Yellowstone: kraina gejzerów

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Z Parku Grand Teton wyjechaliśmy bardzo wcześnie rano, żeby już tego dnia móc co nieco pozwiedzać. Do Yellowstone wjechaliśmy więc od południowej strony i zaczęliśmy od znalezienia punktu wylewania ścieków. W parku takich punktów jest 5: w Grant Village, Canyon Village, Bridge Bay, Fishing Bridge i Madison. W Grant, Fishing Bridge i Canyon są także płatne prysznice (4$) i pralnie. Nam po drodze był punkt w Grant Village, gdzie zrobiliśmy też małe zakupy na śniadanie i nabraliśmy wody. Następnie ruszyliśmy oglądać najbardziej słynny gejzer – Old Faithful, który znajduje się na terenie Upper Geyser Basin.

Prawie wszystkie formacje geotermalne na terenie Yellowstone znajdują się na płaskowyżu wulkanicznym, w tzw kalderze. Nie jestem geologiem i z pewnością można by się o tym dużo rozpisywać, ale z tego co zrozumieliśmy w muzeach kaldery są dwie – mniejsza i większa, każda z nich powstała podczas innego wybuchy wulkanu. Tak czy siak, jakieś 7-17 km pod powierzchnią jest wielka komora magmowa i to właśnie jest sprawczyni tych wszystkich geotermalnych cudów. Gejzery na terenie Yellowstone są w skupiskach nazywanych basenami. I tak mamy na przykład  właśnie Upper Geyser Basin, Midway i Lower Geyser Basin, Noris Basin, Porcelain Basin, West Thumb Basin, Mud Volcano, Mamoth Hot Springs i wiele, wiele innych. Zorganizowane jest to standardowo, do każdej atrakcji dojedziemy drogą, będzie obok niej spory parking, a na miejscu ścieżki lub drewniane platformy po których się chodzi, aby nie niszczyć delikatnych formacji mineralnych.

Old Faithful i Upper Basin

Na terenie Upper Basin znajduje się najsłynniejszy gejzer świata – The Old Faithful. Wybucha średnio 17 razy na dobę i choć nie jest ani największym, ani najbardziej regularnym gejzerem w parku to cieszy się sporą popularnością, ponieważ, jak sama jego nazwa wskazuje, jest bardzo przewidywalny (old faithful – stary wirerny). Jeśli więc akurat przegapimy erupcję, to wystarczy poczekać około 55-100 minut i z pewnością będzie kolejna. Wokół niego są platformy, na których ustawiają się widzowie podziwiający całe widowisko. Musimy przyznać, że choć ilość wyrzucanej wody robi wrażenie (14 – 32 tysiące litrów), podobnie jak jej temperatura (95C) to po wizycie na Islandii szczena nam na widok tej erupcji nie opadła.

Parking w tym miejscu jest chyba większy niż wszystkie poziomy garażu w dużej galerii handlowej razem wzięte i latem zapełnia się po brzegi. Nam udało się zaparkować na obrzeżu, nieopodal małego lasku ze stolikami piknikowymi, gdzie postanowiliśmy zjeść śniadanie. Nasyceni wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy zwiedzić okolicę. Przejechaliśmy ścieżką wzdłuż całego Upper Basin, zatrzymując się po drodze i robiąc małe piesze wycieczki do gejzerów i źródełek. W ten sposób trafiliśmy na Grand Geyser, który już całkiem nam zaimponował. Nie wybucha on zbyt regularnie, ale jak już wybucha, to jak należy! Spędziliśmy tu sporo czasu najpierw czekając na erupcję, a potem podziwiając ją przez jakieś 15-20 minut. Super! Dzieci były zachwycone.

Dalej pojechaliśmy zwiedzić resztę Upper Basin. Na mnie szczególne wrażenie wywarły miejsca gdzie gorące źródła wpływają do rzeki, tworzy to na prawdę niesamowite widoki. Jest tu jeden gejzer, który wystrzeliwuje wodę pod kątem tworząc wodny łuk nad rzeką, niestety nie udało nam się trafić na jego erupcję. Przy każdym z gejzerów jest tabliczka z informacją, jak często wybuchają i kiedy się tych wybuchów spodziewać. Następnie ścieżką rowerową ruszyliśmy przez łąki do Biscuit Basin. Tutaj znów zeszliśmy z rowerów i przeszliśmy się kładką pomiędzy gorącymi źródłami, które mieniły się ferią barw, kształtów i niezbyt przyjemnych, siarkowych zapachów. Następnie wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy oglądać Grand Prismatic Spring, słynne gorące źródło otoczone kolorowym pierścieniem. Dojechaliśmy, poszliśmy i…. zobaczyliśmy, ale umówmy się, gdy jest się na poziomie wody to wiele nie widać. Postanowiliśmy, że któregoś z kolejnych dni wybierzemy się rowerami na punkt widokowy położony na wzgórzu nieopodal.

Polowanie na kemping

Tego dnia już więcej nie zwiedzaliśmy. Pojechaliśmy tylko na Noris Campground obczaić ile miejsc ma szanse się zwolnić kolejnego dnia. Na tych kempingach są tablice, do których przyczepiane są karteczki meldunkowe, z informacją do kiedy dane miejsce jest zajęte. Policzyliśmy, że powinno się zwolnić przynajmniej kilkanaście miejsc. Powiedziało nam to tyle, że kolejnego dnia lepiej być na miejscu wcześniej niż później. Tymczasem dziś musieliśmy pojechać do West Yellowstone, miejscowości za zachodnią granicą parku gdzie mieliśmy tej nocy spać. freecampsites.net tym razem jednak zawiodło, okazało się, że wskazywany tam parking już nie jest opcją na legalne parkowanie przez noc, podobno policja przegania nocujących. Stało tu co prawda kilka kamperów, ale nie czuliśmy się tu zbyt dobrze, pojechaliśmy więc kawałek dalej, do następnej miejscówki. Ta była przy leśnej drodze, na wzgórzu i zdecydowanie bardziej do nas przemawiała. Zaczęło trochę padać, było zimno, a kolejnego dnia musieliśmy zerwać się przed wschodem słońca, poszliśmy więc szybko spać.

Pobudka przed 5 rano, dzieciaki na śpiocha przeniesione do samochodu i ruszamy w kierunku upatrzonego Noris Campground. Wybraliśmy ten kemping, bo wydawał nam się optymalnie zlokalizowany względem wielu rzeczy, jakie chcieliśmy zobaczyć w parku. Do tego, na stronie https://www.nps.gov/yell/planyourvisit/campgrounds.htm zobaczyliśmy, że ma miejsca dla przyczep i zapełnia się „dopiero” około 8 rano. Tam też pojechaliśmy. Na miejsce dotarliśmy około 6 rano, była już kolejka do rejestracji. Było zimno, padało. Chłopaki i dzieciaki zostali w przyczepie i co niektórzy odsypiali wczesny poranek, a ja uzbrojona w kurtkę, krzesełko i ciepłą herbatę ustawiłam się w ogonku. Przede mną było chyba 6 osób, z czego dwie miały przyczepy, były więc potencjalną konkurencją. Na szczęście się udało. O 7.30 przyszła pani strażnik, policzyła wszystkich i rozdała miejsca. Niestety ten kemping miał to dość kiepsko zorganizowane. Po pierwsze osoby, które chciały przedłużyć pobyt mogły do 10 rano przyjść i to powiedzieć, pani strażnik nie mogła więc oddać miejsca, dopóki ktoś z niego po prostu nie wyjechał. A wymeldowywać można się do 11.00… Oznaczało to tyle, że musieliśmy stać w kolejce tak długo, aż osoba z miejsca które ma nam być przeznaczone nie wyjedzie. Stałam w kolejce chyba do 9, czy 10… Ale najważniejsze, że dostaliśmy miejsce. Płatność tylko gotówką, warto więc mieć trochę przy sobie. Noris kosztuje 20$ za noc. Zdecydowaliśmy się zostać 3 noce, choć później przedłużyliśmy pobyt o jeszcze jedną.

Dostaliśmy miejsce równe ale ciasne. Wjechanie w nie przyczepą było wyjątkowo trudne, nawet dla wprawionego w skomplikowanych manewrach Piotrka. Gdyby nasz samochód nie był dużym, wysoko zawieszonym pickupem, pewnie by się nie udało, musieliśmy a to wjechać na jakiś pieniek, a to na jakieś drzewo. W końcu zaparkowaliśmy przyczepę i zadowoleni ruszyliśmy zwiedzać.

West Thumb Basin

Planowaliśmy zobaczyć kanion rzeki Yellowstone, jednak był taki korek do parkingu, że odpuściliśmy i ruszyliśmy wkoło jeziora Yellowstone. Dojechaliśmy do West Thumb Basin – bardzo ciekawie położonego basenu z gejzerami i gorącymi źródłami, na granicy jeziora. Niektóre gejzery, choć już nieaktywne są w samym jeziorze, a wody z gorących źródeł mieszają się z zimnymi wodami jeziora. Wygląda to spektakularnie. Zobaczyliśmy tutaj też śmiałków, którzy dla pięknego zdjęcia zeszli ze ścieżki i chodzili sobie pomiędzy gejzerami i gorącymi źródłami. Jest to zabronione i nie bez powodu. Po pierwsze jest to niebezpieczne. Wokół formacji geotermalnych tworzy się cienka mineralna warstwa podłoża, pod którą mogą być kolejne gorące źródła, małe gejzery lub po prostu rzeka z bardzo gorącą wodą. Po drugie niszczy się w ten sposób unikalne podłoże. Po trzecie, jak tylko wyczai takich agentów strażnik to bardzo władczym tonem rozkaże im wrócić na ścieżkę, pokazać dokumenty i wlepi niemały mandat. To właśnie spotkało śmiałków, których widzieliśmy i żadne tłumaczenia nie pomagały.

Mud Volcano

W drodze powrotnej na kemping jechaliśmy przez Hayden Valley, o której co nieco opowiemy we wpisie o zwierzakach, nie ma tu już tak wielu formacji geotermalnych, ale jest kilka, pośród nich basen nazwany Mud Volcano – wulkan błotny. To miejsce, gdzie zamiast pięknej, turkusowej wody są jeziorka z bulgoczącym błotkiem i gejzery wypluwające błotko. Niektóre wydają z siebie całkiem straszne odgłosy, jeden z którego oprócz odgłosów wydobywają się też chmury pary nazywa się nawet Paszcza Smoka. To całkiem adekwatna nazwa. Warto odwiedzić to miejsce, bo jest inne niż większość basenów w Yellowstone. Błotko, błotko, błotko. Tylko smrodek taki sam.

Kolejne dni poświęciliśmy na kaniony, rzeki i wodospady, ale o tym będzie kolejny wpis. Ten wpis przestanie więc być dziennikiem w tym momencie. Przenieśmy się w czasie o kilka dni do przodu, kiedy to zwiedzaliśmy następne formacje geotermalne: Noris Basin i Mammoth Hot Springs.

Grand Prismatic Spring

W końcu zrobiliśmy to, co planowaliśmy i wybraliśmy się na szlak rowerowy na punkt widokowy na Grand Prismatic Spring. Szlak ma może 6 km w jedną stronę, prowadzi przez łąki, na których raz po raz jest jakieś gorące źródło, czy mały gejzer. Dojeżdża się jakby na tył Grand Prismatic Spring, gdzie musieliśmy zaparkować rowery i dalej wspiąć się krótkim szlakiem pod górę na sam punk widokowy. Nie trzeba wiele mówić, zdjęcia mówią same za siebie, warto! Można tam także dojść pieszo od drugiego, blisko położonego parkingu, jest wtedy dużo bliżej.

Mammoth Hot Springs

Na północ od Noris Campground, za przełączą, już poza kalderą superwulkanu znajdują się gorące źródła Mammoth. Można przejechać samochodem krótką trasą pomiędzy niezwykłymi formacjami mineralnymi, zatrzymując się raz po raz by przyjrzeć się im z bliska. Można też zaparkować na dole, lub na górze źródeł, które wypływają z góry i spływają na dół tworząc fenomenalne baseny mineralne, po których spływa woda. Niesamowite w tym jest to, że ta okolica się nieustannie zmienia. Jednego dnia, dane źródło jest aktywne i jego basen pełen, drugiego już nie. Całość wygląda surowo i dziewiczo na tle skalistych gór otaczających miejscowość Mammoth – najstarszą w parku. Tutaj był pierwszy hotel. Tego dnia pojechaliśmy też do Gardiner, miejscowości za północną granicą parku, w której jest słynna brama wjazdowa. Zrobiliśmy zakupy, a w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w połowie drogi pomiędzy równikiem a biegunem północnym.

Noris Basin i Steamboat Geyser

Przez 4 dni mieliśmy pod nosem Noris Basin, codziennie koło niego przejeżdżaliśmy, ale jak to zwykle bywa z rzeczami, które ma się pod nosem, ciągle odkładaliśmy jego zwiedzenie, no bo przecież będzie jeszcze czas. I tak trafiliśmy tu chyba dopiero trzeciego dnia pobytu na pobliskim kempingu. Na zwiedzanie wybraliśmy się po południo, było piękne światło zbliżającego się zachodu słońca. Na terenie tego basenu znajduje się Steamboat Geyser. To właśnie jest najwyższy aktywny gejzer na świecie! Potrafi wystrzelić wodę nawet na 90 metrów, jednak zdarza mu się to nieczęsto, raz na kilka lat. Z reguły można zobaczyć wybuchy, które mają do 12 metrów wysokości. Do tego są bardzo nieregularne, mogą trwać 4 minuty, mogą nawet 40… o zbliżającym się wybuchu świadczy stan gorącego źródła poniżej. Gdy jest puste, wybuch jest blisko. W gejzerze są też dwa czujniki, pozwalające śledzić jego aktywność.

Nie mieliśmy szczęścia i nie zobaczyliśmy wybuchu. Przeszliśmy się jednak kładkami po reszcie basenu, a następnie poszliśmy jeszcze popatrzeć na sąsiadujący z Norisem Porcelain Basin. Niezwykle malowniczy, kolorowy, błyszczący basen pełen gorących źródeł i małych gejzerów.

Po tych wszystkich cudach nadszedł czas na przeprowadzkę do północnej części parku, gdzie czekały na nas misie grizzly i bizony, ale o tym, jak spieszyliśmy się na kolejny kemping i jakie przygody spotkały nas po drodze dowiecie się z kolejnego wpisu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *