Teksas – rancza, krowy i kowboje

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Do Houston dojechaliśmy w samą porę na przepiękny zachód słońca. Zdecydowaliśmy się zatrzymać na jedynym darmowym kempingu, który był mniej więcej po drodze. Znajdował się w parku miejskim w Tomball. To chyba jak na razie nasza najlepsza darmowa miejscówka. Piękny park, łazienki, pełne podłączenie, betonowane miejsca na przyczepę, równo. Do tego świetne towarzystwo. Jeden pan zaprosił nas do swojego motorhome.’a, wielkiego autobusu, rozsuwanego na obie strony. Ale to w środku ma dużo miejsca! Dwie łazienki, pralka, dwa duże łóżka, kanapa, pełnowymiarowa kuchnia, wielki telewizor. Robi wrażenie. Już w naszej przyczepie jest nam bardzo wygodnie, a tu są trzy razy wyższe standardy. Jestem sobie w stanie nas wyobrazić na emeryturze w takim motorhomie śmigających gdzieś po Ameryce Południowej albo Nowej Zelandii. Wszystko przed nami.

Zaraz obok parkowali Steffi i Nico. Para z Argentyny, która od ponad roku jest w podróży, w USA spędzili z tego 8 miesięcy. Mają też przesympatycznego małego szczekającego szczura, pardon psa, tzn. yorka, Chico. Zuza jest nim zachwycona. Gdy budzi się rano to od razu sprawdza, czy Chico wstał, szybko je śniadanie (znaczy się musi być nieźle podekscytowana, bo zwykle śniadanie zajmuje jej 45 minut) i leci się z nim bawić. Tak nam tu dobrze, że postanawiamy zostać dzień dłużej. Do tego Jasiek dostał gorączki, jedziemy więc na spokojnie do lekarza i dajemy chłopakowi trochę odpocząć. Na szczęście to tylko trzydniówka, co potwierdza pojawiająca się po dwóch dniach wysypka. Wieczorem robimy wspólnie ze Steffi i Nico grilla, długo rozmawiamy o podróżach, dzieciach, jest bardzo miło. To chyba pierwszy na prawdę spokojny wieczór od dłuższego czasu. Pierwszy raz udało nam się też położyć oboje dzieci spać przed 21. Brawo my.

Stefii i Nico zostają tu dłużej, skończyła im się kasa i chcą sprzedać swojego vana oraz motocykl, kupić Harleya i pojechać nim przez Amerykę Środkową i Południową do Argentyny. Potrzebują tylko kasy na prom do Kolumbii. Za naszą namową zakładają bloga (link) i instagrama i zabierają się za szukanie sponsorów. W Argentynie chcą sprzedać Harleya, podobno są tam tyle warte, że można sobie za jednego kupić niezły kawałek ziemi. Kto więc ma Harleya i marzy o byciu kowbojem w Argentynie – da się zrobić.

W końcu czas się zbierać. Nie chcemy jechać do San Antonio czy Austin. Ja już byłam, Piotrek nie ma ciśnienia na miasta, zaoszczędzimy więc ze 2 dni jeśli je odpuścimy. Generalnie przez Teksas tylko przejeżdżamy, ale postanawiamy, że naszą główną atrakcją w tym stanie będzie rodeo. Mi marzy się też odwiedzenie wielkiego ranczo, ale zobaczymy. Te udostępnione do zwiedzania nie są nam jakoś szczególnie po drodze. Za to mamy szczęście. Jest sobota i znajdujemy rodeo w Burnet na północny zachód od Austin. Jadąc tam zaczynamy widzieć ciągnące się przez wiele mil płoty a w nich co jakiś czas brama wjazdowa na ranczo. Przeczytaliśmy, że najmniejsze rancza w Teksasie mają 500-1000 hektarów. Wow. To są te małe. Największe są nawet 10 razy większe. Tip dla marzących o życiu jak w amerykańskim filmie o kowbojach: największe teksańskie ranczo, wielkości mniej więcej całego obszaru metropolii Warszawy, jest na sprzedaż, za nieco ponad 750 milionów zielonych.

Do Burnet dojeżdżamy na 5 minut przed rozpoczęciem rodeo. Start o 20.00. Bilet wstępu – 20$ za dwoje dorosłych. Na początku wydaje nam się drogo, ale szybko przestajemy żałować. Pomiędzy ciężarówkami przechadzają się kowboje na swoich koniach. No słowo daję, że tacy prawdziwi. Idziemy na dedykowaną dla rodeo arenę, zajmujemy dogodne miejsca i oglądamy. Okazuje się, że na takim rodeo jest całkiem sporo konkurencji. Nie wiem jak się nazywają, ale panowie muszą utrzymać się na dzikim koniu, muszą łapać na lasso cielaczki i związywać im kopyta, muszą utrzymać się na byku. Panie też miały swoje konkurencje: w jednej łapały na lasso byczka, w innej jeździły na czas wokół beczek. Matko ale one pędziły na tych koniach! Nogi im latały wyżej niż głowa, gdy kopały konia, żeby cwałował jeszcze szybciej. Konkurencje panów też robiły niesamowite wrażenie. Najbardziej zaimponowała nam ta, w której para kowbojów łapała jednego byczka. Jeden kowboj musiał zarzucić mu lasso na szyję, drugi na tylne kopyta. Pozostałe konkurencje nie gorsze. Konie, na których kowboje musieli się utrzymać były ściskane takimi specjalnymi pasami, przez co były jeszcze bardziej wkurzone i jeszcze bardziej kopały próbując się oswobodzić. Kowboj musiał utrzymać się na koniu 8 sekund, żeby mieć zaliczoną konkurencję. Ujeżdżanie byków trwało zdecydowanie krócej, kowboje spadali po 2-3 sekundach. Nie zabrakło także wyborów na królową rodeo oraz występów klauna. Szczególnie śmieszna była konkurencja dla dzieci polegająca na tym, że taki biedny 4-5cio latek był sadzany na barana, baran był klepany w tyłek i zaczynał uciekać, a dzieciak miał jak najdłużej się na nim utrzymać. Mi to bardziej pachniało ambicjami rodziców niż pasją maluchów, bo co drugi był porządnie zapłakany. Całość rodeo trwała jakieś 2.5h. Bawiliśmy się świetnie, nie wiemy nawet kiedy minął ten czas. Zuza mimo zmęczenie wytrzymała całość, nie podobało jej się tylko jak kowboje wiązali byczkom kopyta. Jasiu zawinięty w chuście spokojnie sobie spał. Bardzo polecamy rodeo. Warto tego doświadczyć.

Początkowo mieliśmy spać na terenie rodeo, ale cena 25$ nas zniechęciła i pojechaliśmy na Walmarta. Kolejnego dnia ruszyliśmy w stronę Nowego Meksyku i parku narodowego Carlsbad Caverns.