Wielki Kanion w wielkie święto

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Podczas naszej wyprawy trafiają nam się dwa święta narodowe w USA. Memorial Day i Dzień Niepodległości. Mieliśmy więc w planie, by w te dni unikać ważnych atrakcji turystycznych spodziewając się, że będą tam wtedy tłumy. I o ile Dzień Niepodległości wypada 4 lipca, co jest tak często akcentowane w amerykańskiej popkulturze, że nie sposób tego nie wiedzieć, o tyle kiedy jest Memorial Day dowiedzieliśmy się z kartki na drzwiach przychodni informującej o tym, że 29 maja będzie zamknięte właśnie z powodu Memorial Day. Jest to święto upamiętniające amerykanów, którzy zginęli w trakcie służby wojskowej. No dobra, przyjęliśmy do wiadomości.

Już w Sedonie pojawiły się znaki, że uwaga, że Memorial Day Weekend i że będzie duży ruch. Rzeczywiście, był spory, zwłaszcza w sobotę, kiedy wyjeżdżaliśmy z Sedony w stronę Flagstaff i dalej do Wielkiego Kanionu. Właśnie. Do Wielkiego Kanionu dotarliśmy na niedzielę 28 maja i zostaliśmy do poniedziałku. Czyli byliśmy tam dokładnie w szczycie Memorial Day Weekend. Czy było dużo ludzi? Trochę było, ale powiem szczerze, że najbardziej uciążliwe było to na parkowej drodze, gdzie robiły się korki oraz w parkowych autobusach, gdzie na Jaśka musiałam błagać o miejsce siedzące. No i zaparkować gdzieś graniczyło z cudem, mimo, że amerykanie generalnie przewidują duże oblężenie swoich parków narodowych i jest na prawdę bardzo dużo parkingów. O noclegu na parkowym kempingu nie mieliśmy co marzyć. Wyczytaliśmy, że w okolicy jest kilka darmowych miejscówek, nie martwiliśmy się więc. W parku wylaliśmy ścieki i zatankowaliśmy wodę do pełna. W większości parków narodowych i stanowych można to zrobić w ramach swojej wejściówki, lub jak w naszym wypadku, w ramach karty America the Beautiful. Po raz kolejny polecamy. Koszt to 80$ na samochód. Zwraca się po 2-4 parkach narodowych (zależy jakie się robi), wjazd do Wielkiego Kanionu bez tej karty kosztuje 30$, z kartą nic. Karta działa też w zabytkach klasy National Monument i National Conservation Area. Mamy wrażenie, że wszędzie tam, gdzie jest coś „narodowe”, ale nie jest to potwierdzona informacja.

No dobrze. Po oporządzeniu przyczepy zrobiła się akurat pora na zachód słońca. Wybraliśmy się więc na spacer po południowej krawędzi kanionu. To bardzo miły, łagodny spacer. Mówią na to szlak, ale sorry, dla mnie coś co jest chodnikiem nie może nazywać się szlakiem. Przy czym rzeczony chodnik nie ujmuje piękna widokom jakie rozpościerają się z niego w najmniejszym stopniu. Do tego barierki są w na prawdę nielicznych miejscach, między chodnikiem a kanionem jest więc naturalny pas i naturalna krawędź kanionu. Trzeba uważać, jest gdzie spaść. A spadałoby się długo, oj długo i boleśnie. Kanion ma w najgłębszym miejscu 1857 metrów głębokości. Nie bez powodu nazywa się wielki. Bo wielkie jest w nim wszystko. Jest to największy przełom rzeki na świecie: długość kanionu mierzona nurtem rzeki Kolorado to 446 km, w najwęższym miejscu od południowej do północnej krawędzi jest 800 metrów, w najszerszym aż 29 km. My odwiedziliśmy krawędź południową, jeśli starczy nam czasu pojedziemy też na północną, ale to pod koniec naszego kółka po Utah, które za chwilę zaczniemy robić. Sam park narodowy, też jest oczywiście wielki. Jadąc od wschodu, tak jak my, od budki poboru opłat do informacji parkowej jest chyba 30 mil.

Tak, jak się spodziewaliśmy, wszystkie parkowe kempingi były pełne. Jednak strażnik na jednym z nich poradził nam by wjechać w polną drogę zaraz za wyjazdem z parku i zatrzymać się tam. Rzeczywiście – wzdłuż tej drogi były przygotowane miejsca kempingowe, stał jeden kamper i kilka namiotów. Bardzo fajnie. A rano obudziło nas stado koni przebiegające obok przyczepy (postanawiamy wierzyć, że były to dzikie konie).

Kolejnego dnia chcemy zejść kawałek w dół kanionu. Mieliśmy upatrzony szlak Kaibab Trail, jednak po rozmowie ze strażnikiem parkowym zmieniliśmy plany. Ten szlak jest piękny i nie jest jakiś strasznie trudny, jednak jest w pełnym słońcu i najlepiej robić go o świcie. Nie zebraliśmy się o świcie. Stanęło więc na szlaku Bright Angel. Można nim zejść nawet na samo dno kanionu, my jednak postanowiliśmy zrobić pierwsze 1.5 mili szlaku i zejść tylko do pierwszej wiaty, gdzie można odpocząć i zaczerpać wody. Szlak jest bardzo fajny też dla dzieciaków, bo jest bezpieczny – trzeba oczywiście uważać, ale nie ma otwartej przepaści, ścieżka łagodnie, serpentynami schodzi w dół i jest na nim sporo cienia. Tylko warto zacząć rano, zanim słońce będzie w zenicie, bo wtedy to już nigdzie nie ma żadnego cienia. No i dystans jest bardzo znośny. Niecałe 5km w dwie strony – do zrobienia. Jasiu oczywiście w chuście, grzaliśmy się nawzajem. Zuzka na nagach, ale niestety zaczęło jej się coraz częściej włączać marudzenie. Niemniej, w dół sporo szła sama. Trzeba koniecznie zabrać ze sobą dużo wody – dla siebie i dla dzieci. Warto mieć kanapkę i jakąś czekoladę czy orzechy. W takim upale szybko traci się siły. Zwłaszcza z dziećmi. Gdy schodziliśmy w dół, a w górę szli umęczeni turyści, którzy już wracali, to każdy jeden patrzył na mnie spojrzeniem, w którym mieszały się ze sobą podziw i współczucie. Nie powiem, zmęczyłam się. Z radością powitałam wiatę, gdzie zjedliśmy kanapki, napiliśmy się wody, odpoczęliśmy. Spotkaliśmy też pierwszego na naszej drodze grzechotnika. Siedział sobie obok wiaty. Początkowo spokojnie, ale spojrzenia gapiów chyba go zdenerwowały, bo zaczął grzechotać ogonem. Piotrek spojrzał, ja postanowiłam się nie zbliżać. Problem z tą wiatą był tylko taki, że Jasiu zupełnie nie miał gdzie poraczkować. Wszędzie był taki miałki piach. Nie rozprostował się więc chłopak za bardzo. Droga w górę nas nieco przerażała, zwłaszcza, że mieliśmy świadomość, że Zuzka nie będzie chciała iść sama. Ja poszłam z Jasiem swoim tempem, Piotrek został z Zuzką i szli swoim. Tzn głównie Piotrek szedł i niósł małą na barana. A potem odpoczywali. Było ciężko, ale ku naszemu zdziwieniu poszło łatwiej niż się spodziewaliśmy.

Gdy dotarliśmy na górę zobaczyliśmy co to znaczą tłumy. O matko ile było tu teraz ludzi! Kolejka do lodów na 2 godziny stania, zupełnie nie rozumiem tych co ciągle do niej dołączali. Dobrze, że my lody zjedliśmy przed zejściem w dół. Wtedy kolejki nie było prawie wcale. Wróciliśmy do przyczepy, zjedliśmy i ruszyliśmy na podbój Page w Arizonie.