Park Narodowy Grand Teton

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Przed nami dwie wielkie atrakcje, gwoździe programu naszego wyjazdu: parki narodowe Grand Teton oraz Yellowstone. Na pierwszy ogień idzie Grand Teton. Jedziemy z południa, jest nam więc wygodnie najpierw zwiedzić ten park, a następnie Yellowstone. Z Bonneville pojechaliśmy przez Soda Springs, spore, stare miasteczko, które powstało na trasie dawnego szlaku wiodącego do Oregonu. Podobno coraz więcej turystów jeździ tędy do Yellowstone. Zrobiliśmy tu pół dniowy postój – nabraliśmy wody, wylaliśmy ścieki, umyliśmy się. Ponieważ w zasadzie cały czas śpimy na dziko, nie mamy dostępu do bieżącej wody. Wypracowaliśmy więc taki sposób, że myjemy się w przyczepie w miejscach, w których wylewamy ścieki i nabieramy wody. Działa to tak: wylewamy ścieki i nabieramy wodę, myjemy się, a następnie znów wylewamy ścieki i nabieramy wodę. Dzięki temu wszyscy są w stanie umyć się i nie musimy się martwić, że zabraknie wody na inne rzeczy. Polecamy. Piotrek wykorzystał też postój na pójście do fryzjera, a Zuzka poszalała ze Stasiem na placu zabaw. Potem tylko obiad w wersji na leniwca, czyli poszliśmy po kanapki do Subwaya. Subway to najtańsza i najszybsza opcja zdrowego jedzenia, jaką tu znaleźliśmy. Za 3-4$ jest kanapka pełna warzyw, których tutaj nałożą dowolną ilość, ile się chce. Często więc, gdy nie mamy czasu lub ochoty gotować, jedziemy po takie kanapki. Ja spokojnie najadam się małą, Piotrek zwykle też. No chyba, że umieramy z głodu, tak ja w Soda Springs, wtedy kupujemy duże kanapki (aczkolwiek dla mnie były to dwa posiłki). W pobliskiej bibliotece wydrukowaliśmy jeszcze trochę papierów potrzebnych nam do ubiegania się o zwrot kasy z ubezpieczenia zdrowotnego i w drogę.

Tego samego dnia dojechaliśmy do parku Grand Teton. Znaleźliśmy darmowy nocleg bardzo blisko południowego wjazdu do parku, na górze Shadow Mountain. Są tutaj dwa oficjalne dzikie kempingi, z wyznaczonymi miejscami. Jeden jest u stóp góry, drugi wzdłuż drogi wiodącej na szczyt. Ten na dole był cały zajęty, pojechaliśmy więc na górę. Mieliśmy trochę obaw, pchaliśmy się pod górę szutrową drogą z naszą przyczepą, nie wiedząc czy i kiedy będzie opcja, aby zawrócić. Na szczęście po kilkuset metrach znaleźliśmy wolne miejsce na sporej polanie z widokiem, za który bylibyśmy nawet gotowi zapłacić. Widzieliśmy wspaniałe góry Grand Teton, niczym nie przysłonięte, a u ich podnóża sporą dolinę pełną bizonów. Przepięknie! Gorąco polecamy to miejsce. Co prawda, gdy tam dojechaliśmy było tu dość pełno, na polanie stały chyba 3-4 kampery oraz jeden namiot. My zaparkowaliśmy więc pod lasem, jakby na poboczu. Było trochę kombinowania, ale nie było źle. Kolejnego dnia ludzie, którzy spali pod namiotem w innym miejscu wyjeżdżali, przestawiliśmy więc przyczepę w dogodniejsze miejsce. Należy tylko pamiętać, że jest tutaj limit długości pobytu do 5 dni i nie ma żadnych wygód, ani wody, ani toalety, nic. Są za to jelenie podchodzące pod przyczepę, boskie zachody słońca i jest to bardzo wygodna baza wypadowa do parku.

Pierwszego wieczoru zapoznaliśmy się z sąsiadami z namiotu. To para muzyków z Niemiec. On gra na skrzypcach, ona na wiolonczeli w filharmonii w Hamburgu. Zawsze fascynują mnie spotkania z ludźmi, którzy żyją w zupełnie innym świecie niż my. Oderwani od nowinek technologicznych, nie pracujący w biurze. Uwidacznia mi to w jakiej zamkniętej bańce tak na prawdę żyję i jak bardzo warto z niej jak najczęściej wychodzić. Wspólnie przygotowaliśmy smores i pogadaliśmy o życiu. Odwiedził nas też łoś (ten rodzaj łosia, który po angielsku nazywa się elk, to co innego niż moose – elki są mniejsze i mają delikatne poroże, podczas gdy te drugie to takie nasze typowe łosie, jestem pewna, że oba mają jakąś poprawną polską zoologiczną nazwę, której nie znam). Rano nasi towarzysze się zebrali, a Piotrek ze Stasiem przestawili przyczepę na ich miejsce. Ja poszłam z dziećmi socjalizować się z innymi sąsiadami, bogatymi w sporo dzieci, ku uciesze Zuzi. Choć tym razem coś chyba nie zagrało i zabawa nie była jakaś przednia.

Tego dnia w planie była parkowa droga widokowa. Zaczęliśmy od położonej niedaleko naszego kempingu starej wioski Mormonów z podobno najczęściej fotografowaną szopą świata. A jakże, my też zrobiliśmy jej zdjęcie, bo na tle Tetonów prezentuje się bajecznie. Tu też zaliczyliśmy pierwsze bardzo bliskie spotkanie z żubrem, który to postanowił przejść z jednego pola na drugie dokładnie przed maską naszego samochodu. Fajnie tak zobaczyć żubra z bliska, tu jeszcze nas to kręci, bo za dwa tygodnie będzie już trochę inaczej. Dodatkową atrakcją są samoloty lądujące na lotnisku w Jackson Hole – latają na tle tych pięknych gór i trochę zazdrościmy widoków ich pasażerom, choć i my nie mamy na co narzekać. Tego dnia, już prawie po ciemku robimy całą parkową trasę widokową i postanawiamy, że kolejnego dnia pojedziemy na rowery, które najpierw trzeba było jeszcze naprawić po ich upadku w parku narodowym Olympic.

Z perspektywy dwóch kółek świat zawsze wygląda trochę inaczej, chociaż zupełnie szczerze musimy przyznać, że tutejsza trasa rowerowa nieco rozczarowuje. Spodziewaliśmy się obcowania z przyrodą, leśnych ścieżek, widoków na jeziora, a tu ścieżka biegnie wzdłuż szosy, praktycznie cały czas, widoki są więc w zasadzie takie same, jak poprzedniego dnia z samochodu. Tylko hałas większy. Ale fajnie zjeżdżało się z górki, zgubiliśmy nawet flagę od wózka (ale później ją znaleźliśmy!). Pojechaliśmy też do Muzeum Sztuki Dzikich Zwierząt, czy jakoś tak, do którego nie weszliśmy, bo orzekliśmy, że jednak wysoka sztuka to nie dla nas, a już na pewno nie tego dnia. Ale obok muzeum był stoliczek piknikowy, na którym zjedliśmy ugotowane przez Piotrka (!) pyszne leczo. Cała traska miała około 60km i miejscami była nieco górzysta, co poczuliśmy w nogach, jednak przyczepką z dwójką szkrabów robi swoje.

Następny dzień to laba. Najpierw zabawy z dziećmi sąsiadów, potem basen, długo wyczekiwany przez Zuzkę. A po drodze na basen zobaczyliśmy tłum turystów patrzących w krzaki. Zatrzymaliśmy się więc i zostało nam to wynagrodzone pięknym widokiem na kilka łosi buszujących w krzaczorach nad rzeką. Po basenie, na którym się porządnie wyszaleliśmy na dużej i małej zjeżdżalni zaliczyliśmy przepyszne kanapki z grillowanym mięsem w miłej nowej knajpce w Jackson Hole – Big Hole BBQ. Boskie! Na prawdę warto, ktoś tu wie, jak się gotuje. Najedzeni zatoczyliśmy się do przyczepy i spać. Kolejny dzień to Yellowstone, w którym planowaliśmy zostać 5, może 7 dni. A jak wyszło niektórzy już wiedzą, a inny dowiedzą się w kolejnym wpisie.

Grand Teton są kolebką amerykańskiego alpinizmu. Jest tutaj cała masa fantastycznych górskich szlaków o różnych poziomach trudności, na które my się nie zdecydowaliśmy. Szkoda. Jednak były albo zbyt długie, albo zbyt trudne. Pewnie byłyby takie, które na upartego dałoby się zrobić z dwójką maluchów, my jednak odpuściliśmy. Z jednej strony szkoda, bo liznęliśmy Grand Teton tylko z wierzchu, ale z drugiej będzie po co wracać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *