Północna Floryda – mniej znana, nie mniej piękna

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Od samego początku naszej wizyty na Florydzie czuliśmy, że najbardziej spodoba nam się północ. Naczytaliśmy się o pięknych białych plażach, ciszy i spokoju. Nie mogliśmy się doczekać. Pierwszą noc, po spotkaniu z Anią i Sebastianem spędziliśmy pod Walmartem, niedaleko drogi widokowej US98, którą zamierzamy jechać dalej na północ. Rano ruszamy i wczesnym popołudniem docieramy do Wakulla State Park. Znajduje się tutaj jedno z największych, najgłębszych i najbardziej wydajnych naturalnych źródeł. Jemy obiad, kąpiemy się w źródlanej wodzie, a następnie wsiadamy na łódkę. Nie skłamię, gdy napiszę, że są to jedne z najlepiej wydanych dolarów podczas naszej wyprawy. Rejs jest niesamowicie relaksujący a widoki zapierają dech w piersiach. Cydry wyrastają na środku rzeki, a wokół nich tzw. kolana – wystające z wody części drzewa, lub korzenia, sama nie wiem. Takie kulasy. Wokół tego piękne ptaki, żółwie, wielkie ryby. A brzegiem hasają jelonki i w słońcu wygrzewają się aligatory. Do tego odłamy rzeki z wodą odbijającą niczym srebrzysta tafla bujną dżunglę. Bardzo miłe 45 minut, choć poważnie zaniżaliśmy średnią wieku na statku.

Wieczorem dojechaliśmy do Apalachicola National Forest, w którym wyczailiśmy darmowe kempingi WMA (Wildlife Management Are, coś w rodzaju obszaru ochrony zwierzyny). Można tu nocować za darmo na terenie całego lasu. Jednak w okresie polowań (mniej więcej od listopada do lutego), można zatrzymywać się tylko na wyznaczonych polach. Wszystkie są darmowe. Ruszyliśmy podekscytowani w las. Po kilku milach asfalt zamienił się w szutrówkę, bardzo dobrze utrzymaną, jednak z taką charakterystyczną tarką, jak na polskich szutrowych drogach. Dla przyczepy taka droga jest zabójcza. Jedziemy bardzo powoli i po mili już prawie decydujemy się zawrócić i pojechać na około. Widzimy jednak inny samochód skręcający w boczną leśną drogę. Zaintrygowani jedziemy za nim i próbujemy zobaczyć, czy pojechał do jakiegoś domu, czy może jest tu w okolicy jakaś polana, na której można się zatrzymywać. Nie jesteśmy przekonani. Mamy już zamiar stąd wyjeżdżać, gdy ponownie widzimy ten sam samochód. Wysiada z niego kierowca i macha do nas. Widzi, że jesteśmy nieco zagubieni i mówi, że jeśli szukamy kempingu to właśnie znaleźliśmy. Opowiada, że często przyjeżdża tu z rodziną, bo jest tu mało węży i jego 3 letnia wnuczka może biegać swobodnie po trawie. Czujemy się zachęceni i postanawiamy zostać. Wjeżdżam w małą leśną drogę, która po kilkudziesięciu metrach kończy się na dużej polanie. Za radą nowo poznanego pana parkujemy na samym końcu, gdzie czeka na nas stolik ze szpuli po kablach i miejsce na ognisko. Jest nawet drewno. Niestety nie ma sił by siedzieć przy ognisku, do tego komary tną jak złe. Usypiamy dzieci i sami bardzo szybko padamy. Wieczorowi uroku dodają dziesiątki latających wokół przyczepy świetlików.

Kolejnego dnia cieszymy się chwilę urokami naszej polany, rozwieszamy hamak, pijemy herbatkę, spokojnie zjadamy śniadanie i w końcu pogonieni owadami zbieramy się i ruszamy na wyspę St. George. Tutaj chcielibyśmy osobiście podziękować Magdzie G. za polecenie nam tego miejsca. WOW. NIESAMOWITA WYSPA! Najpierw jedzie się przepiękną drogą nad samą Zatoką Meksykańską, skąd można podziwiać niezliczone pomosty, pelikany i domy na palach. Potem przejeżdża się długim, wysokim mostem na wyspę. A wyspa to raj na ziemi. Po kilku milach wjeżdża się do parku stanowego, w którym nie ma nic poza wydmami, plażami z piaskiem tak białym, że razi w oczy, muszelkami i drzewami. Nie ma nawet ludzi. Jest puściutko. Decydujemy się zatrzymać na parkowym kempingu, mimo, że nie należy do najtańszych – 26$. Jest za to bardzo miły, ma dużo cienia. Popołudnie i wieczór spędzamy na plaży podziwiając zachód słońca i ciesząc się plażą, która mamy tylko dla siebie. Budujemy zamki, zbieramy muszelki i zachwycamy się krabami piaskowymi, które budują sobie nory w piasku i raz po raz z nich wychodzą, by szybko schować się z powrotem, jak tylko zwęszą jakieś niebezpieczeństwo. Gdy mamy dość plażowania, wsiadamy na rowery i wybieramy się na krótką wycieczkę po wyspie. Dzieciaki zasypiają, a my postanawiamy zostać jeszcze jeden dzień, by wybrać się na dłuższą wycieczkę na zachodnio-południowy kraniec wyspy. Niestety plany krzyżuje nam pogoda. Rano budzi nas deszcz i burza. Pada do 13.00. Zbieramy się więc i ruszamy dalej do Pensacoli.

Po drodze dzieciaki głodne, my głodni, zatrzymujemy się więc na obiad. Nie jesteśmy pewni, czy możemy, bo wkoło są znaki, że jest tu baza lotnicza a nad głowami latają nam myśliwce, ale w końcu znajdujemy polanę, na której widać też jakichś rybaków i decydujemy się tutaj ugotować obiad. Mamy przy tym nasz prywatny pokaz lotniczy. Latają nam dosłownie nad głową nowoczesne myśliwce F-35. Mamy fenomenalny widok, bo znajdujemy się na wysokości, na której zaczynają podchodzić do lądowania. Huk straszny, Zuza zatyka uszy, ale nam to nie przeszkadza. Podziwiamy, zajadamy i ruszamy dalej zadowoleni z wyboru miejscówki.

Tuż przed Pensacola Piotrek wynajduje darmowy kemping WMA usytuowany nad samą zatoką. Znów musimy jechać kawałek szutrówką. Ziemia ma tutaj ciekawy, miedziano czerwony kolor. Wkoło znaki, że mogą tu być niedźwiedzie, a przed maskę co chwilę wlatują nam jakieś ptaki i boimy się, że je rozjedziemy. Parkujemy i padamy na nos. Bardzo polecamy ten kemping, jest uroczy. Szkoda, że przez wiatr nie udało nam się skorzystać z jego atutów. Następnego ranka nadal strasznie wieje, nie decydujemy się na plażowanie, zwłaszcza, że na poprzedniej plaży coś nas ostro pogryzło. Mają tu takie małe muchy, na które mówią „no-see-um” (w wolnym tłumaczeniu „nie-widać-ich”), których ugryzienia są wyjątkowo swędzące. Przejechaliśmy więc przez półwysep i w zasadzie można powiedzieć, że jechaliśmy po plaży Pensacola Beach, która ciągnie się wzdłuż drogi. Widoki niesamowite. Wiatr jeszcze większy niż na lądzie.

Celem naszej podróży jest Museum of Naval Aviation na terenie bazy lotniczej w Pensacola. Muzeum jest darmowe i w dwóch wielkich hangarach można oglądać wszelkiej maści samoloty wojskowe. Nie będę rzucała nazwami, bo się nie znam, ale były takie co strzelają, takie co zrzucają bomby, takie zwiadowcze i masa innych. Wszystkie piękne, choć nieco drażni, że maszyny siejące zniszczenie nazywamy pięknymi… No dobra, Piotrek podpowiada mi nazwy więc napiszę, że stoi tu na przykład F-14 Tomcat, którego można było oglądać w filmie Top Gun, F-18 Hornet i różne śmigłowce, np SH90 oraz słynny śmigłowiec z Wietnamu, którego nazwy nawet Piotrek nie pamięta. Wszystkie eksponaty to rzeczywiste, emerytowane samoloty. Można też zobaczyć makiety wszystkich amerykańskich lotniskowców. Spędzamy tu kilka godzin. Ja niestety się chyba podtrułam i kiepsko się czuje, ale Piotrek zwiedza za nas dwoje. Zuza i Janek szaleją na tutejszym placu zabaw. Młody zabiera się za wstawanie. Jak tak dalej pójdzie to za miesiąc będzie chodzić.

Tej nocy zatrzymujemy się na parkingu Welcome Center przy drodze międzystanowej I-10. Oficjalnie nie można tu nocować, ale nieoficjalnie nawet ochrona wskazuje gdzie zaparkować, by móc tu spokojnie spędzić noc. Jest całkiem w porządku, choć trochę głośno. Rano szybkie śniadanie i zawijamy się w drogę do Nowego Orleanu.