Skalne mosty i tajemnicze domy w skałach: Natural Bridges i Mesa Verde

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Z Monument Valley pojechaliśmy do parku stanowego Gooseneck, po raz kolejny kierowani radą z przewodnika boondockingowego Marianne Edwards. Dojechaliśmy po ciemku, nie widzieliśmy więc wiele, tym bardziej zaskoczyły nas widoki o poranku. Jasiek zrobił pobudkę o 5.00, co postanowiłam wykorzystać i po uśpieniu go poszłam na spacer o wschodzie słońca, a moim oczom ukazały się wspaniałe meandry rzeki. Stało się jasne skąd nazwa parku (gooseneck = gęsia szyja). Musieliśmy zapłacić za wjazd tutaj chyba 10$ (nie pamiętam dokładnie), ale dla tych widoków warto! Po śniadaniu trochę sobie powariowaliśmy. Akurat wypadał dzień dziecka, Zuza dostała totalnie wolny wybór w kwestii śniadania. Zdecydowała się na płatki kukurydziane na mleku polane rozpuszczoną czekoladą. Nie powiem, sama się skusiłam.

Chociaż było nam to trochę nie po drodze postanowiliśmy zajechać do Valley of the Gods, mniejszej siostry Monument Valley. Szutrową drogą można jeździć pomiędzy mniejszymi i większymi monumentami. Na nas nie zrobiła akurat szczególnego wrażenia. Postanowiliśmy, że pojedziemy jednak do parku Natural Bridges, o którym czytaliśmy same dobre rzeczy. Mosty skalne, w przeciwieństwie do łuków powstają na skutek rzeki drążącej w skale dziurę. Mieliśmy do wyboru dwie drogi – szutrówkę przez przełęcz Moki Dugway, na początku której widniał znak odradzający wjazdu pojazdom z przyczepą oraz asfalt naokoło. Zgadnijcie, którędy pojechaliśmy? Oczywiście przez przełęcz. Nauczyliśmy się już, że amerykańskie ostrzeżenia często są nieco na wyrost. Zresztą stojąc na początku drogi widzieliśmy wjeżdżającego tam TIRa oraz zjeżdżające dwa samochody z przyczepami większymi niż nasza. Znaczy da się! Pojechaliśmy więc. Droga jest dobrze utrzymana, rzeczywiście szutrowa i rzeczywiście wiedzie nad przepaścią wspinając się wąskimi serpentynami w górę. Ale nawet taka bojaźliwa istota jak ja nie posikała się ze strachu, czyli nie było tak źle. No i te widoki!

Droga wiodła na szczyt ogromnej mesy (płaskiej góry), gdzie dalej biegła już asfaltem i po kilkunastu milach byliśmy w parku Natural Bridges. Park jest pośrodku niczego i wiedzie przez niego piękna, kręta droga, która co chwilę oferuje postoje z punktami widokowymi na mosty skalne. Dzieci głodne, zatrzymaliśmy się więc na obiad i przy okazji przeczekaliśmy deszcz, który nagle lunął. Ciemne chmury straszyły nas już od jakiegoś czasu. Po obiedzie wybraliśmy się na krótki szlak prowadzący pod jeden z mostów. Trzeba przyznać, że dopiero z dołu robi to wrażenie.

Tej nocy zatrzymaliśmy się na dziko. Przy drodze 95 jest stary pas startowy, a przy nim widać kilka miejsc na kemping, stoi też jeden kamper. Zatrzymujemy się więc na jednym z wolnych miejsc i odpoczywamy. Jasiek ma jakiegoś wirusa żołądkowego, nie chcemy go więc przemęczać.Tego dnia też Piotrek zaczął się kiepsko czuć, podejrzewaliśmy, że złapał to co Jaś. Jednak w Mesa Verde, kolejnym parku narodowym do którego zmierzamy okazało się, że to może jednak pierwsze, łagodne objawy choroby wysokościowej. Bardzo szybko wjechaliśmy na ponad 3000 metrów.

Mesa Verde nie było nam szczególnie po drodze, jednak bardzo chcieliśmy zobaczyć ten park. Zboczyliśmy więc z Utah na wschód i wjechaliśmy do Kolorado. Jechaliśmy drogą do Cortez, na skróty. Na różnych mapach była różnie oznaczona – jako asfaltowa lub szutrowa, nie wiedzieliśmy więc jaka będzie. Okazało się, że z wyjątkiem kilkuset remontowanych akurat metrów cała droga jest asfaltowa, także polecamy skrót z Natural Bridges do Cortez. W Cortez naszym oczom ukazał się Walmart – uzupełniliśmy więc zapasy. W swojej naiwności sądziliśmy, że po obiedzie uda nam się zwiedzić ładny kawałek Mesa Verde. Byliśmy przekonani, że to malutki park. Gdy dojechaliśmy do parkowej informacji, po odstaniu swojego w długiej kolejce, pani poinformowała mnie, że tego dnia mamy szanse załapać się na jedną, ostatnią wycieczkę z przewodnikiem, która nadaje się także dla dzieci, ale tylko pod warunkiem, że wsiądziemy do samochodu W TEJ CHWILI i popędzimy na miejsce. Okazało się, że od wjazdu do parku do jego głównych atrakcji jest, zdaniem przewodników, godzina drogi. My pokonaliśmy ją w pół godziny i wcale jakoś nie gnaliśmy. Park Mesa Verde warto odwiedzić już dla samej tej drogi. Jest niesamowicie malownicza. Wspina się na ponad 8000 stóp, prowadząc serpentynami przez góry. Widoki nieziemskie! Na szczycie góry, na której znajduje się park uderza nas, że większa część lasu jest spalona. Zastanawiamy się dlaczego i dochodzimy do wniosku, że to musi być przez pioruny. Potwierdza to później nasz przewodnik. Park Mesa Verde słynie z osad zbudowanych na półkach skalnych. Są trudno dostępne i tak na prawdę nie wiadomo, dlaczego ludzie przeprowadzili się, gdzieś w XIII wieku z powierzchni góry do osad na półkach skalnych. Teorii jest wiele. Można zwiedzać kilka z tych zabudowań. Do większości trzeba wchodzić po specjalnych drabinach, niektóre mają nawet po 20 metrów wysokości i nie nadają się dla dzieci. Nasza wycieczka do City Palace na szczęście miała tylko trzy krótkie drabiny, z dala od przepaści. Spokojnie da się z dzieciakami. Bardzo polecamy też wycieczkę z przewodnikiem, ten na którego my trafiliśmy był na prawdę pełen entuzjazmu i miał ogromną widzę. Do tego bardzo ciekawie opowiadał, było widać, że lubi swoją pracę. Mimo, że spędziliśmy tu tylko 3 godziny stwierdziliśmy, że warto było. Ponieważ było już późno, zdecydowaliśmy, że zostaniemy na noc w Cortez na płatnym kempingu. Przy okazji podładowaliśmy wszystkie baterie, wzięliśmy długi, cywilizowany prysznic i obejrzeliśmy film. Właśnie. Polecamy Red Box – to takie samoobsługowe wypożyczalnie DVD, w każdym Walmarcie się znajdzie (ale też w Walgreens i innych miejscach). Można pożyczyć w jednym, oddać w drugim, super opcja.