Ten post należy do serii: Bałkany 2015
Pokaż więcej postów?

Pierwszym calem w naszej podróży po Bałkanach było Sarajewo. Miasto położone jest w dolinie otoczonej wysokimi górami. Nowa część rozpościera się na samym dole doliny, wzdłuż rzeki rozpościera się bardzo urocza Starówka, wzgórza natomiast są zajęte przez stare dzielnice mieszkalne. Stare domy przytulają się do siebie, co jakiś czas ustępując miejsca niewielkim ogrodom oraz licznym i dużym cmentarzom. Ilość cmentarzy nas nieco zaskoczyła – widać je praktycznie na każdym kroku.

Do Sarajewa dotarliśmy późnym popołudniem i gnani głodem postanowiliśmy pierwsze kroki skierować uliczkami starego miasta do lokalnej knajpki, aby zjeść słynne sarajewskie ćevapčići – aromatyczne kiełbaski podawane w puszystej bułce z dodatkiem świeżej cebuli i lokalnego serka kajmak. Pycha! Zamówiliśmy dwie standardowe porcje i bardzo żałowaliśmy, że nie zdecydowaliśmy się jednak na te powiększone. Zuzka wszamała chyba 5 takich kiełbasek! Mieliśmy nadzieję, że po drodze natkniemy się też na jakiś tani nocleg, jednak się nie udało. Na szczęście w knajpce był internet, znaleźliśmy więc tani pokój nieopodal. Rzeczywiście nie było daleko, jednak mieliśmy spory problem z trafieniem w odpowiednie miejsce. Nasz pokój znajdował się w starej dzielnicy Sarajewa, na wzgórzu. Jechaliśmy do niego bardzo wąskimi i bardzo stromymi drogami, w dodatku często jednokierunkowymi i bez nazw, co nie ułatwiało nawigacji. Dodatkowo okazało się, że budynek którego szukamy nie jest poprawnie oznaczony na mapach Google, stad też w końcu musieliśmy o wskazówki dojazdu pytać mieszkańców. Plus był taki, że mieliśmy okazję dobrze zwiedzić tą część Sarajewa, a widok z okna naszego pokoju dodatkowo wynagrodził nam wszystkie trudy.

Tego dnia Zuzia wstała bardzo wcześnie, chcąc więc dać Piotrkowi wyspać się po długim i męczącym dniu za kierownicą, zapakowałam ją do nosidła i wyruszyłyśmy na poszukiwania kolejnego lokalnego specjału – burka. Miałam w pamięci burek, który jadłam jako dziecko w Chorwacji. Delikatna bułka, przypominająca strudel, nadziewana twarogiem. Lekko słona, najlepsza na ciepło, sycąca. Niestety – podczas trwającego ponad godzinę spaceru po lokalnych wzgórzach nie udało mi się znaleźć piekarni z burkiem. Kupiłyśmy więc zwykłe bułki, kajmak (bardzo nam zasmakował) i ruszyłyśmy do Piotrka. Po śniadaniu porozmawialiśmy chwilę z naszym hostem, który namówił nas na wizytę w Muzeum Tunelu. Udało nam się po drodze dostać burek, ale okazało się, że ten bośniacki jest po pierwsze z mięsem, po drugie dość tłusty – był całkiem smaczny, ale wiecie, to nie było TO.

Muzeum Tunelu znajduje się na tyłach lotniska w Sarajewie. Podczas trwającej trzy lata okupacji Sarajewa przez Serbów, lotnisko było terenem NATO i pod pasem startowym Bośniacy wydrążyli tunel stanowiący ich jedyną komunikację ze światem zewnętrznym. Tędy do miasta docierała broń, żywność i woda. Tędy transportowano rannych poza Sarajewo. Miejsce nazywane było Tunelem Nadziei. Obecnie zwiedzać można 20 metrową replikę tunelu oraz stworzone obok niewielkie muzeum pokazujące Sarajewo podczas wojny.

Po zwiedzeniu muzeum zaczęliśmy kierować się w stronę Czarnogóry. Droga pięknie wiła się wzdłuż koryta rzeki, urzekając nas malowniczymi widokami na góry oraz tunelami. Niedaleko przed granicą spotkaliśmy motocyklistów z Polski, przez jakiś czas jechaliśmy razem, jednak ich plan podróży był zdecydowanie bardziej intensywny niż nasz i w końcu, niedaleko za granicą, musieliśmy się pożegnać.