Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Do Seattle mieliśmy może 150 km, jednak przez nieuwagę jechaliśmy sobie spokojnie 101nką nie zauważając, że do Seattle powinniśmy byli odbić na zachód. Zamiast robić 150km, zrobiliśmy więc ponad 200… Ale, plus tego był taki, że znaleźliśmy po drodze miejsce o nazwie Hama Hama Oysters, słynące, jak nazwa wskazuje, z ostryg. My za ostrygami nie przepadamy, nie skusiliśmy się więc, ale znów kupiliśmy świeżą i wędzoną rybkę, zrobiliśmy sobie obiad i ruszyliśmy dalej. Pjechaliśmy przez miasto Olympia, gdzie mieści się State Capitol, stolica stanu Waszyngton. Samego miasta nie zwiedzaliśmy, zajechaliśmy tylko pod budynek Kapitolu, następnie pojechaliśmy do Puyallup, miasteczka oddalonego jakieś 50 mil na południe od Seattle, gdzie nocowaliśmy na Walmarcie. Samo miasteczko jest malutkie, jednak jest tu wyjątkowo duże stężenie starych amerykańskich samochodów, co niezwykle cieszy oko. Widzieliśmy też stary, drewniany rollercoaster, ale nie skusiliśmy się. Rano zostawiliśmy auto z przyczepą na lokalnym parkingu Park & Ride, a sami udaliśmy się pociągiem do Seattle unikając tym sposobem problemów z parkowaniem w mieście oraz, jak się okazało, jeżdżenia po górach. Bo Seattle jest niesamowicie pagórkowate! Jakoś w „Chirurgach” tego nie widać, takie oszustwo! Dzieciaki się ucieszyły z jazdy pociągiem, zawsze to jakaś odmiana, trochę już mają dosyć jeżdżenia samochodem. Jasiek, mały kombinator, chciałby już chodzić i rozrabiać, Zuzia się zwyczajnie nudzi, gdy zbyt długo jedziemy. Wcale jej się nie dziwię. Niemniej, do Seattle wybraliśmy się na piechotę, z wózkiem. Pociąg jechał jakieś 45 minut, był czyściutki i bardzo wygodny, z miejscem na wózki. Konduktor pomógł nam wsiąść, rozkładając, sam z siebie, rampę aby łatwiej nam było wjechać wózkiem do wagonu. Samo miasto bardzo nam się spodobało. Zwiedzanie zaczęliśmy od Chinatown, następnie kierowaliśmy się 5tą Aleją w stronę centrum miasta. Bardzo dużo chodziliśmy. Skusiliśmy się na przejazd kolejką monorail, która zawiozła nas z centrum do parku pod samą słynną wieżę z obrotową restauracją. Fajny taki monorail – jedzie ponad ulicami, wyżej, ma się inną perspektywę na miasto. W samym parku jest też Muzeum Popkultury. Nie weszliśmy do środka, jednak sam budynek jest absolutnie fenomenalny! Cudny! Zresztą monorail przejeżdża przez niego, co też robi fajne wrażenie. Poszwędaliśmy się trochę po parku, Zuzia pobawiła się chwilę na placu zabaw i poszliśmy na obiad. Yelp polecił nam knajpkę azjatycką, pyszne było. Piotrek wynalazł jeszcze plac zabaw dla Zuzi, który był chyba najdalej od wszystkiego, ale poszliśmy, dało nam to okazję zobaczyć takie zupełnie nieturystyczne fragmenty miasta. Zuzia się wyszalała, my natomiast obserwowaliśmy lokalnych bezdomnych i narkomanów. W Seattle jest bardzo dużo bezdomnych. Trochę nas to uderzyło, bo widać ich na prawdę w bardzo wielu miejscach, przy czym nie mogę powiedzieć, żebyśmy się przez to czuli mniej bezpiecznie. Nie zaczepiają, po prostu są. Z placu zabaw ruszyliśmy na słynny targ Pike Place Market. Oj wydawałabym tu fortunę na jedzenie, gdybym mieszkała w Seattle! Świeże ryby, wszelkiego rodzaju lokalne i bardzo nielokalne owoce i warzywa, pieczywo, słodycze, herbaty, rękodzieło – wszystko! Czułam się trochę jak na najlepszych targach Barcelony, wspaniałe miejsce! Mieliśmy też stąd widok na wielkie diabelskie koło, na które niestety nie starczyło nam czasu. Ostatni pociąg do Puyallup odjeżdżał o 18.20, musieliśmy się więc spieszyć, by na niego zdążyć. Zaliczyliśmy po drodze Starbucksa (nie tego najstarszego, pierwszego lepszego) i z poczuciem lekkiego niedosytu wróciliśmy do naszej przyczepy. W Seattle celowo nie kusiliśmy się na płatne atrakcje – były drogie i były kolejki. Woleliśmy się poszwędać, aby poczuć nieco klimat tego miejsca. Zajrzeliśmy do księgarni, w której Zuzia wybrała sobie dwie nowe książeczki, posiedzieliśmy na ulicznych ławkach, poobserwowaliśmy tutejszych ludzi. Spodobało nam się. To wielkie miasto, jednak w przeciwieństwie do innych miast, jakie do tej pory widzieliśmy tutaj jest wyraźne centrum, dzieje się w tym centrum sporo. Są kawiarnie, restauracje, sklepy, są LUDZIE. To nie jest typowe… Gdy byłam w San Antonio w Texasie, uderzyło mnie, jak pusto jest na ulicach centrum miasta. Tutaj można przejść z jednego miejsca w drugie, nie trzeba wszędzie jechać samochodem. No chyba, że do domu… Tego dnia spaliśmy na tym samym Walmarcie, co poprzedniej nocy. Rano wstaliśmy dość wcześnie i ruszyliśmy do Portland.

Podsumowując – polecamy Seattle. Trochę żałujemy, że nie spędzimy tu więcej czasu, jednak już za miesiąc musimy być w Nowym Yorku, aby odstawić Staśka na samolot, a zostało nam jeszcze sporo ciekawych atrakcji do zobaczenia po drodze. przed nami przecież Yellowstone, Grand Teton, być może słona równina Bonneville, Mount Rushmore, Badlands, Detroit, Niagara no i sam Nowy York. Mamy więc co robić. Spokojnie mogę sobie wyobrazić spędzenie tu 3-4 dni, nawet tygodnia. Wybrałabym się do niejednego tutejszego muzeum, przepłynęła promem, zjadła w kilku lokalnych knajpkach. Jeśli będziecie w okolicy, nie wahajcie się, wpadajcie do Seattle.