Yosemite. Wielkie tłumy i wielkie wrażenie.

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Z parków narodowych Sequoia i Kings Canyon wróciliśmy do Fresno, gdzie uzupełniliśmy zapasy i ruszyliśmy do Yosemite drogą nr 41, od południa. Minęliśmy Oakhurst, ostatnie miasteczko z w miarę porządnymi sklepami i rozsądnymi cenami paliwa (i jedzenia) i przez malutką wioskę Wawona wjechaliśmy do parku Yosemite. Niedaleko za wjazdem jest Pioneer Village, taki skansen pokazujący, jak mieszkali pierwsi osadnicy, a obok niego parking oraz darmowa stacja zrzucania ścieków oraz woda pitna. Wylaliśmy więc brudy, nabraliśmy wody a następnie wszyscy się umyliśmy, pomyliśmy naczynia, zwiedziliśmy wioskę osadników, pogłaskaliśmy koniki i znów wylaliśmy ścieki i dolaliśmy wody do pełna. Uff, w końcu. Nie było oczywiście mowy o wolnych miejscach na kempingach w parku, od razu skierowaliśmy się więc w stronę drogi 140, która wyjeżdża z parku na zachód przez miejscowość El Portal i wije się wzdłuż rzeki Merced. Na mapce zobaczyliśmy, że są tam też jakieś kempingi. Wyczytaliśmy również na freecampsites.net, że jest tu jakaś super tajna miejscówka nad rzeką. I niestety, po raz pierwszy freecampsites.net nas zawiodło. Miejscówki nazywanej przez ludzi „The sandbox” nie znaleźliśmy, była co prawda jedna droga, która została zablokowana, być może ona prowadziła właśnie na ten kemping. Niemniej, była godzina 22.00 a my byliśmy w czarnej…. no. Nie mieliśmy gdzie spać. Kilka mil za El Portal przejechaliśmy przez rzekę i ruszyliśmy wąziutką drogą wzdłuż niej w stronę kempingów narysowanych na parkowej mapce. Ryzykowaliśmy, bo nie wiedzieliśmy, czy damy radę tu zawrócić. Znaleźliśmy jeden, jednak nie było na nim miejsca na przyczepę, tylko mały parking, gdzie na upartego zmieścilibyśmy się. Pojechaliśmy jeszcze kawałek dalej w nadziei, że znajdziemy może jakieś inne miejsce, ale nie. Był co prawda bardzo duży i równy parking przy rampie do wodowania łodzi na rzekę, jednak znaki wyraźnie informowały o zakazie nocowania na nim (jak się później okazało, błędnie). Postanowiliśmy więc zawrócić. Nie było to łatwe, bo jechaliśmy bardzo wąską drogą, bez pobocza. A jak była jakaś droga w bok, to była tak ostro pod górę, że próbując w jedną wjechać rozwaliliśmy sobie kolejny podnośnik w przyczepie… Ups… W końcu zawróciliśmy właśnie na rzeczonym parkingu przy rampie do wodowania łodzi i wróciliśmy na ten malutki parking przy kempingu. Wcisnęliśmy tam naszą przyczepę. Piotrek to mistrz parkowania równoległego tyłem z przyczepą. Poradził sobie na raz. Mistrz! No i poszliśmy spać. Rano około 7.00 zapukała do nas pani, host kempingu i poinformowała, że nie możemy tutaj parkować naszą przyczepą i że jeśli chcemy tu spać to mamy pojechać na parking przy rampie do wodowania łodzi, zapłacić 26$ i spać tam. I tak, tak, można… Pierwsza noc pod Yosemite nam się więc upiekła, spaliśmy za darmo przy kempingu, ale nielegalnie. Z samego rana, gdy tylko się zebraliśmy, o 11.00, ruszyliśmy do doliny Yosemite. Zaparkowaliśmy przyczepę na parkingu przy Sentinel Beach (polecamy, dużo miejsca, nie tak dużo ludzi), złapaliśmy zasięg, podzwoniliśmy więc do rodziny, zrobiliśmy dzieciom zupę, sobie grilla i tak się zeszło do 16 czy 17…

Przyczepę zostawiliśmy na parkingu a my samym samochodem pojechaliśmy do biura rezerwacji kempingów w Half Dome Village z nadzieją, że znajdzie się dla nas miejsce. Gdy tam dojechaliśmy, akurat jedna pani rezygnowała ze swojego miejsca, było jednak po pierwsze za małe na przyczepę, po drugie dostaliby je ludzie, którzy byli przed nami w kolejce. Cóż, musieliśmy się więc wysilić i wymyślić gdzie będziemy spać. Wybraliśmy picnic area zaraz za El Portal. Poprzedniej nocy widzieliśmy, że ktoś tam nocował w kamperze. Nie ma tam wielkiego znaku zakaz nocowania i zakaz kempingu. Jest tylko karta z regulaminem, gdzie malutkim druczkiem, w punkcie 37 napisane jest, że picnic area należy używać od wschodu do zachodu słońca tylko i wyłącznie. Nie mając żadnej darmowej alternatywy postanowiliśmy zostać. A jeśli się ktoś przyczepi to się przeniesiemy na parking przy rampie do wodowania łodzi, po drugiej stronie rzeki. Nikt się nie przyczepił. Ale zanim tam pojechaliśmy, wybraliśmy się autem na Glacier Point podziwiać widoki na przepiękną skałę Half Dome górującą nad doliną. Zuza znalazła tam sobie koleżankę, spędziliśmy więc całkiem sporo czasu na punkcie widokowym. Gdy Zuzia spotyka dzieci to pozwalamy jej się z nimi jak najdłużej bawić. Brak rówieśników do zabawy to najtrudniejsza rzecz dla Zuzi w tym całym naszym wyjeździe.

Kolejnego dnia mieliśmy nastawione budziki. Zebraliśmy się o 6.30 rano, śpiące dzieci przenieśliśmy do auta (Staszek na szczęście poszedł o własnych siłach, hehe), i ruszyliśmy ustawić się w kolejce po zwolnione miejsca na kempingu. Biuro rezerwacji otwiera się o 8.00 rano i dokładnie wtedy wyszła z niego pani i poinformowała nas, że na dzisiaj nic się nie zwolniło, ale że możemy się zapisać na listę rezerwową i wrócić o 15.00 sprawdzić, czy w międzyczasie ktoś nie zrezygnował. Tak zrobiliśmy. Zjedliśmy śniadanie, ogarnęliśmy się i ruszyliśmy na szlak do Upper Yosemite Falls z zamiarem zrobienia jego połowy. Chcieliśmy wykorzystać fakt, że tak wcześnie wstaliśmy i ruszyć na szlak zanim zrobi się gorąco, jednak znów wyszło, że ruszyliśmy o 11.00. Musimy się chyba poddać i zaakceptować, że zebranie się wcześniej jest dla nas praktycznie niemożliwe… A tyle sobie obiecywaliśmy!

Szlak na Upper Yosemite Falls nie jest bardzo trudny, jednak biorąc pod uwagę, że szliśmy z dziećmi trzeba przyznać, że był wymagający. Szlak pnie się w górę względnie gładkimi serpentynami, które jednak w wielu miejscach mają wysokie kamienne schody, na których do tego jest cieniutka warstwa piasku, przez co przyczepność ma się niewielką. Trudno pokonywać te schody z Jaśkiem w chuście, Zuzka też ma trudności. Idzie dzielnie sama, jednak musi często i długo odpoczywać, przez co zamiast iść w górę 1.5h szliśmy chyba 3. Ale doszliśmy i widok pełnego wodospadu Yosemite zdecydowanie wynagrodził nam trud wchodzenia pod górę! Byliśmy niestety na tyle daleko od wodospadu, że nie dolatywała do nas orzeźwiająca, chłodna mgiełka. Tylko przy silniejszych podmuchach wiatru w naszą stronę można było poczuć świeżość wodospadu. Posililiśmy się, odpoczęliśmy i ruszyliśmy w dół. Droga w dół była jeszcze trudniejsza. Było na prawdę łatwo się poślizgnąć na kamieniach. Do tego skończyła nam się woda. Stasiek i ja uzupełniliśmy zapasy wody w strumieniu. Piotrek się bał. Ja tam uważam, że ta woda pewnie jest czystsza niż amerykańska kranówka. Była pyszna. Oczywiście na wszelki wypadek dzieciom nie daliśmy (ale oni mieli jeszcze zapas swojej). Chłopaki zeszli na dół dość szybko, a ja szłam powolutku z Zuzką, której włączyła się faza na bycie przewodnikiem i pokazywała mi jak ostrożnie schodzić po skałach, żeby się nie poślizgnąć. Niech będzie, ważne, że całą drogę w dół przeszła sama i zaliczyłyśmy chyba tylko 4 postoje i jeden upadek (i upadłam ja, ciągnąc Zuzkę za sobą, ale, jak to powiedziała moja szczera córka „mamy miękkie pupy i nic się nie stało!”).

Po zrobieniu szlaku popędziliśmy do przyczepy (stojąc po drodze w korkach, tłum ludzi, jaki był w Yosemite był niewyobrażalny, wolimy nie myśleć, co się tu dzieje w weekend!). Była 16.00. Mieliśmy być o 15.00 w biurze rezerwacji kempingu, dowiedzieć się, czy się załapaliśmy na jakieś wolne miejsce. Oczywiście się nie załapaliśmy, bo się spóźniliśmy 1.5h… Cóż. Pogodziliśmy się ze swoim losem i zabraliśmy się za robienie obiadu, gdy nagle jakaś pani woła do nas z dworu. Pani nocuje na kempingu North Pines i mieli do niej dojechać znajomi, którzy mają rezerwację, ale zepsuł im się samochód i nie dojadą, wobec czego może chcemy odkupić ich miejsca za 30$? Pani doliczyła sobie 4$ napiwku, bo parkowe kempingi wszystkie kosztują równo 26$, ale biorąc pod uwagę wszystkie nasze przygody to i tak dobry deal, oczywiście, że wzięliśmy! Dokończyliśmy zmywać naczynia i ruszyliśmy zainstalować się na kempingu, gdzie spokojnie zjedliśmy i odpoczęliśmy po męczącym szlaku.

Następnego dnia mieliśmy ochotę pójść na rower. Widzieliśmy, że dużo osób jeździ po dolinie na rowerach i nawet jest tu wypożyczalnia. My mamy swoje rowery, Stasiek jednak niestety jeszcze nie. Chciał do prawda biec obok. Poszliśmy jednak do wypożyczalni, sprawdziliśmy ceny – 12.5$ za godzinę lub 30$ za dzień i stwierdziliśmy, że jednak pozostaniemy w Yosemite przy turystyce pieszej. Wybraliśmy się na szlak do podobno przepięknego jeziora Mirror Lake, które akurat gdy tam dotarliśmy było całe zupełnie suche i go nie było… Ale za to była rzeka, piękna, przejrzysta, spokojna i absolutnie lodowata. Zrobiliśmy sobie nad nią piknik, Zuza się nawet wykąpała (odważna jest). Po odpoczynku musieliśmy przeprawić się na drugą stronę. Chłopaki przenieśli wózek, woda była nieco powyżej kolan. Piotrek wrócił po Zuzkę, ja wzięłam Jaśka. Oj zimna ta woda, żeby nie powiedzieć lodowata!

Ze szlaku powrotnego odbiliśmy w bok do Vernal Falls. To kolejny malowniczy wodospad. Szlak znów nie jest trudny, droga jest asfaltowa, jednak jest stromy i pchanie pod górę wózka robi swoje. Chłopaki nieźle się męczą, ale dają dzielnie radę. Wodospad na końcu szlaku jest niesamowity i do tego podchodzi się bardzo blisko, dzięki czemu można nieźle zmoknąć robiąc mu zdjęcia. Somo podejście pod wodospad robiliśmy na raty, bo idzie się po schodach. Nasz wózek daje radę, ale jednak nie po schodach.

Zdecydowaliśmy, że tego dnia wyjedziemy już z Yosemite. Zapomniwszy o tym, że mieliśmy wylać ścieki i dolać wody ruszyliśmy w stronę wyjazdu z parku. Zatrzymaliśmy się jeszcze na picnic area, gdzie zrobiliśmy grilla a Zuza pobawiła się z dzieciakami. I niestety nie mieliśmy możliwości wrócić do dump station, ponieważ zasadniczo nie mieliśmy już paliwa (ani w baku, ani w kanistrze, ani w generatorze), a przed nami było około 20 mil drogi do najbliższej stacji. Rezerwa paliła się od doby, ale wskazówka poziomu paliwa nadal była powyżej zera. Nie mając innego wyjścia postanowiliśmy pojechać na stację benzynową w Crane Flat przy drodze nr. 120. Próbowaliśmy tankować dzień wcześniej w El Portal, jednak stacja Chevron z jakiegoś powodu nie przyjmuje naszych kart, a nie było nikogo z obsługi by zapłacić gotówką. Mieliśmy obawy, że tak będzie i tym razem w Crane Flat, gdzie dojedziemy już po ciemku. Jechaliśmy na oparach. Droga pod górkę, ponad 20 mil, wskazówka już tak bardzo poniżej zera, że bardziej się nie da. Gdyby tu skończyło nam się paliwo, nie byłoby wesoło, bo droga była wąska, kręta i bez pobocza. Nie byłoby gdzie się zatrzymać, stanęlibyśmy na środku drogi. Z duszą na ramieniu, uprawiając eko driving z przyczepą po górach wjechaliśmy w końcu na stację na przełęczy Crane Flat. Stacja była na samym szczycie. Nasze karty nie działały. Na szczęście na stacji był jeszcze ktoś, poprosiliśmy więc by zapłacił swoją kartą a my daliśmy mu gotówkę. Tej nocy spaliśmy na dziko przy drodze Evergreen Road odchodzącej od US120. Jest tu sporo miejsc by się zatrzymać, polecamy! Bardzo polecamy też zatankować dużo i wziąć zapas paliwa w Oakhurst. W parku paliwo jest prawie 2 razy droższe niż normalnie.

Kolejnego dnia mieliśmy jechać do San Francisco, jednak mi bardzo zależało na tym, aby przejechać się Tioga Road – czyli drogą 120 na wschód. Czytałam, że jest tam pięknie. I rzeczywiście. Śmiało mogę powiedzieć, że ta droga to absolutny hit naszego pobytu w Yosemite. Nie dość, że nie ma tu tak wielu ludzi, to droga wzbija się na prawie 10000 stóp (czyli około 3000 metrów) to wiedzie przez lasy, góry, łąki, jeziora. No i śnieg. Po jej bokach miejscami nadal leży śnieg. Mieliśmy z tego niezły ubaw. Polecamy uwadze nasze zdjęcia stylizowane na „nieprzygotowanego turystę, który wybiera się w japonkach na Kasprowy”. Jednak największym hitem i tego dnia i całego naszego pobytu w Yosemite okazało się jezioro Tenaya. Piękne, otoczone przez góry, z krystalicznie czystą wodą, bez tłumów. Rozłożyliśmy hamaczek, wykąpaliśmy się, coś zjedliśmy. Widoki przepiękne. Bajka! Moglibyśmy tu siedzieć kilka dni.


Podsumowując, do Yosemite jechaliśmy myśląc przede wszystkim o tłumach. Park nas na prawdę miło zaskoczył. Zwłaszcza te mniej uczęszczane szlaki są przepiękne! Pamiętajcie by koniecznie przejechać się Tioga Road, zajechać na okoliczne łąki i wykąpać się w jeziorze Tenaya.