Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Nasz plan na Portland był podobny do tego na Seattle – znaleźć miejsce do spania pod miastem, zaparkować auto na jakimś park&ride i do miasta pojechać komunikacją. Tak też zrobiliśmy, aczkolwiek tym razem z małymi przygodami. Zaparkowaliśmy na Walmarcie przy 82giej Alei, poleconym przez boondockersa, który niestety nie mógł nas ugościć. Zjedliśmy kolację, położyliśmy dzieci spać, sami też już się zbieraliśmy do snu. Nagle, kilka minut po północy ktoś puka do drzwi. To ochrona informuje nas, że nie możemy tu zostać na noc, bo ten Walmart nie jest czynny 24h. Pana niestety nie da się przekonać i musimy pojechać gdzie indziej. Okolica jest średnia, kręci się troszkę szemranych typków, widać sporo vanów, w których mieszkają bezdomni. Początkowo stwierdzamy, że skoro oni parkują tu przy ulicy, to pewnie i my możemy. Kręcimy się trochę po okolicy, znajdujemy w końcu wolne miejsce. Jednak zaparkowana obok przyczepa ma mandat przyklejony do szyby, a dom, przy którym zaparkowaliśmy to jeden wielki śmietnik. Średnio jest. Postanawiamy, że jednak pojedziemy na innego Walmarta, aby czuć się nieco bezpieczniej. Znaleźliśmy jeden w północnej części miasta, jakieś 30km od miejsca, w którym byliśmy. Pojechaliśmy więc i spokojnie poszliśmy spać. Rano zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy na pobliski parking park&ride przy stacji tramwaju Penrose TC. Zostawiliśmy przyczepę, za 5$ kupiliśmy dobowy bilet na komunikację miejską i ruszyliśmy zwiedzać. Wysiedliśmy na skraju centrum, przy rzece i kierowaliśmy się w stronę słynnego w Portland sobotniego targu rękodzieła. Po drodze trafiliśmy na paradę równości o motywie Małej Syrenki. Nie żartuję. Ciekawe doświadczenie, nie powiem… Chwilę pooglądaliśmy, a następnie gonieni ciekawością i głodem poszliśmy na targ. Przypominał mi trochę warszawskie bazary z cyklu „slow food / fashion”. Masa wystawców, każdy sprzedaje coś ręcznie robionego. Biżuteria, ubrania, poduszki, rzeźby, dekoracje, torebki, wszystko! Chwilę pooglądaliśmy, jednak zapachy kierowały nas w stronę alejki z jedzeniem. Jak to na bazarkach, było tu trochę food trucków i małych sprzedawców z lokalnych knajpek. Ale była także budka z polskimi specjałami (obsługiwana przez dwie panie azjatki). Można było zjeść pierogi, kiełbasę z grilla z cebulą, kiszoną kapustą i ogórkami w śmietanie, placki ziemniaczane. Jak u mamusi (tzn. może akurat nie u mojej, pozdrawiam Mamo!). Zuza zażyczyła sobie kiełbaskę, której połowę zjadł Jasiek. My wybraliśmy pizzę i tajskie.

Nasyceni skierowaliśmy się w kierunku starej dzielnicy. Poszwędaliśmy się trochę, trafiliśmy do wspaniałej księgarni Powell’s, miłośnikom książek polecam i ostrzegam, że spędzicie tam wiele godzin! Chcieliśmy też skusić się na podobno legendarne VooDoo Doughnuts, ale kolejka nas bardzo skutecznie odwiodła od tego pomysłu. Wsiedliśmy więc w tramway i pojechaliśmy do Washington Park. Park jest olbrzymi, jednak na miejscu kursuje darmowy busik, wożący chętnych po parku. Ma nawet rampę dla niepełnosprawnych. Gdy o to poprosiliśmy, kierowca otworzył ją dla nas, dzięki czemu mogliśmy pojechać tym autobusikiem z naszym wózkiem. Dojechaliśmy do stacji Ogród Różany, gdzie przespacerowaliśmy się po cudownym, kolorowym i pachnącym ogrodzie różanym. Jest tutaj ponad 2000 gatunków róż, w tym wiele eksperymentalnych. Przepiękne miejsce. Jest tutaj także ogród japoński, nie weszliśmy jednak. Za to znaleźliśmy wspaniały plac zabaw, gdzie zarówno Zuzia, jak i Jasiu poszaleli. Stamtąd zdecydowaliśmy się rozpocząć powrót do tramwaju szlakiem idącym przez parkowy las. Było pod górę i dość wąsko, ale chłopaki dzielnie pchali wózek, a Zuzia dzielnie szła sama. Po 1 mili takiego spaceru doszliśmy do przystanku shuttle busa i stwierdziliśmy, że jednak resztę drogi chętniej pokonamy nim. Niestety, trafił się kierowca, który odmówił wzięcia naszego wózka, twierdząc, że autobusowa rampa jest tylko i wyłącznie dla wózków inwalidzkich. Nie pomogły tłumaczenia ani nasze, ani przypadkowego przechodnia, który chciał nam pomóc. Burak. To był przedostatni przystanek, nie było więc ryzyka, że jeszcze dosiądzie się ktoś na wózku, a my zajmiemy jego miejsce, tym bardziej nie rozumieliśmy zachowania kierowcy. No ale cóż, mamy wszyscy zdrowe nóżki, poszliśmy więc do samego końca na piechotę. Wsiedliśmy do tramwaju powrotnego, którym wszyscy oprócz mnie pojechali do przyczepy. Ja dostałam 2h dyspensy na samodzielne pochodzenie po sklepach, z czego bardzo chętnie skorzystałam.


Pojechaliśmy spać na Walmarta na zachodnim krańcu Portland, a rano ruszyliśmy w stronę Columbia River Gorge, gdzie chcieliśmy zobaczyćm między innymi, wodospad Multnomah Falls. Mieliśmy tam niecałe pół godziny drogi. Dojechaliśmy. Jadąc od Portland w pewnym momencie jest specjalny zjazd do wodospadu i duży parking przy samej autostradzie, ponieważ niestety trafiliśmy tu w niedzielę, parking był pełen. Pełen był też drugi parking przy samych wodospadach. ten dodatkowo był wyjątkowo źle zorganizowany i co chwilę robiły się ogromne korki. Udało nam się zaparkować na miejscu dla autobusów, Piotrek postanowił zostać w samochodzie, a Stasiek, Zuzka i ja poszliśmy oglądać wodospad. Był ogromny tłok, ludzi tyle, że ciężko było się dostać do barierki, żeby spokojnie zrobić zdjęcie, ale się udało. To piękny wodospad, składa się z dwóch części, nad dolną z nich jest malowniczy murowany mostek, dodający uroku całej scenografii. Poszliśmy jeszcze właśnie na ten mostek zrobić zdjęcie z innej perspektywy po czym wróciliśmy do auta. Wyjazd z parkingu graniczył z cudem. Musieliśmy zawrócić a następnie ustawić się w korku z aut czekających na wjazd na parking. NIestety nie wszyscy rozumieją, jak działają parkingi i ludzie blokowali wyjazd stojąc na wjeździe na parking czekając aż może jakieś miejsce się zwolni (mimo, że nie było na to perspektyw). W końcu udało nam się wyjechać i za radą pani w informacji turystycznej pojechaliśmy do doliny zwanej Fruit Loop. Czyli pojechaliśmy oglądać sady i pola lawędy. Chcieliśmy nawet w jednym z sadów, który na to pozwala, pozrywać sobie jakieś owoce, ale gdy tam dojechaliśmy zastaliśmy tylko kartkę, że owoce się skończyły. Widać to popularna rozrywka wśród odwiedzających te rejony mieszczuchów. Nie dziwię się, fajna sprawa. Zrobiliśmy sobie piknik w parku nad rzeką, w lokalnym sklepie kupiliśmy przepyszny placek morelowo-czereśniowy (taki typowy amerykański „pie”, czyli okrągły placek z owocami w środku i kruchym ciastem na spodzie i na wierzchu) i worek czereśni i ruszyliśmy oglądać pola lawendy. Powiem tak. Pola lawendy to ja widziałam w chorwackiej Dalmacji. To tutaj to był najwyżej lawendowy zagajnik. Ale pachniało pięknie! Ten rejon wygląda trochę, jak każdy rejon gdzie są sady. Dużo drzew owocowych, wąskie dróżki, raz po raz jakiś lokalny sklepik. Miło tu, tak swojsko. Z wyjątkiem temperatury. W Portland było całkiem przyjemnie, 26-28 stopni. A tu nagle zrobiło się 35! A my jedziemy jeszcze bardziej w głąb lądu, wygląda na to, że będzie znów gorąco. Autostrada 84 na wschód wiedzie wzdłuż rzeki Kolumbia. Wije się równo z każdym meandrem tej ogromnej rzeki, nie jest to niby droga krajobrazowa, jednak chyba jedna z piękniejszych autostrad. Będziemy nią jechać dość długo w stronę Idaho, potem zboczymy na chwilę znów do Utah, by następnie wjechać od południa do Wyoming, gdzie czekają na nas dwa wspaniałe parki narodowe: Grand Teton i Yellowstone.