Yellowstone II: rzeki, zwierzęta i zepsuta przyczepa

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Zanim opiszemy obiecaną przeprowadzkę do północnej części parku poopowiadamy jeszcze troszkę o Wielkim Kanionie Rzeki Yellowstone, który zrobił na nas nie mniejsze wrażenie niż rozsławiające w świecie cały park gejzery i gorące źródła.

Grand Canyon of Yellowstone

Przez park Yellowstone płynie kilka rzek. Największa z nich to rzeka Yellowstone, która wyryła wspaniały kanion pomiędzy zboczami parku urozmaicając krajobraz kilkoma fenomenalnymi wodospadami. Już pierwszego dnia chcieliśmy zobaczyć południową krawędź kanionu, jednak był taki korek do wjazdu na parking, że odpuściliśmy sobie. Postanowiliśmy wrócić kolejnego dnia rano, zanim zjadą tutaj tłumy turystów. Na pierwszy ogień poszedł szlak Red Rock, który schodzi kawałek w dół kanionu dając spektakularne widoki na największy parkowy wodospad – Lower Falls. To dość łatwy szlak, Zuzia pokonała go samodzielnie w obie strony. Schodzi w dół krótkimi serpentynami, wijąc się po zboczu kanionu. Jest przyjemny, zacieniony i na prawdę niezbyt długi. Zrobiliśmy go w dwie stromy chyba w 1.5 godziny. Z dziećmi. Polecamy.

Przejechaliśmy się jeszcze północną krawędzią kanionu, po czym ruszyliśmy na południową. Mieliśmy w planie zrobienie dwóch szlaków: Brink of the Upper Falls oraz South Rim Trail. Zaczęliśmy od tego pierwszego. To bardzo krótki szlak, asfaltowa ścieżka i kilka schodków prowadzą z parkingu na punk widokowy przy samym Upper Falls. To chyba bardziej kaskady, niż wodospad, kilka mniejszych stopni oraz jeden troszkę większy. Ładne, szybkie, woda szumi, chłodna mgiełka na twarzy. Niestety gdy już się wyrychtowaliśmy, odsikaliśmy dzieciaki, posililiśmy i zadecydowaliśmy, że tak, na pewno chcemy zrobić dość długi szlak na South Rim to się okazło, że z powodu ulewnych deszczy szlak jest zamknięty. W kilku miejscach osunęła się ziemia, trzeba wyremontować. Zamknięto także kilka ciekawych punktów widokowych. Cóż, zamiast szlaku zrobiliśmy sobie więc tylko przerwę na lunch.

Posileni ruszyliśmy do Artist Point, punktu widokowego na drugim końcu kanionu względem Lower Falls. Warto się tu wybrać, bo widok na kanion z wodospadem w tle zapiera dech w piersiach. Tu już niestety odstaliśmy swoje w korku, głównie z powodu złej organizacji parkingu, a raczej jej braku. Wszyscy którzy przyjeżdżali na parking, szukali miejsca na jego początku. Nie wiem dlaczego, bo punk widokowy jest na końcu parkingu, gdzie zasadniczo jest także mniej  samochodów. Stojący tutaj strażnicy niespecjalnie pomagali całej sytuacji.  Ale całe to stanie w korku zdecydowanie było warte widoków!

Na następny dzień, poza opisywanymi wcześniej atrakcjami geotermalnymi zostawiliśmy sobie szlak wiodący na górę wodospadu Lower Falls. Był podobny do Red Rock, jednak trochę dłuższy i trudniejszy, ale też bez przesady. Również 1.5-2h z dzieciakami w dwie strony, razem z robieniem zdjęć i podziwianiem widoków. Stoi się na samej górze ogromnego wodospadu, widać całą tą spadającą w dół kipiel oraz piękny, spokojny kanion w dole.

Przeprawa do Tower Falls, czyli jak o świcie poszedł nam resor

Tak. Zgadza się. Wstaliśmy o godzinie 5.00, aby na 6.00 być na kempingu Tower Falls i polować na miejsce na kolejne 2 dni. Taki był plan. No, ale, cóż… planów miało w końcu nie być, w końcu Planu Brak, los więc zadbał o odpowiednią dawkę przygód i podczas przeprawy przez góry w stronę północną, na przełęczy, w połowie naszej drogi pękł nam resor w przyczepie. Pękł! Dla tych, co są tak zieloni jak ja w kwestiach budowy pojazdów, oznaczało to tyle, że dalej pojechać się nie dało. Podziwialiśmy więc wschód słońca z przełęczy. Piękny! Widoki zapierały dech w piersiach! Zimno było trochę i wiało… Nie zastanawialiśmy się więc długo, odpięliśmy przyczepę, zostawiając ją na poboczu drogi, przepakowaliśmy dzieciaki i prowiant do auta i pojechaliśmy polować na miejsce na kempingu. Poza nami był jeszcze tylko jeden chętny, także bez problemu się udało.

Warto brać pod uwagę kemping przy Tower Falls, ponieważ jest nieco mniej popularny niż te bardziej centralne, a jest świetną bazą wypadową do Lamar Valley, gdzie ogląda się dzikie zwierzaki oraz do Mammoth Hot Springs. Na południe też nie jest jakoś strasznie daleko. Jest tu mały sklep i stacja benzynowa. No i wodospady. Dla nas okazał się być domem na ponad tydzień i było nam tutaj na prawdę całkiem dobrze. Jest też stąd „tylko” godzina drogi do Gardiner, miasteczka położonego zaraz za północną granicą parku, pełnego hoteli, knajpek, sklepów z pamiątkami. Jest tu też stacja benzynowa, punk napełniania butli z gazem, można wypożyczyć lunetę i naprawić samochód.

Naprawa przyczepy

A propos napraw… Po zaklepaniu miejsca na kempingu (optymistycznie zaklepaliśmy na dwa dni, wiedząc, że zawsze możemy przedłużyć pobyt) pojechaliśmy na pierwsze spotkanie z niedźwiedziem w Lamar Valley, o czym więcej napiszę za chwilkę, a następnie wróciliśmy do przyczepy. Tam śniadanie i intensywne rozmyślania o tym, co tu zrobić. W Yellowstone są trzy warsztaty samochodowe, wszystkie (podobnie jak i stacje benzynowe) operowana przez tą samą firmę Sinclair. Zadzwoniliśmy więc zapytać ile by nas kosztowało holowanie przyczepy do warsztatu lub na kemping. Samo holowanie wyszłoby około 300$, naprawa to koszt 150$ za godzinę pracy, a godzin pracy było przy tym kilka ładnych, moi dzielni mężczyźni postanowili więc, że za naprawę zabiorą się sami. Duma! Mechanik Timothy Stoltzfuss (Stoltzfuss – Drewniana Stopa) musiałam napisać to nazwisko, przepiękne! Pozdrawiamy!) zaoferował, że mogą nam pomóc w zamówieniu części, tylko, żebyśmy przyjechali z tym pękniętym resorem, żeby go pomierzyć i zamówić to, co trzeba.

Piotrek ze Staśkiem wymyślili więc, że zaryzykujemy i pojedziemy bardzo powoli tą zepsutą przyczepą na kemping, gdzie na spokojnie zabiorą się za jej rozkręcanie. Pomiędzy ośkę i ramę przyczepy podłożyli kawałek drewna, co by się o siebie nie ocierały i co by nam nie pękła idąca zaraz obok rurka z gazem. I tak, jadąc jakieś 10 km/h toczyliśmy się powolutku na kemping, unikając nawet najmniejszych dziur w drodze. Udało się!

Po głębszych oględzinach panowie orzekli, że aby w ogóle to rozkręcić potrzebujemy odpowiednich narzędzi. Popytaliśmy w koło, niestety nikt nie miał, a Ci z warsztatu narzędzi nie pożyczają. Postanowiliśmy więc udać się do najbliższego Walmartu i kupić co trzeba. A najbliższy Walmart w Cody, ponad 150 km od nas…. Ale za to droga do niego piękna. Przez dolinę Hayden, przez góry, wzdłuż jeziora, obok tamy. Wujek Google mówił 90 minut jazdy. Jasne. Wujek Google chyba policzył w linii prostej. Jechaliśmy ponad 2h. Ale widoki wspaniałe, nie powiem! Dojechaliśmy już po ciemku. Zaopatrzyliśmy się w co trzeba, dodatkowo jeszcze kupiliśmy klemy, żeby można było podmieniać akumulator samochodowy z przyczepowym i ładować je na zmianę, aby co noc mieć grzanie w przyczepie. Temperatury robiły się bardzo niskie, nawet 3-4 stopnie w nocy.

Kolejnego dnia rano – wielkie rozkręcanie. Przezornie zaopatrzyliśmy się także w specjalny spray do zapieczonych śrub, który nieco ułatwiał ich wykręcanie. Choć wydaje mi się, że najbardziej chłopakom ułatwiło sprawę, jak przestali je dokręcać i w końcu zaczęli się z nimi siłować w dobrą stronę, ekhm. Generalnie budziliśmy respect na kempingowej dzielni, że zabieramy się za naprawę sami. Jak już wykręciliśmy ten pęknięty kawałek złomu to wyruszyliśmy do warsztatu w Canyon Village zamówić odpowiednie części – nowy resor i kilka nowych śrub. Tim Drewniana Stopa bardzo nam pomógł, polecił podobno rzetelny sklep internetowy z częściami, pomierzył co trzeba, Piotrek też pomierzył i tak oto zamówiliśmy nowy resor w rozmiarze 26 cali. Mial przyjść za 3-5 dni. Mieliśmy poniedziałek, a więc w piątek powinien dojść. Specjalnie kupiliśmy jakieś małe badziewia, żeby przekroczyć magiczną kwotę 100$ i dostać zniżkę na przyspieszoną dostawę. Z poczuciem spełnienia ważnej misji i odrobiną spokoju postanowiliśmy wykorzystać te dni na intensywne zwiedzanie i wyprawy w poszukiwaniu dzikich zwierząt.

Lamar Valley

Dolina Lamar słynie z tego, że są tu szczególnie duże stada bizonów, które bardzo lubią wychodzić na drogę, stosunkowo nietrudno wypatrzyć tutaj misia grizzly oraz jest tu największe w parku stado dzikich wilków, które też można mieć szczęście spotkać. Generalnie, raj dla miłośników zwierząt. Pełno też oczywiście szlaków pieszych. Pierwszy raz pojawiliśmy się tutaj tego ranka, kiedy zepsuła nam się przyczepa i niedaleko za wjazdem do doliny zobaczyliśmy tłum gapiów z lunetami. Okazało się, że pod lasem widać niedźwiedzia. No była jakaś czarna ruszająca się kropka, ale czy to był niedźwiedź czy bizon nie potrafiliśmy stwierdzić nawet gdy zrobiliśmy zdjęcie zoomem 300mm i powiększyliśmy obraz cyfrowo ile się da. Ot czarna kropka. Tylko trochę większa niż gołym okiem. No ale zajaraliśmy się! Chcemy zobaczyć, na prawdę zobaczyć niedźwiedzia! Zaczęliśmy więc intensywnie szukać opcji wypożyczenia lub zakupu lornetki / lunety. Okazało się, że na terenie parku nie ma takiej opcji, ale poszperaliśmy w internetach i znaleźliśmy wypożyczalnię lunet w Gardiner: Optics Yellowstone. Za 40$ na dobę można pożyczyć wypasioną lunetę firmy Svarowski, do tego ze specjalną przejściówką umożliwiającą podpięcie jej jak obiektyw do telefonu. Sprytne, fajne i wygodne. Cena niemała. Ale orzekliśmy, że okazji by zobaczyć dzikie wilki i grizzly z bliska za wielu nie będziemy mieć w życiu, więc warto zainwestować. Początkowo wzięliśmy ją na jeden dzień, ale szybko doszliśmy do wniosku, że jednak należy przedłużyć o jeszcze jeden i była to jedna z lepszych decyzji podczas naszego wyjazdu.

Jeszcze tego samego dnia wieczorem pojechaliśmy szukać misiaków. Wszyscy radzą, by wybierać się na obserwacje zwierząt zaraz po wschodzie słońca i godzinę przed zachodem. My byliśmy o zachodzie i tego dnia udało nam się zobaczyć wilka, który najedzony spał w trawie nieopodal wielkiego martwego bizona, którego solidny kawał przed chwilą wszamał. Misiów nie było widać.

Niczym nie zrażeni i pełni pozytywnej energii zerwaliśmy się nazajutrz rano, o świcie, o 5.30 do Hayden Valley. Ci, którzy znają Piotrka z pewnością zdają sobie sprawę, jak bardzo musiało mu zależeć, by świat mógł dostąpić zaszczytu jego spojrzeń o tak nieludzkiej godzinie.

Hayden Valley i Fishing Bridge

Gdy dojechaliśmy do doliny Hayden, była 6 rano i wszędzie było tyle mgły, że nie było widać absolutnie nic. Nic. Zupełnie nic. Nie było widać drogi przed nami, nie było widać doliny, a już na pewno nie było widać żadnych zwierząt. Było za to zimno i mokro. I wszyscy byliśmy niewyspani, zawiedzeni, głodni i dość źli. Nawet gdy mgła się nieco uniosła, to nadal zasłaniała skraj lasu, a to właśnie tam z reguły widać niedźwiedzie. Nadąsani pojechaliśmy więc do Fishing Bridge, obejrzeliśmy piękny, drewniany most, z którego niegdyś można było łowić ryby, a na wiosnę w tej okolicy misie łapią z rana ryby, zrobiliśmy lunetą zdjęcia kaczek, zatankowaliśmy gaz i wróciliśmy do przyczepy na śniadanie. Plan na wieczór – powrót do Lamar Valley.

A w ciągu dnia wybraliśmy się na szlak pieszy w okolicy kempingu Slough Creek w Lamar Valley. Wzięliśmy ze sobą wypożyczony w Canyon Village spray na niedźwiedzie i ruszyliśmy. To taki szlak, że można tu spędzi tyle czasu ile się chce, bo idzie się wzdłuż strumienia przez lasy i łąki, jest przepiękny. Gdy już się poczuje, że pora wracać, to się po prostu zawraca i tu nawet nie bolało mnie, że wracam tą samą drogą, bo widoki dokoła były tak zacne, że było co oglądać. Kolorytu spacerowi dodawał fakt, że widzieliśmy na drzewach ślady po ostrzeniu pazurów przez niedźwiedzie.

Po spacerze wybraliśmy się znów na poszukiwania misiów. Byliśmy na miejscu, w Lamar Valley już około 17.30 i bum! Jest! Niedźwiedź grizzly zajada się padliną pod lasem. I wilk! I niedźwiedź przegania wilka. I je tego martwego bizona, jakby to miał być jego ostatni posiłek w życiu. Wyrywa żeberka, wciąga całe, potem steki rib eye, lubi krwiste. I tak wciąga tego bizona dobre 20 minut, aż w końcu bardzo powoli odchodzi dalej ustępując miejsca…. drugiemu niedźwiedziowi! Co za uczta! I wszystko dobrze widzimy. Dzieciaki śpią w aucie, więc chłopaki weszli na górkę z lunetą i obserwują, ja pilnuję dzieci. Dołączam do nich, jak się młode obudziły. Piotrek z jakiegoś powodu zbiega do mnie na dół do samochodu i podjarany pędzi z powrotem na górę i w tym pędzie… gubi nasze klucze od przyczepy. Słyszy jak mu wypadają z kieszeni. Zatrzymuje się i szuka. Nie ma. Nigdzie nie ma. Ale nie ważne, w końcu rezygnuje i wraca do lunety oglądać misie. Klucze nie uciekną.  Dołączam do nich na górkę i wspólnie oglądamy całe widowisko. Przyznam, że to niesamowite przeżycie, bardzo nam się podoba.

W poszukiwaniu zaginionych kluczy

Tego dnia musieliśmy już oddać lunetę, czuliśmy, że te 80$ nam się zwróciło w emocjach, jakie towarzyszyły oglądaniu niedźwiedzi. Gdy więc misie już się najadły, a było jeszcze widno, my zaczęliśmy szukać kluczy. Byliśmy na górce, gdzie rosły takie niskie krzaki, trawy, było pełno bizonich chipsów (lokalny slang na suche bizonie kupy). Piotrek dobrze wiedział, gdzie zgubił te klucze, ale nie dało się ich znaleźć… Postanowiliśmy więc się poddać, pojechać do Gardiner oddać lunetę i wrócić tu po ciemku, w nadziei, że gdy będziemy oświetlać wzgórze latarkami to klucze zaczną dawać odblaski i w ten sposób je znajdziemy. I tak oto znaleźliśmy się o 22.30 w dolinie pełnej dzikich zwierząt, w tym bizonów, wilków i niedźwiedzi i łaziliśmy po krzaczorach z latarkami szukając kluczy do przyczepy… Nic dziwnego, że bardzo szybko zainteresowali się nami strażnicy parkowi. Zatrzymali się, zapytali co robimy, a następnie pomogli nam szukać. Powiedzieli też, że noc wcześniej spotkali w tym miejscu niedźwiedzzia grizzly przy samej drodze. Szukaliśmy tak wspólnie może pół godziny, niestety znów się nie udało. Dzieciaki spały w aucie, postanowiliśmy, że pora wracać do przyczepy (mieliśmy na szczęście zapasowy klucz by się do niej dostać, jednak w tym zgubionym pęku były też inne, do których zapasów nie mieliśmy). Ponownie wróciliśmy na naszą górkę rano. Szukaliśmy, szukaliśmy i ponownie zainteresowała się nami strażniczka parkowa, która pomagała nam szukać. I w końcu się udało! Sam Piotrek znalazł zgubę. Tak się wbiły w piach, że można je było zobaczyć tylko pod jednym, odpowiednim kątem.

Pani strażniczka poleciła nam, że jeśli mamy wolny dzień to powinniśmy się wybrać na przejażdżkę drogą Beartooth Highway. To już poza parkiem, ale zapewniła, że takich widoków na góry jak tam na pewno nie widzieliśmy. Nie pomyliła się! W szczegółach możemy opowiedzieć Wam o tej drodze na spotkaniach. Teraz musicie się zadowolić kilkoma zdjęciami. Warto tam pojechać, na prawdę warto! Dla mnie ta droga zalicza się do ścisłego top najpiękniejszych dróg i miejsc w USA. Spędziliśmy cały dzień robiąc dużą pętle przez przełęcz Beartooth Pass.

Przygód z naprawą przyczepy ciąg dalszy

Nastał piątek. Dostaliśmy sygnał dymny od Drewnianej Stopy (maila od mechanika Tima), że nasze części dojechały do punktu w Gardiner i możemy jechać je odebrać. Na miejscu szukają, szukają i znaleźć nie mogą. No nie ma. Loguję się na stronę śledzenia paczki, bykiem napisane, że dostarczona! Tylko, że zamiast do Gardiner w Montanie to do Gardner w… Maine! Nosz… możecie sobie wyobrazić nasz irytację… Czekaliśmy 5 dni i doszło nie tam gdzie trzeba. Firma, z której zamawialiśmy przeprosiła, powiedziała, że nie wie, jak to się stało, co pozostaje dla mnie zagadką, jak z powieści kryminalnej, bo UPS zdołał zignorować kod pocztowy, pomylić miejscowość i pomylić STAN. Ale jak to!? Zaczęliśmy liczyć ile nam zostało czasu na dojechanie do Nowego Jorku i wyszło nam, że jeśli zostaniemy w Yellowstone do środy, czyli jeszcze 5 dni, bo na środę obiecano nam nową dostawę, to będziemy musieli robić po 400 mil dziennie, żeby zdążyć do Nowego Jorku i do tego będzie trzeba pominąć Niagarę. Nie spodobała nam się taka wizja. Nie chcemy się tak spieszyć! Znaleźliśmy więc jakiś sklep 150 km od Gardiner, gdzie mieli na stanie takie resory, jakie były nam potrzebne. Potrzebowaliśmy 1.5h, żeby tam dojechać, sklep zamykał się za godzinę, a w weekend był nieczynny. Przez telefon ubłagałam jednak pana, żeby poczekał na nas, że my jedziemy i będziemy na pewno. Zgodził się. Pognaliśmy. Byliśmy tam po dwóch godzinach. Pan nie był wcale zły, sprzedał nam co potrzeba i zadowoleni wróciliśmy do przyczepy.

Rano Piotrek ze Staśkiem zabrali się za robotę. Po mniej więcej pół godzinie powiedzieli, że kupiliśmy zły resor. Za duży. I złe śruby, też za duże… Nie mieliśmy zbyt dobrych humorów… Pan sprzedawca ze sklepu, gdzie kupiliśmy części nieopatrznie podał mi swój prywatny numer telefonu. Napisałam więc do niego wiadomość opisując naszą pomyłkę i… ubłagałam by otworzył sklep w sobotę. I się zgodził!!! Kochamy Amerykę. Znów więc pojechaliśmy 150, a w zasadzie ponad 200 km od kempingu do sklepu, wymieniliśmy części na dobre, wróciliśmy do przyczepy i w końcu się udało. Po jednej stronie chłopaki wymienili resor wieczorem, po drugiej kolejnego dnia rano.

Roosevelt Ranch

Podczas gdy chłopaki naprawiali przyczepę, ja zabrałam dzieciaki na położone niedaleko kempingu rancho. Można tu zapisać się na konną przejażdżkę po Lamar Valley lub wybrać na przejażdżkę repliką tradycyjnego dyliżansu. Zuzka piała z radości, że może pogłaskać koniki, zawinęłam Jasia w chustę i pojechaliśmy dyliżansem. Krótka, ale mila przejażdżka. Kowboje opowiadają ciekawe historie, robią z tego taki mały show, ale nie przesadzony, ze smakiem. Dzieciakom się bardzo podoba. W drodze powrotnej zobaczyliśmy nawet parę kojotów z młodymi. W zależności od dnia, można tu podobno spotkać migrujące stada bizonów. My akurat bizonów już naoglądaliśmy się tyle, że nie czujemy żalu, że tu akurat ich nie ma.

Jeszcze tego samego dnia pożegnaliśmy się z Yellowstone. Wyjechaliśmy w stronę znajomego nam Cody, gdzie postanowiliśmy pójść na rodeo oraz spędzić noc na Walmarcie. Plan został zrealizowany ku uciesze Staśka i Zuzki. Zuzka postanowiła, że jak urośnie będzie kowbojem.

Uff. Czujemy się mini ekspertami od Yellowstone. Możemy na prawdę sporo doradzić, także, jeśli planujecie się tam wybrać i macie pytania – walcie śmiało! My tymczasem ruszamy dalej na wschód.