Skalna sława dla wybranych: The Wave

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

The Wave to formacja skalna rozsławiona przez niemieckiego fotografa wiele lat temu. Znajduje się na terenie Coyote Buttes, części kanionu Paria, który z kolei jest częścią Grand Escalante. Jest to przepiękne miejsce, piaskowiec został tu wyrzeźbiony przez wodę w charakterystyczny sposób, tworząc kolorową skalną falę. Robi to niesamowite wrażenie. Już na etapie planowania naszego wyjazdu wiedziałam, że koniecznie chcę tam pójść. Nie jest to jednak takie proste. Na teren Coyote Buttes, a więc i do The Wave wpuszczane jest tylko 20 osób dziennie. Aby być jedną z tych 20 osób trzeba albo ubiegać się o pozwolenie w loterii internetowej na 4 miesiące przed planowaną wizytą, w ten sposób losowane jest 10 pozwoleń, albo stawić się w biurze BLM w Kanab o 8.30 rano w przeddzień planowanej wycieczki do The Wave i wziąć udział w losowaniu, które się odbywa tutaj, mając nadzieję na wygranie jednej z pozostałych 10 wejściówek. Nie braliśmy udziału w losowaniu internetowym, ale postanowiliśmy, że damy sobie przynajmniej trzy szanse na zdobycie pozwolenia w losowaniu w Kanab, czyli założyliśmy, że w okolicach Kanab będziemy nawet 4 dni (3 dni na losowanie i dzień na pójście do The Wave).

Specjalnie znaleźliśmy opisywaną wcześniej miejscówkę nad rzeką w Mount Carmel Junction, bo mieliśmy stamtąd z jednej strony blisko do Kanab na losowania, z drugiej blisko do Zion. Stąd Piotrek pojechał pierwszy raz na losowanie. Nie udało się. Konkurencja jest duża, codziennie stawia się około 100 osób, które liczą na wylosowanie pozwolenia. Każda grupa, która przychodzi (może być maksymalnie 6cio osobowa) wypełnia odpowiedni formularz i dostaje numerek. Następnie kulki z numerkami są wrzucane do małej, ręcznie napędzanej maszyny losującej, jak do Bingo. Strażnik prowadzący losowanie wyczytuje wylosowane numerki i szczęściarze dostają pozwolenia. Jeśli wylosowane jest już dajmy na to 8 wejściówek i zostanie wylosowana grupa 4ro osobowa, to musi zdecydować, czy idą tylko dwie osoby, czy rezygnują w ogóle. Tego dnia pojechaliśmy zwiedzać Zion.

Kolejnego dnia postanowiliśmy, że zbierzemy się wcześnie rano i pojedziemy na losowanie z przyczepą, dlatego, że po losowaniu chcieliśmy pójść zwiedzać fragment kanionu Buckskin Gulch. Zajechaliśmy więc do Kanab o 8.45, Piotrek poszedł po raz drugi na losowanie, a ja nakarmiłam dzieci w przyczepie. Niestety znów się nie udało. Cóż, damy sobie jeszcze jedną szansę kolejnego dnia. Tymczasem pojechaliśmy na znaleziony przez Piotrka dziki kemping przy drodze 89, z którego mieliśmy równy dystans do Kanab i do początku szlaku do Buckskin Gulch i The Wave (te szlaki zaczynają się w tym samym miejscu). Po rozstawieniu się ruszyliśmy w stronę Buckskin Gulch. Cały kanion ma ponad 11 mil długości, wiedzieliśmy więc, że nie damy radę go przejść. Można jednak do niego dojść szlakiem zwanym Wire Pass, który także jest bardzo malowniczy i dochodzi do kanionu Buckskin Gulch. Wire Pass ma jakieś 3 mile w dwie strony, plus tyle ile się zrobi w Buckskin Gulch. Początek tego szlaku jest wspólny z początkiem szlaku do The Wave, który w pewnym momencie odbija w prawo. Idzie się wyschniętym o tej porze roku korytem rzeki, jednak zimą i wiosną trzeba uważać, bo mogą się tu zdarzać flash floods, czyli nagłe powodzie. Gdy pada deszcz, woda z gór spływa tak szybko, że w kilka minut koryto rzeki wypełnia się rwącym strumieniem wody. Trudno w to uwierzyć, ale dzieje się to tak szybko, że ludzie w ten sposób giną. Woda wypełnia też wtedy Wire Pass i kanion Buckskin Gulch, a tam to już nie ma gdzie uciekać, bo ma się pionowe ściany po obu stronach ścieżki. Szlak Wire Pass jest świetny. Warto się tu wybrać. Kanion robi wrażenie. Podobno przypomina The Narrows w Zion, z tą różnicą, że zwykle nie ma tutaj wody. Wielki plusem jest to, że jest tu przyjemnie chłodno. Musieliśmy pokonać jedną przeszkodę – zejść 1.5 metra w dół po kamieniu. Podaliśmy sobie dzieci i się udało. W drodze powrotnej udało mi się nawet na to wspiąć z Jasiem w chuście (i nawet się nie obudził!).

Udało nam się w lokalnym sklepie znaleźć w końcu jakąś kiełbasę na ognisko. Jedna nawet nazywała się „Polska Kiełbasa” i muszę przyznać, że chyba nawet obok polskiej kiełbasy kiedyś leżała. Albo po prostu byliśmy już tak spragnieni polskich smaków, że nie robiło nam różnicy jaka to kiełbasa. Zjedliśmy ją na obiad robioną z ogniska w towarzystwie sałatki z pomidorów i cebuli.

Następnego dnia na losowanie pojechałam ja. Nie wiem, czy to mój urok osobisty, czy szczęście, czy może pan losujący coś zagmerał, litując się nad matką z dzieckiem (wzięłam ze sobą Jaśka), ale udało się! Było już wylosowanych 6 wejściówek i nagle bum! Numer 36! Czyli my. Zapłaciłam 28$ (po 7 za osobę, tutaj również nasze dzieci są uznawane za osoby) i szczęśliwa ruszyłam zatankować, po zakupy i na naszą polanę. Tego dnia ja miałam lenia. Uszczęśliwiona zdobyciem pozwolenia postanowiłam się lenić cały dzień i zbierać siły na The Wave na jutro. Piotrek zabrał dzieci na off-road, a ja się obijałam.

Następnego dnia rano Zuzia obudziła się źle się czując. Nasze pójście do The Wave stanęło pod znakiem zapytania. Czuła się na tyle źle, że Piotrek postanowił, że zostanie z dzieciakami w przyczepie, a ja mam iść do The Wave sama. Trochę mi się zrobiło smutno, że nie pójdą ze mną, jednak na szlaku stwierdziłam, że może i lepiej – słońce świeciło dość ostro i Zuza zapewne nie przeszłaby całej trasy sama. Niemniej sytuacja była taka, że miałam 4 pozwolenia i byłam jedna. Nastraszona w biurze BLM w Kanab, że szlak nie jest oznaczony i łatwo się zgubić trochę bałam się iść sama. Postanowiłam, że znajdę jakichś szczęściarzy na parkingu pod Wire Pass i zaproponuję, by poszli ze mną. Po drodze spotkałam parę szwajcarów, którzy jednak stwierdzili, że 6cio milowy szlak to dla nich za dużo. Na parkingu zaczepiłam dwie inne osoby, które wybierały się właśnie na Wire Pass. Byli bardzo szczęśliwi, gdy zaproponowałam im by poszli ze mną, a ja byłam szczęśliwa, że nie muszę iść sama. Szlak rzeczywiście praktycznie nie ma oznaczeń. należy polegać na foto mapce, jaką dostało się od strażnika w Kanab. Idzie się trochę po piachu, ale głównie po przepięknych kolorowych skałach. Nie ma nikogo! Po drodze do The Wave spotkaliśmy tylko jedną trzyosobową grupę, która patrolowała czy idący tędy turyści mają odpowiednią ilość wody i czy się nie zgubili. W samym The Wave spotkaliśmy może 6 osób. Ograniczenie liczby odwiedzających ma tutaj sens. Dzięki temu rejon zachowuje dzikie, naturalne piękno, nie ma tłumów i można na prawdę poczuć się blisko natury.

Szlak nie jest tak trudny, zwłaszcza do The Wave łatwo trafić mając foto mapkę. The Wave jest dość małe, ale robi wrażenie! Oj robi, nie ma co opowiadać, trzeba po prostu popatrzeć na zdjęcia.

Droga powrotna też nie jest trudna, jednak zgodnie z ostrzeżeniem strażnika trudniej było wrócić, ale daliśmy radę. Najedliśmy się strachu, bo usłyszeliśmy grzechotnika. Nie widzieliśmy, bo uciekliśmy. Mogłaby to być cykada, ale brzmiało, jak grzechotnik. Tego dnia było na szczęście dość chłodno, rano około 22 stopni. Jednak jak wracałam to słońce grzało ostro. Szkoda, że Piotrek i dzieciaki nie mogli pójść ze mną, ale mogłoby być z maluchami bardziej męcząco. Ja też dostałam jeden dzień odpoczynku od (cudownego, ale jednak męczącego) życia rodzinnego, hehe.