Skalne cuda przy malowniczych drogach 12 i 24

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Mieliśmy poczucie, że czas nas goni i postanowiliśmy, że przez park narodowy Capitol Reef tylko przejedziemy. Po drodze mieliśmy polecaną nam Goblin Valley. Ponieważ z Moabu wyjechaliśmy późno, postanowiliśmy przenocować właśnie w okolicach Goblin Valley. Jadąc w stronę parku należy minąć drogę wjazdową, by trafić na parking, na którym można nocować. Okoliczności są prześliczne – wkoło kolorowe skały, trawy i sarny. Jedyne, co zaburzało nam spokój ducha to silny, porywisty wiatr oraz bardzo ciężkie burzowe chmury, w sam środek których wjechaliśmy. Pośpiesznie rozstawiliśmy przyczepę, w obawie, że za chwilę lunie. Na szczęście burza przeszła bokiem i poszliśmy spokojnie spać. Rano niestety niespodzianka – Zuzka dostała zapalenia pęcherza. Ma biedna ciężki tydzień. Przejazdem, bardzo na szybko spojrzeliśmy na Goblin Valley, nie było mowy by wejść na szlak, trzeba było znaleźć najbliższego lekarza i jechać jak najszybciej po lekarstwa dla Małej.

Zapytaliśmy w pobliskiej miejscowości, gdzie jest najbliższa apteka. Dowiedzieliśmy się, że dopiero w Bicknell, jakieś 60 mil dalej, jeszcze za parkiem Capitol Reef. Gdy do niego dojechaliśmy była akurat pora obiadu. Zuza czuła się trochę lepiej. Zjedliśmy więc tutaj. Jest tu bardzo miła, zacieniona polana ze stolikami. Z polany ruszamy drogą parkową, oznaczoną jako droga widokowa i podziwiamy park. Formacje skalne rzeczywiście robią wrażenie, chociaż z ręką na sercu musimy przyznać, że skały trochę nam się już opatrzyły. Od chyba dwóch tygodni oglądamy tylko skały w różnej postaci.

Mieliśmy cichą nadzieję, że może jednak znajdziemy aptekę na skrzyżowaniu dróg 24 i 12, tam jednak udało nam się tylko podłączyć do internetu, by sprawdzić, jaka substancja jest w leku, który Zuza brała na pęcherz w Polsce, zadzwonić do naszego rodzinnego lekarza (mojego Taty) z prośbą o radę i dowiedzieć się, że najbliższa apteka jednak rzeczywiście znajduje się w klinice w Bicknell 8 mil dalej. Pojechaliśmy. Zuzia została zbadana, dostała kolejny antybiotyk. Niestety tym razem musieliśmy zapłacić za wizytę, ponieważ klinika miała taką zasadę, że pacjenci przychodzący po raz pierwszy płacą pełną kwotę, a gdy ubezpieczalnia zapłaci klinice, to oni zwrócą nam kasę. No zobaczymy jak to zadziała. Razem z lekami wszystko kosztowało nas 180$, niemało, mamy nadzieję, że rzeczywiście dostaniemy zwrot. No ale jak trzeba, to trzeba, nie ma wyjścia. Warto pamiętać, że pomiędzy Moabem a parkiem narodowym Bryce, jadąc od północy, jedyna apteka jest właśnie w Bicknell przy drodze nr. 12.

Tego dnia dojechaliśmy w okolice Boulder. Zjechaliśmy z 12stki na drogę oznaczoną jako Hells Backbone (brzmi obiecująco), przy której obczailiśmy darmowy kemping. Było ciężko wjechać, bo do miejscówek prowadziła kręta, wąska droga, przy której rosły niskie drzewa. Trzeba się było nieźle nagimnastykować, żeby tu wjechać. Mieliśmy całkiem uzasadnione obawy, czy uda nam się wyjechać nie zarysowując przyczepy i nie niszcząc żadnych drzew. Ale trzeba przyznać, że widoki z kempingu rozpościerały się absolutnie boskie!

Rano rodzina dała mi pospać. Sami poszli zwiedzać, okazuje się, że idąc dalej drogą dochodzi się do starego lotniska. Po śniadaniu rozpoczęliśmy akcję „wyjazd z kempingu”. Było na prawdę ciężko, ale się udało. Piotrek jest mistrzem jeśli chodzi o precyzyjne manewrowanie przyczepą. Wróciliśmy na legendarną, przepiękną 12stkę. Droga jest kręta, górzysta, a za każdym zakrętem odkrywa przed nami kolejne wspaniałości. Prowadzi na przemian przez skały oraz przez las Dixie National Forest. Wreszcie widzimy jakieś drzewa. Sosny, brzozy, trawa. W powietrzu unosi się piękny, leśny zapach. Bardzo nam się podoba. Zuza na szczęście już po dwóch dawkach antybiotyku czuje się o wiele lepiej, nie cierpi tak strasznie, jesteśmy więc wszyscy spokojniejsi i jedziemy dalej.

Po drodze do parku narodowego Bryce Canyon jest jeszcze park stanowy Kodachrome Basin. Wystarczy zboczyć kilka mil z trasy i na prawdę warto. Wjazd do parku jest tani, chyba 7$, a na miejscu jest kilka ciekawych szlaków (oczywiście po skałach) i oczywiście przepiękne widoki. Zdecydowaliśmy się na krótki i łatwy szlak Angel’s Palace, który z jednej strony pięknie pokazuje kolory parku, z drugiej daje świetny widok na słupy skalne, z których park słynie. Ich pochodzenie nie jest jasne, jedna z teorii głosi, że tysiące lat temu park ten przypominał park Yellowstone i występowały tu źródła termalne i gejzery, które uległy wypełnieniu i zestaleniu, a otaczający je piaskowiec uległ erozji pozostawiając po sobie owe słupy skalne. Nazwa parku została zaproponowana przez fotografów National Geographic, którzy uznali, że piękno parku trzeba uchwycić na kolorowym filmie. Kodachrome to nazwa pierwszego ogólnodostępnego filmu kolorowego. Zuza od dawna marzyła by wsiąść na konia. Zobaczyliśmy, że tutaj organizowane są przejażdżki konne dla dorosłych. Poprosiliśmy jednak opiekującego się końmi kowboja, by chociaż posadzić Zuzie na koniu. Zgodził się i zrobił jej krótką oprowadzankę. Potem wróciliśmy po przyczepę i ruszyliśmy dalej piękną 12stką do parku narodowego Bryce.