Plantacje nad Mississippi

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Jadąc wzdłuż rzeki Mississippi w kierunku plantacji trudno nie zauważyć, że ta rzeka żywi ludzi. Owszem – rybami także, ale w oczy rzuca się przede wszystkim wielki przemysł. Co chwila mijamy jakąś fabrykę, magazyny, rafinerię, petrochemię, trudno nam nawet nazwać wszystkie z nich. Nad drogą ciągną się taśmociągi, którymi jadą towary z wielkich kontenerowców sunących po rzece. Do tego gigantyczne mosty. Są tak wysokie, że niektóre z daleka wyglądają, jakby były trójkątem, a nie łukiem. Zgodnie stwierdzamy, że jeśli udaje nam się naszym zestawem pod nie podjechać, to przełęcze Kolorado też nie będą nam straszne.

O tym odcinku Mississippi mówiło się niegdyś „Gold Coast” (Złote wybrzeże). Tutaj swego czasu mieszkało najwięcej milionerów w Stanach Zjednoczonych. Na czym się dorobili? Można by zgadywać, że na plantacjach i byłaby to częściowo prawda. Tylko częściowo, bo niestety poza trzciną cukrową i bawełną handlowano tutaj ludźmi. To tutaj trafiali niewolnicy. To o tych niewolnikach oglądamy filmy. Bardzo to smutne. Większość zachowanych obecnie plantacji pozwala zajrzeć do bogatych domów, podziwiać ogrody, salony i to, że mówiło się tu po francusku. Opowiada się o kreolskich tradycjach. Gdzieś tam na boku przemknie informacja o tym, że ta pani to miała własną niewolnicę, a tamten pan odniósł ogromny sukces na plantacji, bo zwiększył niewolniczą populację z 13 do 81 osób w zaledwie 2 lata. Bogate domy są piękne. I owszem. Ale ich ściany były świadkami najmroczniejszych wydarzeń w historii USA.

Wśród plantacji udostępnionych zwiedzającym jest Whitney Plantation. Jest inna od pozostałych, bo zrobiono z niej mauzoleum poświęcone historii niewolnictwa w USA. Z godnością i szacunkiem opowiedziane są tutaj najsmutniejsze historie i ludzkie tragedie. Podczas godzinnej wycieczki z przewodnikiem można dowiedzieć się na prawdę dużo o niewolnictwie. Ja na przykład zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, że niewolników na plantacjach także, brzydko mówiąc, „hodowano”. Aż ciężko o tym pisać. Podobnie jak przy hodowli zwierząt dbano o odpowiednie krzyżówki krwi i dokładnie śledzono ile jakiej krwi jest w kim. Kobiety były gwałcone i zmuszane do rodzenia dzieci. Średni czas życia niewolnika po trafieniu na plantację, niezależnie od jego wieku, wynosił 10 lat. Umierali z wycieńczenia, odwodnienia, głodu. Byli chowani w masowych grobach, o ile w ogóle byli chowani. Niewolnika, który wypracował już swoje często nie opłacało się trzymać przy życiu, nie dbano więc już o niego w ogóle. Łzy cisnęły się do oczu. Jednak dobrze, że to miejsce istnieje, że ta historia jest opowiadana.

Po wizycie w Whitney sami jesteśmy mocno wycieńczeni. Było bardzo gorąco. Postanawiamy zwiedzieć jeszcze plantację Laura. Po drodze zatrzymujemy się na obiad w pobliskiej restauracji. Po raz kolejny jemy gumbo – kreolskie danie występujące w dwóch odmianach. Ja jem z owocami morza, Piotrek z kurczakiem i wędzoną kiełbasą. Bardzo dobre. A na przystawkę smażony aligator. Smakuje dokładnie tak samo jak kurczak. Albo nas wkręcili, albo aligatorem nie ma co się zachwycać. Zuza i Jasiek też zjedli.

Na kolejną plantację, Laura, trafiamy o 16.00. Piotrek i dzieciaki są zmęczeni, zostają więc w klimatyzowanym aucie. Jasiek śpi. Ja kupuję bilet i okazuje się, że jestem jedyną zwiedzającą o tej porze. Mam więc prywatną wycieczkę. Zarówno sama plantacja, jak i wycieczka są zupełnie inne niż w Whitney. Tutaj dowiaduję się sporo o kreolskiej kulturze, sposobie budowania domów, życiu bogatych rodzin na plantacjach i kto był czyim ulubionym wnukiem, a kto odziedziczył fortunę. To też ciekawa perspektywa, jednak po wizycie w Whitney czuję ogólny niesmak do całej idei. Trochę koi moje serce fakt, że Laura, dziedziczka od której plantacja ma swoją nazwę, również nie chciała mieć wiele do czynienia z niewolnictwem i samą plantacją i wypisała się z całego interesu. Na podstawie jej pamiętników powstała książka, z której można dowiedzieć się bardzo dużo o życiu na plantacji.

Po zwiedzaniu, pomimo późnej godziny decydujemy jeszcze zrobić trochę mil. Po drodze zaglądamy przez płot na słynną plantację Oak Alley, której nazwa wzięła się właśnie od dębowej alei, na którą mamy piękny widok z drogi. W Whitney wytłumaczono nam po co te dęby. Otóż wszystkie domy na plantacjach były budowane tak, by jedna ich strona wychodziła na rzekę. Od tej strony, dokładnie na wprost domu sadzono dwa rzędy dębów, które robiły cień i pomagały chłodnemu powietrzu z nad wody dostać się do domu. Wszystko po to, aby w domu panował miły chłód. Trzeba przyznać, że to bardzo skuteczne i niezwykle piękna metoda. Tu warto dodać, że wszystkie te piękne domy były budowane przez niewolników. A wszystkie te piękne dęby przez nich też były sadzone. Podróż kończymy późnym wieczorem na Wallmarcie, gdzieś po drodze do Houston w Teksasie.