White Sands -śnieżnobiałe wydmy pośród gór

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Aby dojechać do naszego kolejnego celu musieliśmy przejechać przez góry Guadelupe. Jadąc od strony Carlsbad Caverns bardzo powoli wzbijaliśmy się w górę i także bardzo powoli zmieniał się krajobraz z nizinnego w górski. Nagle zaczęliśmy widzieć więcej zieleni, drzewa, spadała też temperatura. W pewnym momencie było tylko 15 stopni. Droga wiła się uroczo i na prawdę przyjemnie się jechało. Na obiad zatrzymaliśmy się na darmowym kempingu, który zauważyliśmy przy drodze. Byliśmy w Lincoln National Forest, kemping nazywał się James Canyon. Był malutki, miał może 4 miejsca dla małych kamperów, reszta była tylko dla namiotów. Przy każdym miejscu stolik i metalowy krąg na ognisko. Rozłożyliśmy kocyki i zabraliśmy się za grillowanie. Dzieciaki rozprostowały kości. Dobre jedzenie, słonko, chłodny wiatr. Całkiem miłe to nasze życie.

Po obiedzie ruszamy dalej, powoli zaczynamy zjeżdżać w dół. Przecinaliśmy pasmo górskie w poprzek. Droga schodziła w dół zdecydowanie bardziej intensywnie, niż wchodziła w górę. Przez większość czasu udawało nam się hamować silnikiem, jednak były momenty tak strome, że musieliśmy się wspomagać hamulcami. Widoki zapierają dech w piersiach. Naszym oczom ukazuje się przeogromny płaskowyż otoczony górami, a na horyzoncie, u stóp góry na biało majaczą wydmy White Sands – cel naszej dzisiejszej drogi.

Dojechaliśmy do miejscowości Alamogordo. Mając potrzebę wzięcia prysznica, umycia naczyń, wyprania ciuchów i internetu decydujemy się na płatny kemping w pobliskiej miejscowości Tularosa (całkiem tanio – 15$ za noc ze wszystkimi przyłączami). Do White Sands będzie stąd trochę dalej, ale za to jest tanio i na uboczu. Pozostałe kempingi były przy samej autostradzie. Jadąc na miejsce mijamy plantację pistacji, zajrzymy tu później. Jest już późne popołudnie i naszym celem na dziś jest pranie, zakupy oraz zbudowanie kojca dla Jaśka. Chłopak raczkuje jak dziki i zabiera się za wstawanie, do tego źle mu się śpi w namiociku – jest tam za gorąco. Postanawiamy więc odgrodzić kanapę tak, by powstała dla niego bezpieczna przestrzeń do raczkowania, wstawania, zabawy i spania. Szukamy płotków dla dzieci, szukamy płotków ogrodowych, szukamy pałąków prysznicowych. Jesteśmy kreatywni. W końcu ściana kojca powstaje z dwóch pałąków prysznicowych trzymających kawałek sklejki. Od góry sklejkę obklejamy specjalną gąbką antyuderzeniową dla dzieci i gotowe. Wszystko bez użycia jednego gwoździa – nie chcemy przecież zniszczyć przyczepy. Jasiek ma teraz kilka metrów kwadratowych własnej, bezpiecznej przestrzeni, a my nie musimy mieć w kółko oczy dookoła głowy, gdy jesteśmy w przyczepie. Teraz zagrożeniem jest dla niego tylko pchająca się na jego kanapę Zuza.

Kolejnego dnia zbieramy się rano, znów zaskoczyła nas zmiana czasu, nasza 10ta okazuje się więc być 9tą rano. Super. Na wydmach jesteśmy prawie sami. Pożyczamy od właścicielki kempingu plastikowe  tyłkozjazdówki (ma to jakąś swoją nazwę?) i mamy się na czym ślizgać po wydmach. Piasek okazuje się być o wiele bardziej tępy od śniegu (no przecież…) i nawet pomimo porządnego nasmarowania tyłkozjazdówek woskiem, nie rozwijamy zabójczych prędkości. Ale zabawa jest przednia. Zuza szaleje jak dzika, Jasiek zajada piasek (pycha!). Wszyscy są szczęśliwi. Zaliczamy jeszcze spacer po wydmach oraz krótki film informacyjny w visitor center. Bardzo polecamy. Na same wydmy warto wybrać się rano, po pierwsze nie jest jeszcze tak gorąco, po drugie nie ma tłumów. Nie ma też co pchać się z wózkiem. Tutejsze parki zazwyczaj zorganizowane są tak, że przez ich środek biegnie asfaltowa droga i co jakiś czas są parkingi z widoczkami lub z początkami szlaków. Tak jest też tutaj. Po zwiedzaniu jedziemy po zakupy i jakoś tak nam się długo wszystko schodzi, że po obiedzie jest już późne popołudnie. Decydujemy, że zostaniemy na kempingu jeszcze jeden dzień, a wieczorem raz jeszcze jedziemy na wydmy. O zachodzie słońca organizowana jest darmowa wycieczka po wydmach z przewodnikiem. Pakujemy Jasia w chustę i idziemy. Dojeżdżamy w samą porę – gdy parkujemy przewodnik właśnie rusza. Zdejmujemy buty i gonimy. Bardzo polecamy ten spacer! Nie dość, że wydmy o zachodzie słońca wyglądają bosko, to przewodnik sprzedaje sporo ciekawych informacji. Na prawdę warto.

Kolejnego dnia wyjątkowo ciężko nam się zebrać. W końcu ruszamy z kempingu i udajemy się na plantację pistacji. Zjadamy wielkie lody pistacjowe (3.5$ za porcję która ma chyba 5 kulek). Zajadamy się też pistacjami, można ich tutaj popróbować w kilkunastu smakach. Decydujemy się kupić limonkowe. Degustujemy też lokalne wina i kupujemy to o smaku granatu. Białe, przyjemnie cierpkie za pierwszym łykiem i zaskakująco słodkie za każdym kolejnym. Kupujemy też za 2$ bilet na wycieczkę po plantacji. Bardzo uhahana pani za kierownicą elektrycznego autobusiku opowiada nam o hodowli drzewek, zbiorach, sortowaniu pistacji i historii pistacji w USA. Całość trwa może 30 minut. Też warto. Usatysfakcjonowani ruszamy więc w drogę w kierunku El Malpais – geologicznego raju i rezerwatów Indian.  Znów śpimy na Walmarcie, w Socorro.