Page – tama, jezioro, kaniony, rzeki.

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Po Page w Arizonie kręciliśmy się jak muchy na haju. Page to jeden z tych punktów, którego nie mogłam się doczekać fotograficznie. To baza do wielu bardzo fotogenicznych miejsc, z których ja upatrzyłam sobie kilka: zakole rzeki Kolorado zwane Horsehoe Bend, magiczny Kanion Antylopy, jezioro Powell, The Wave, Buckskin Gulch oraz tamę Glenn. Do The Wave, malowniczej skalnej fali może wejść jedynie 20 osób dziennie. 10 osób jest losowane drogą internetową, te losowania odbywają się na 4 miesiące przed planowaną datą wejścia do The Wave (trzeba ją znać, dla nas więc to odpadło). Pozostałe 10 wejściówek jest losowanych codziennie w informacji turystycznej w miejscowości Kanab, która jest dobre kilkadziesiąt mil na zachód od Page, ale za to blisko parku narodowego Zion. Postanowiliśmy więc, że The Wave oraz znajdujący się nieopodal kanion Buckskin Gulch zostawimy sobie na sam koniec naszego kółka po Utah. Page znajduje się niemalże na granicy Arizony i Utah. Stąd będziemy jechać na północny wschód i zrobimy wielkie koło, zwane zresztą Utah Grand Circle, przy którym znajdują się największe atrakcje Utah. Koło zakończymy właśnie w Kanab, gdzie w zależności od tego ile będziemy mieć czasu planujemy dać sobie przynajmniej 3 szanse na wylosowanie wejściówki do The Wave.

Wracając do Page. Jest tu jeden z ostatnich Walmartów na szlaku Grand Circle i nie ma za wielu darmowych kempingów. Za to pod Walmartem kamperów jak u dealera. Pół parkingu zapełnione było wszelkiego rodzaju RVsami. Dołączyliśmy więc do nich, tradycyjnie zrobiliśmy nocne zakupy i zaczęliśmy myśleć co by tu dalej robić. Trzeba było dobrze zaplanować czas, bo do Horseshoe Bend chciałam iść na zachód słońca, do Kanionu Antylopy w południe, bo wtedy najlepiej widać słupy świetlne (więcej o tym nieco dalej). Poczytaliśmy przewodnik Marianne Edwards o boondockingu (boondocking = postawienie przyczepy i nocowanie na dziko lub na dzikim kempingu bez przyłączy i wygód) w Utah i znaleźliśmy tam namiary na kemping na plaży nad jeziorem Powell, zaledwie kilkanaście mil od nas. Postanowiliśmy, że kolejnego dnia tam pojedziemy, zostawimy przyczepę i będziemy się po tych wszystkich atrakcjach kręcić tylko samochodem. Plan był zacny, wyszło, cóż… poczytajcie.

Z rana, mniej więcej o 11.00 ruszyliśmy z Walmartu z przyczepą. Pierwszy przystanek – stacja Shell po drugiej stronie ulicy, oferująca darmowe wylewanie ścieków, wodę, darmowe powietrze do opon (rzadkość w USA) i do tego dająca możliwość, już oczywiście odpłatnie, uzupełnienia butli z propanem. Wszystko co powyżej zrobiliśmy i pojechaliśmy z przyczepą oglądać tamę Glen, bo była po drodze nad jezioro. Tama robi wrażenie, jest wielka. A obok niej ażurowy, metalowy przewieszany most, swojego czasu najwyżej przewieszony metalowy most na świecie. Teraz podobno już stracił koronę. Tama tworzy ogromne jezioro Powell, które jest nie lada atrakcją zarówno dla lokalnych mieszkańców, jak i turystów. Wszelkie sporty wodne tu kwitną. Żałujemy, że nie mamy kajaka, można by eksplorować przybrzeżne skały. Decydujemy się na płatną wycieczkę po tamie. Za 5$ zjeżdża się z przewodnikiem z punktu informacji turystycznej na poziom tamy, zalicza się krótki spacer po jej szczycie a następnie zjeżdża się jeszcze niżej, na poziom generatorów prądu, robią wrażenie. Całość trwa może 45 minut, przewodnik sprzedaje dużo ciekawych informacji, naszym zdaniem warto się zdecydować.

Po zwiedzaniu jesteśmy bardzo głodni, jeszcze na parkingu robimy obiad, po czym ruszamy obczaić znaleziony wcześniej kemping na plaży. Okazuje się, że plaża Lone Rock Beach jest parkiem stanowym. Swoją nazwę zawdzięcza wielkiej pojedynczej skale wyrastającej pośrodku jeziora na wysokości plaży. Wstęp do parku jest darmowy, jednak trzeba zapłacić 14$ za nocowanie na plaży. Na razie nie płacimy, nie wiemy, czy tu zostaniemy. Obszar jest ogromny, jest też bardzo dużo kamperów. Jedziemy pozwiedzać i oczywiście po chwili prawie zakopujemy się w piachu i mamy strach w oczach, że tu utkwimy na dłużej. Na szczęście udaje się wyjechać. Obok plaży są górki, które kuszą Piotrka możliwością przetestowania właściwości terenowych naszego samochodu. Znajdujemy twardy kawałek plaży, zostawiamy przyczepę i jedziemy obczaić jeszcze jeden darmowy kemping nieopodal. Znajduje się dosłownie po drugiej stronie drogi, pod skałkami, bardzo przyjemna lokalizacja. Jednak wiedzie do niego dość długa droga szutrowa ze znienawidzoną przez nas tarką. Stwierdzamy, że w takim razie zostaniemy jednak na plaży. Widoki i możliwość kąpieli w jeziorze wynagrodzą nam cenę. Koniec końców nocowaliśmy jednak za darmo, bo mimo naszych usilnych starań nie udało nam się zapłacić w samoobsługowym biletomacie, a opiekuna kempingu nigdzie nie mogliśmy znaleźć.

Robi się późno, jedziemy więc do Horseshoe Bend robić zdjęcia zakola o zachodzie słońca. Nie jesteśmy oczywiście jedynymi, którzy wpadli na ten pomysł. Do samego zakola prowadzi krótki szlak, może 15 minut spacerkiem. Idziemy my i dziesiątki innych turystów. To jedno z tych miejsc, które na zdjęciach oszukuje – bo oczywiście zdjęcia robi się tak, by nie było widać tłumów. Chociaż trzeba przyznać, że tutaj jest tak duży obszar, że tłum się po nim rozpierzcha i nie przeszkadza tak bardzo. Aby zrobić swoje zdjęcie muszę położyć się na krawędzi klifu, inaczej widok zasłaniają skałki i nie widać całej rzeki. Piotrek zostaje więc z dziećmi w bezpiecznym miejscu, a ja robię swoje zdjęcie za milion dolarów. Jesteśmy trochę przed zachodem słońca, ale jestem całkiem usatysfakcjonowana. Wracamy więc do przyczepy. Mieliśmy jeszcze zamiar kupić bilety do Kanionu Antylopy na kolejny dzień, jednak było już za późno. Cóż, kupimy przed samym wejściem, chociaż spodziewam się, że może być o nie trudno.

Kolejnego dnia rano Zuza i ja idziemy na plażę i wykąpać się w jeziorze. Przyznam szczerze, że nie zachęca do kąpieli, przynajmniej w tym miejscu. Ponieważ przyjeżdża tu masa ludzi z motorówkami, następnie wodując je i trzymając przy brzegu to woda ma taką charakterystyczną tęczową poświatę i do tego się pieni. Cóż, pozostaniemy przy zabawach w piasku. W tym czasie Piotrek z Jaśkiem pojechali na mały off-road na otaczające plażę górki. Około 11 ruszyliśmy w kierunku Kanionu Antylopy. Kanion podzielony jest na dwie części: Upper i Lower. Jedna po jednej stronie drogi, druga po drugiej. Upper Canyon jest dużo droższy niż Lower, wejście kosztuje od 45-60$ w zależności od pory dnia. Lower kosztuje 25$ za wejście do kanionu i 8$ za wjazd do rezerwatu Navajo (od osoby). Górna część kanionu słynie ze słupów światła wpadających do kanionu przez wąskie szczeliny, dolna część słynie z kolorów. W górnej części jest ruch dwukierunkowy, w dolnej jednokierunkowy. Poszliśmy do dolnej, trochę byłam rozczarowana, że nie ma tu słynnych słupów światła, ale tylko przez jakieś 15 sekund, bo formacje, jakie tu są robią takie wrażenie, że na prawdę mi tych słupów nie brakowało w ogóle. Z kupnem biletów nie było problemu, jednak pierwsze wolne miejsca była na 13.40, musieliśmy więc poczekać prawie dwie godziny. Zjedliśmy w tym czasie obiad. Do kanionu można wchodzić tylko z przewodnikiem. Na miejscu są dwa biura organizujące wejścia, oczywiście rywalizujące ze sobą. Wybraliśmy Ken Tours, nie wiem czemu, tak po prostu. Oba interesy prowadzone są przez Indian, Indianie są też przewodnikami po kanionie. Ci w dolnym twierdzą, że jest lepszy niż ten górny i spodziewam się, że vice versa. Jak jest na prawdę nie wiem, bo nie zdecydowaliśmy się na górny. Dolny usatysfakcjonował nas, nie czuliśmy potrzeby wydawania kolejnych 60$. Pani w kasie poinformowała mnie, że zdarza się, że przed samym wejściem do kanionu jest jeszcze kolejka, bo wchodzi się po drabinach i starsi ludzie oraz dzieci robią to powoli. Gdy powiedziałam jej, że my też jesteśmy z małymi dziećmi to zapewniła, że będzie przynajmniej godzina czekania, ale że powinniśmy stać w cieniu. Poleciła zabrać dużo wody. I rzeczywiście, staliśmy. Załapaliśmy się na ostatni skrawek cienia. I tak mieliśmy szczęście, bo podobno dzień wcześniej oraz w świąteczny weekend kolejka była trzygodzinna i stało się w słońcu. Ludzie mdleli. Zejście rzeczywiście po drabinach. Nie rozumiemy, dlaczego nie wezmą tego pod uwagę planując wycieczki, żeby ludzie mogli spokojnie przyjechać później albo poczekać w klimatyzowanej poczekalni. Ale przynajmniej rozdawano tutaj wodę oraz elektrolity.

Sam kanion – boski! Zdjęcia nie oddają jego uroku. Idzie się gęsiego przez wąziutki kanion i z każdym zakrętem jego kształt zachwyca coraz bardziej, może się głowa odkręcić, bo nie wiadomo w którą stronę patrzeć. Nie ma co za dużo pisać, popatrzcie na zdjęcia.

Po kanionie znaleźliśmy w przyczepie rozpuszczoną czekoladę, nie było więc wyjścia, zjedliśmy truskawki w czekoladzie, wylizując potem bardzo dokładnie czekoladowe miski. Zgadnijcie, kto cieszył się najbardziej?

Po pysznym deserze ruszyliśmy w stronę słynnej Doliny Monumentów. Bardzo chciałam zdążyć na zachód słońca, musieliśmy się więc całkiem spieszyć. Dotarliśmy na styk. Znów zrobiłam kilka zdjęć za milion dolarów. Kilka dni później zorientowałam się, że nie mam ich na komputerze, nie mam ich też na karcie, czyli sformatowałam kartę nie kopiując wszystkich zdjęć. Już miałam się biczować i przygotowałam chusteczki na całą noc płaczu, ale na szczęście znalazłam darmowy soft do odzyskiwania danych i się udało. Są!