Przez ognistą dolinę do ognistych steków: Las Vegas i okolice.

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Z Kanab ruszyliśmy do Las Vegas. Po drodze przenocowaliśmy na Walmarcie w Hurricane i byliśmy w szoku, jak szybko zmieniła się temperatura. Nagle zrobiło się bardzo ciepło. Chyba będzie trzeba się przyzwyczaić. Po drodze do Las Vegas mijaliśmy park stanowy Valley of Fire. Pomimo popołudniowej pory było bardzo gorąco. Na jednym z parkingów odpaliliśmy więc generator i w klimatyzowanej przyczepie nakarmiliśmy się, by z pełnymi brzuchami pojechać zwiedzać dolinę. Valley of Fire, czyli Dolina Ognia, swoją nazwę zawdzięcza z pewnością czerwonym, wyróżniającym się od reszty skałom, jednak zgaduję, że panujące tutaj temperatury też przyczyniły się do wyboru nazwy. Park jest przepiękny. Mimo, że jak już wspominaliśmy, naoglądaliśmy się już skał co niemiara, te nadal zrobiły na nas wrażenie. Do tego parkowe drogi malowniczo wiją się pomiędzy nimi. Dla chętnych jest tu kilka szlaków pieszych, my z braku czasu i, powiedzmy sobie szczerze, także braku chęci, objechaliśmy jedynie park samochodem zatrzymując się w kilku miejscach widokowych. Co więcej zapowiadaliśmy się u naszych gospodarzy w Henderson pod Las Vegas na 13-14, a już było sporo później, mieliśmy więc też poczucie, że powinniśmy się spieszyć. Koniec końców i tak dojechaliśmy do nich dopiero koło 21.

Z Valley of Fire wjechaliśmy do Vegas od północnej strony. Zdecydowaliśmy się zjechać z autostrady i przejechać przez miasto, żeby od razu liznąć nieco jego klimatu. Północna część, tzw. downtown to właściwe centrum miasta. Właściwe, czyli wcale nie to gdzie są słynne hotele i kasyna. Ta część to jedna ulica, potocznie nazywana Las Vegas Strip, znajdująca się na południu, w zasadzie to już na przedmieściach. Przejechaliśmy tędy w popołudniowym szczycie, podziwiając miasto skąpane w zachodzącym słońcu. Ja byłam już tutaj raz wcześniej, dla Piotrka było to jednak pierwsze spotkanie z amerykańskim kiczem w pełnej krasie. Przesadnie wielkie hotele, masa świateł, neonów, atrakcji, dziwnych ludzi. Cóż, pierwsze wrażenie, jak to pierwsze wrażenie, było bardzo pobieżne, zobaczymy, czym nas miasto zaskoczy kolejnego dnia.

Zatrzymaliśmy się w Henderson, pod Las Vegas u Marioli i Marka, polskiej rodziny mieszkającej w Stanach już około 30 lat. Zapewne czytają ten wpis, co nas bardzo cieszy, skorzystamy więc z okazji i raz jeszcze podziękujemy za tak ciepłe przyjęcie i opiekę nad nami! Mariola i Marek mieszkają na osiedlu domów jednorodzinnych, na którym jest specjalny parking dla dużych pojazdów. Tam też postawiliśmy przyczepę i początkowo plan był taki, by w niej spać. Do Vegas dotarła jednak fala upałów i nasi gospodarze zaprosili nad do spędzenia nocy u nich w domu. Ależ miło było przespać się na wygodnym łóżku, bez sprężyn wbijających się w plecy! Do tego porządny prysznic a rano zastało nas pyszne śniadanie. Twarożek ze szczypiorkiem to rarytas, którego nie jedliśmy już prawie trzy miesiące. Rano do Marioli i Marka przyjechały wnuki, ku wielkiej uciesze Zuzi, która choć początkowo nieśmiała, bardzo szybko przekonała się do nowego towarzystwa. Chyba nawet spośród całej gromady wybrała sobie jednego ulubieńca. Po wspólnej zabawie pojechaliśmy jeszcze na plac zabaw, a ja zaliczyłam fryzjera. Następnie ruszyliśmy zwiedzać zaporę Hoovera na rzece Kolorado. To osławiona w wielu Hollywódzkich filmach wielka, betonowa zapora. Robi ogromne wrażenie. Każdy z dwóch kanałów spustowych może na raz wylać z siebie tyle wody ile wodospad Niagara. Zaporze mieszkańcy Las Vegas zawdzięczają też, że pod nosem mają wielkie piękne jezioro – Lake Mead.

Tego dnia były moje (18ste!) urodziny. Jako, że byliśmy w Las Vegas, a jednym z moich kulinarnych idoli jest zawsze krzyczący Gordon Ramsey, w prezencie urodzinowym zażyczyłam sobie zjeść kolację w jego restauracji. W Las Vegas ma je chyba trzy. Wybrałam tą ze stekami. I poszliśmy. Restauracja znajduje się w hotelu Paris, stylizowanym na, tak, Paryż. Przed hotelem replika wieży Eiffla, sam hotel stylizowany na paryską kamienicę, obok łuk triumfalny, niczym na Polach Elizejskich. W środku za to idzie się paryskimi uliczkami usłanymi butikami i restauracjami z  ogródkami. No i oczywiście wielkie kasyno. Obok kasyna jest nasza restauracja. Od progu czujemy się ważni (i nieadekwatnie ubrani). Przed wejściem wita nas kamerdyner, zagaduje i nawet z zaciekawieniem słucha naszych odpowiedzi. Składa urodzinowe życzenia i obiecuje ciastko na koszt firmy. Proponuje też, abyśmy usiedli w innym miejscu niż zarezerwowane, aby było wygodniej z dziećmi. Zostajemy usadzeni na piętrze, przy stoliku, znajdującym się w kameralnej budce. Cała restauracja pachnie smażonymi stekami, kręci się po niej wielu kelnerów, panuje czerwony półmrok. Obsługuje nas chyba 6 osób, mamy wrażenie, że jest tu osobny kelner od podawania noży i osobny od składania serwetek. Co chwila ktoś się kręci. Zamawiamy, dostajemy pieczone na miejscu chleby z masłem z solą wulkaniczną (choć brzmi dziwnie, jest pyszna). Przystawki przychodzą szybciutko i są pyszne. Przed zamówieniem mięsa podchodzi do nas nasza chyba główna kelnerka, ciągnąc za sobą wielki stojak, na którym wyeksponowane są wszystkie rodzaje serwowanego w restauracji mięsa. Pani opowiada o każdym kawałku, opisując jego kolor, konsystencję, smak, z której jest części itp. Jesteśmy zauroczeni i każdy jeden kawałek wydaje się być lepszy od poprzedniego. W końcu udaje nam się wybrać. Na danie główne czekamy zaskakująco długo, myślę, że około 45 minut, może nawet godzinę. Steki są idealnie wysmażone, aromatyczne, pyszne. Na deser dostaliśmy obiecane ciastko ze świeczką. To powiedziawszy, jesteśmy pewni, że da się zjeść równie pyszne steki za 1/3 ceny gdzie indziej. Marzenie się spełniło, było przepysznie, jednak podobnie jak z produktami Apple, u Gordona Ramseya płaci się 1/3 ceny za jedzenie i 2/3 za Gordona.

Po kolacji ruszyliśmy na spacer po Stripie. Jak tylko wyszliśmy z hotelu uderzyła nas fala gorąca. Było ponad 40 stopni, pomimo wieczorowej pory. Znajdowaliśmy się mniej więcej w połowie Stripu. Postanowiliśmy pójść na pokaz fontann pod hotel Mirage. Doszliśmy tam akurat po zakończeniu jednego pokazu, a do kolejnego było pół godziny. Dzieci były bardzo zmęczone, nie najadły się też jakoś szczególnie stekami (dobre, ale małe). Zaliczyliśmy więc małe zakupy, żeby napełnić Zuzi brzuszek i ruszyliśmy w drogę powrotną do auta. Byliśmy mocno przytłoczeni ilością ludzi na ulicach. Był czwartek wieczór a w nadchodzący weekend w Vegas był jakiś festiwal muzyczny, czy koncert, nie wiem co, ale zjechało tu wyjątkowo dużo ludzi, co zdecydowanie dało się odczuć na ulicach. Z wielką ulgą dotarliśmy do samochodu i wróciliśmy do domu naszych gospodarzy, gdzie bardzo szybko padliśmy i poszliśmy spać.

Rano Zuzia pobawiła się jeszcze z dzieciakami i około 11 zebraliśmy się w dalszą drogą w kierunku Doliny Śmierci. Przed wyjazdem pojechaliśmy jeszcze do polskiego sklepu, zaopatrzyliśmy się. Nie zrobił na nas wrażenie. Był mały, słabo zaopatrzony i bardzo, bardzo drogi. No ale kupiliśmy kilka rzeczy. Trochę lepiej zaopatrzony był sklep rosyjski, ale też nie zrobił na nas wrażenia.

Bardzo zaniepokoiło nas, że zaczął nam się coraz częściej grzać silnik. Na dworzu bardzo gorąco, ponad 40 stopni, to fakt, jednak nasz samochód, gdy chodzi na postoju to po 5 minutach ma zagrzany silnik do czerwoności, klima przestaje działać i wskaźnik temperatury silnika wchodzi na czerwone pole. Coś jest nie tak. Zauważyliśmy też, że wycieka nam płyn chłodniczy. Okazało się, że w zasadzie to nie wycieka, tylko się gotuje i bulgocąc wylatuje przez specjalny zawór bezpieczeństwa. No dobra, niepokoi nas to trochę, bo przed nami droga przez góry oraz bardzo gorąca Dolina Śmierci. Pociesza nas, że gdy tylko ruszamy to silnik się chłodzi i wszystko wraca do normy. Jedziemy więc dalej…