaleźć używanego, zamówiliśmy więc nowy, ale w całkiem dobrej cenie w sklepie on-line Walmartu. Miał dojechać do Slidell pod Nowym Orleanem tego dnia, którego my. Nie dojechał. Nie dojechał też przez trzy kolejne dni i w końcu się okazało, że najprawdopodobniej został zgubiony. Anulowaliśmy więc zamówienie i zdenerwowani tym, że czekaliśmy na niego trzy dodatkowe dni kupiliśmy inny. Dodatkowo nasz blak planowania okazał się być podwójnym strzałem w stopę, bo jednego dnia nie dojechaliśmy na plantacje z powodu rozwikływania sprawy generatora, a kolejnego okazało się, że ta, na której najbardziej nam zależało jest zamknięta. Zostaliśmy więc w Nowym Orleanie jeszcze jeden dzień.

Samo miasto robi wrażenie. Dzielnica francuska jest ciekawym skrzyżowaniem unikalnej architektury i ulicznego życia rodem z Amsterdamu. Pełno tu barów, knajpek i ulicznych artystów. Uliczkami jeżdżą dorożki z turystami i panuje tu atmosfera wszelakiego wyzwolenia, niczym na festiwalu Burning Man. Mamy poczucie, że na Burning Mana nie musimy już jechać. Prawdopodobnie zjeżdżają tam wszystkie osobowości Nowego Orleanu plus jeszcze trochę i już. Dobra, to Burning Man, tzn French Quarter w Nowym Orleanie, zaliczony. Ruszamy do dzielnicy ogrodów. Idziemy wzdłuż rzeki podziwiając parostatek Natchez, który wygląda imponująco. Niestety, jedną z lokalnych atrakcji jest odgrywanie na dyszach parowych różnych melodii. Powiedzmy może tylko, że parostatek nie ma słuchu i fałszuje. Melodie są niemiłosiernie głośne i niestety towarzyszą nam przez większość naszego spaceru. Nie docieramy do dzielnicy ogrodów.  Wracamy do auta i na kemping.

Kolejny dzień marnujemy w Walmarcie, nie docieramy na upragnione plantacje. Humory złe. Poprawiamy je sobie jadąc na rowery do ogromnego parku miejskiego. Zuza szaleje na placu zabaw. W drodze powrotnej do przyczepy wpadamy do Apple Store w nadziei, że tutejsi geniusze naprawią mojego iPhona. Nie naprawili, zaoferowali wymianę na taki sam model, tylko działający za 320$. Nie zdecydowałam się. Wracamy do przyczepy i naburmuszeni idziemy spać. Na plantacje pojedziemy jutro. Rano zawijamy się z kempingu i jedziemy oglądać dzielnicę ogrodów. Jest przepiękna. Dużo drzew, szerokie ulice, przepiękne domy. Urzeka. Nie spędzamy tu jednak zbyt dużo czasu, bo chcemy przecież jeszcze pojechać na plantacje. Zabieramy przyczepę z kempingu i jesteśmy już gotowi do drogi. Dzieci zapięte w foteliki, ja w aucie biorę do ręki ulotkę Whitney Plantation, by sprawdzić, jak musimy tam jechać. I wtedy moim oczom ukazują się godziny otwarcia. 10-16.30. Wtorek zamknięte. Wtorek. Zaraz, zaraz, jaki mamy dzień tygodnia? Zgadza się. WTOREK. Kwituję to nieadekwatnym dla uszu dzieci „nosz k…!” i podobny komunikat serwuję Piotrkowi. Postanowiliśmy, że jednak nie odpuścimy. Chcemy zobaczyć tą plantację. W kolejnym poście napiszę dlaczego. Znajdujemy darmowy kemping nad kanałem niedaleko jeziora i decydujemy zostać dzień dłużej.