Park narodowy Olympic. Niebo wyścielone mchem.

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Noc na rest area w Astorii nie była zbyt przyjemna. Parking dla przyczep jest oddzielony od autostrady tylko barierką. Całą noc mieliśmy więc wrażenie, że za chwilę coś w nas wjedzie. Rano bez żalu zebraliśmy się więc i przejechaliśmy na drugą stronę rzeki Kolumbia niesamowicie długim i wysokim mostem Astoria-Megler, mając długość 6545 metrów jest to najdłuższy most kratownicowy w Ameryce Północnej. Tym sposobem trafiamy do kolejnego stanu – Waszyngton. Podoba nam się od razu. Jest zielono, malowniczo. Trochę jak w Polsce, gdzieś po środku niczego, tylko jakoś tak wszystko jest bardziej. Jak krzaki to większe, jak droga to szersza, jak las to wyższy i bardziej gęsty, jak plaża to nad oceanem. Jedziemy dalej 101 wzdłuż wybrzeża. Na tej drodze spędzimy chyba najwięcej czasu ze wszystkich dróg, którymi mieliśmy okazję jechać w USA. Dojeżdżamy do Aberdeen, małego nadmorskiego miasteczka, które zasłynęło tym, że wychował się w nim Kurt Cobain. Podjeżdżamy pod jego dom, który teraz jest już zupełnie opuszczony i w żaden sposób nie wyróżnia się od pozostałych w tej, dość biednej, części miasta.

W końcu dojeżdżamy do południowej granicy parku narodowego Olympic, od strony jeziora Quinault. Jego południowy brzeg nie jest jeszcze w parku, ale jest w lesie Olympic National Forest. Czym prędzej udajemy się do informacji, okazuje się zamknięta, idziemy więc do Quinault Lodge, hotelu, który zajmuje się także rezerwacjami okolicznych kempingów. Dowiadujemy się, że nie ma nigdzie wolnego miejsca. Jednak podchodzi do nas pewien pan, który informuje nas, że może nas zakwaterować na swoim kempingu, na tzw. overflow parking. Cena taka sama jak za miejsce kempingowe, 20$. Nie chce nam się nic więcej szukać, chcemy też być nad jeziorem, bierzemy więc. Okazuje się, że kempingowy parking jest nad samiutką plażą i widoki mamy lepsze niż z niejednego oficjalnego miejsca na tym kempingu. Robimy sobie grilla i odpoczywamy na plaży. Postanawiamy też zrobić ognisko i przygotowujemy sobie na nim tradycyjny amerykański przysmak ogniskowy, czyli smores. Widzieliście to na pewno na niejednym filmie. Przepis jest taki. Kupuje się pianki cukrowe (u nas znane jako jo-jo, tutaj nazywa się to marshmallows), czekoladę oraz krakersy grahamkowe. Piankę nabija się na patyk i podgrzewa nad ogniskiem, skórka lekko karmelizuje, środek się rozpuszcza, następnie na grahamka kładzie się czekoladę, na to ciepłą piankę, przykłada się od góry drugie ciastko i się zajada. Obiecuję, że nigdy w życiu nie jedliście nic słodszego, chyba, że mieliście okazję jeść amerykański dżem lub gotowy amerykański budyń czekoladowy. Dzieciaki śpią, a my cieszymy się romantycznym wieczorem we troje. Robimy ze Staśkiem zdjęcia gwiazd, powoli zaczyna nam to wychodzić i możemy się cieszyć fenomenalnymi zdjęciami drogi mlecznej. Tylko mój szeroki obiektyw nie jest wystarczająco szeroki, przydałoby się jakieś rybie oko do takich fotek. Jedynym minusem tego kempingu jest brak punktu opróżniania ścieków oraz brak kranów ze świeżą wodą kompatybilnych z wężem, jaki mamy. Ale akurat mamy wodę, więc jest ok. Następnego dnia host pozwala nam zostawić tu jeszcze przyczepę, więc bierzemy auto i jedziemy oglądać największy świerk na świecie. Pokaźny, nie powiem. Stasiek i Jasiek pozują do zdjęcia. Jasiek przypłacił to tym, że skapnęła mu na głowę kropla żywicy, przyklejając mu do skóry kępkę włosów. Myliśmy to już wszystkim co się mieści w granicach rozsądku i niestety nie puszcza, także jak macie pomysł czym wymyć świerkową żywicę ze skóry i włosów głowy niemowlaka, to chętnie posłuchamy. Sam szlak jest króciutki, idzie się może 10 minut. Wracamy po przyczepę i jedziemy zrobić jeszcze troszkę dłuższą pętelkę po tutejszym lesie deszczowym. Też jest krótka, nie ma nawet mili, a daje nam możliwość pierwszego bliższego kontaktu z lasem deszczowym. Nie powiem, bardzo tu zielono. Zachęceni pakujemy się do naszego białego rumaka i ruszamy do Olympic National Park.

Jedziemy kawałek wzdłuż wybrzeża i spory kawałek przez takie wiochy, że psy… no sami wiecie czym szczekają. Opuszczone domy, opuszczone stacje benzynowe. Jak to mawia mój brat, tu się rodzą psychopaci. Coś może w tym być, bo w okolicy z pewnością nie ma za dużo do roboty. Jedyna praca jaka jest, to albo na morzu, albo bycie drwalem. Po drodze zatrzymujemy się na obiad na parkingu przy Ruby Beach. Przewodniki świecą zdjęciami skał, na których wylegują się rozgwiazdy na tle błękitnego nieba… Cóż, akurat dziś, akurat teraz, błękitu brak. Ale klimat jest całkiem, całkiem, nie powiem! Ja tam lubię też takie naburmuszone morze. Chmury, widoczność na 5 metrów, jest w tym sporo uroku.

Po obiedzie pędzimy do części parku zwanej Hoh Rain Forest. Pędzimy, bo mamy niecałą godzinę do zamknięcia punktu informacji parkowej, a mamy sporo pytań. Pędzimy tak, że na drodze, która wbija się w głąb parku… prawie odpada nam zderzak od przyczepy, a razem z nim nasze rowery! Na szczęście mieliśmy otwarte okna w aucie i zaczęliśmy słyszeć, że trzemy czymś o asfalt, więc od razu się zatrzymaliśmy. Jednak szkody są. Zderzak się nieźle odgiął, blacha nie wytrzymała obciążenia, na nierównych drogach nieźle buja przyczepą, rowery uderzyły w tył przyczepy i zrobiły wgniecenie, no i same rowery wymagają kilku napraw… Generalnie z tymi rowerami to my tu mamy prawie same kłopoty i chyba musimy sami przed sobą przyznać, że ich kupno nie było najbardziej trafionym pomysłem. Owszem, przejechaliśmy się kilka razy, ale tak: najpierw trzeba było je kupić, to nie było takie trudne. Potem woziliśmy je na pace naszego pickupa, co nie było zbyt wygodne, kupiliśmy więc używany bagażnik na rowery montowany do haka. Ale, na haku mamy przecież przyczepę, a haka w przyczepie nie mamy. Ale spoko, są takie specjalne haki montowane na zderzaki w przyczepach. Znaleźliśmy tani w sklepie on-line Walmarta i zamówiliśmy jeszcze na Florydzie. Miał być za 5-6 dni w Nowym Orleanie. Nie było. Czekaliśmy kolejne dwa dni, nie dotarł, okazało się, że go zgubili. Sfrustrowani się poddaliśmy, co jakiś czas zaglądając do sklepów z częściami dla przyczep, w nadziei, że gdzieś znajdziemy coś taniego (czyli do 30$). Niestety nie. W końcu zamówiliśmy po raz kolejny z Walmarta i odebraliśmy dopiero w Kalifornii! Zamontowaliśmy, dumnie powiesiliśmy na nim rowery, wszystko było ok. Ale użyliśmy tych rowerów w międzyczasie może 3 razy… No i w końcu, po chyba 3 tygodniach używania go, urwaliśmy w przyczepie zderzak… Rowery więc ponownie wylądowały na pace, razem z kołem zapasowym od przyczepy, które wcześniej grzecznie jeździło na zderzaku. Teraz naszym zadaniem jest znaleźć spawacza, który nam ten zderzak naprawi, ale raczej nie będziemy już na nim nic wieszać. W sumie na całą tą rowerową imprezę wydaliśmy około 250$. Rowery pewnie sprzedamy, uchwyt do nich i hak na zderzak też, ale tak czy siak, można taką kwotę lepiej zorganizować.

Wracając do tematu. Z powodu przygody z rowerami do Hoh Rain Forest dotraliśmy 10 minut po zamknięciu punktu informacyjnego. Zrobiłam jednak minę słodkiego, skrzywdzonego szczeniaczka i pani strażniczka zlitowała się nade mną, wpuściła, dała mapkę, opowiedziała o szlakach i poleciła najpierw znaleźć miejsce na kempingu, a dopiero potem ruszyć na szlak. Tak też zrobiliśmy. Kemping w Hoh Rain Forest był dość zapełniony, jednak, co niespotykane w parkach narodowych, znalazło się kilka wolnych miejsc. Zajęliśmy jedno z nich i ruszyliśmy na dwa upatrzone szlaki. Pierwszy to Hall of Mosses, przepiękny szlak przez las deszczowy porośnięty mchem, a nazwy drugiego nie pamiętam, ale zasadniczo są tu tylko dwa krótkie szlaki, zrobiliśmy więc oba, w sumie pokonując może 3 mile, niecałe 5 kilometrów. Polecamy. Nie było tu co prawda wyczekiwanych przeze mnie kamlotów porośniętych mchem, po których płynie strumień, ale spokojnie, jeszcze się doczekam. Wieczorem znów robimy krótkie ognisko i idziemy spać.

Następny dzień przeznaczamy na dolinę Soleduc. Albo Sol Duc. Sol Duc to chyba nazwa wioski a Soleduc to doliny. Mniejsza o to. Najważniejsze, że, po pierwsze primo są tu kamloty porośnięte mchem i płynie pomiędzy nimi strumień, będzie fota, po drugie jest punkt wylewania ścieków, po trzecie są gorące źródła siarkowe. Zaliczyliśmy wszystkie atrakcje. Najpierw spacer szlakiem do Sol Duc Falls. Miło, spokojnie, krótko i dość płasko. Widoki wspaniałe. Kamloty są. Fota jest. Potem obiad a po obiedzie wyczekiwane przez Zuzię gorące źródła i basen. Wymoczyliśmy się solidnie. Co prawda smród niemytych spoconych ciał chwilowo zastąpi smród siarki (nie wiem co lepsze), ale na szczęście po kąpieli można zaliczyć porządny prysznic, upiekliśmy więc dwie pieczenie na jednym ogniu. Wstęp do źródeł kosztuje 15$, chyba że, tak jak my, idzie się tam na 2h przed zamknięciem (czynne do 21), wtedy płaci się 10$. Wymoczyliśmy się, wypluskaliśmy, wymyliśmy. Wróciliśmy do przyczepy, opróżniliśmy zbiorniki na ścieki i już o 21 ruszyliśmy w dalszą drogę. Dzieciaki oczywiście posnęły, a my dojechaliśmy do Port Angeles, mijając po ciemku malownicze jezioro Crescent i niejeden wodospad. Na rest area tuż za Port Angeles spędziliśmy noc. Mieliśmy w planie wrócić do wodospadów kolejnego dnia, jednak odpuściliśmy już sobie i pojechaliśmy dalej, do Seattle.