Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Z Mount Carmel Junction mieliśmy 20km do wschodniego wjazdu do parku narodowego Zion. Wydawało nam się blisko. Jednak od wjazdu z tej strony do punktu informacji parkowej trzeba przejechać jeszcze kolejne 20km, także w zasadzie to mieliśmy 40km. Ale nie szkodzi. Po zainstalowaniu się na naszej polanie nad rzeczką, u podnóża skały ruszyliśmy do Zion oglądać zachód słońca. Zdecydowanie staje się to naszą tradycją. Już sama droga dojazdowa do Zion robi wrażenie. Jesteśmy jej ciekawi, bo chcemy nią jutro lub pojutrze przejechać z przyczepą przez cały park do Springdale. Na wjeździe dowiadujemy się, że jadąc od tej strony trzeba przejechać przez dwa tunele, z czego jeden jest na tyle wąski, że gdy musi przejechać duża przyczepa (albo nie taka duża, nasza się łapie), to trzeba zamknąć ruch w jednym kierunku, aby mogła jechać środkiem tunelu. A to kosztuje dodatkowe monety, chyba 15$. Cóż, zobaczymy, może jednak zmienimy plany.

Po 45 minutach jazdy dojeżdżamy do Springdale. Tak się przejęliśmy, że z wrażenia wyjechaliśmy z parku zanim udało nam się znaleźć punkt informacji parkowej. Po prostu go przeoczyliśmy. Wracamy się więc i łapiemy się na jeden z ostatnich parkowych autobusów. Od kilku lat do większości szlaków można dostać się tylko parkowym autobusem. Jeżdżą co chwila i są dwuwagonikowe. Zanim się pojawiły w parku robiły się niemiłosierne korki. Wierzę. Wsiadamy do drugiego wagonika i jesteśmy w nim zupełnie sami. Dziś nie będziemy się decydować na żaden szlak, jedziemy z ciekawości. Trasa autobusem w obie strony zajmuje jakieś 1.5h. Wysiadamy na jednym z przystanków w poszukiwaniu toalety i wsiadamy w następny autobus jadący na koniec doliny. Gdy nas tam dowozi, kierowca radzi by z powrotem złapać jeszcze poprzedni autobus, bo ten musi postać kilkadziesiąt minut i pojedzie jako ostatni. Zion robi na nas wrażenie – jest zielono, w dole płynie rzeka, co chwilę widzimy jakieś zwierzaki. Z każdej strony otaczają nas strzeliste góry. Jest inny niż wszystko, co widzieliśmy do tej pory. Przede wszystkim są tu nie tylko skały. Są drzewa, dużo drzew. Po kilku tygodniach spędzonych w Utah drzewa są dla nas powiewem świeżości. W autobusie spotykamy turystów wracających ze szlaku The Narrows. Bardzo chciałam go zrobić. Idzie się najpierw szlakiem a potem strumieniem w wodzie po pas, a po obu bokach ma się skalne ściany, które im dalej się idzie tym są bliżej siebie – stąd nazwa szlaku. Okazało się jednak, że na szlaku jest bardzo dużo wody i jest bardzo zimna. Dodatkowo dowiedzieliśmy się, że bardzo podobny, ale suchy, jest szlak Buckskin Gulch, już poza parkiem, którego fragment chcemy zrobić za kilka dni. Odpuszczam więc sobie. Nie decydujemy się także na najsłynniejszy w Zion szlak Angels Landing. Jest bardzo dużo ludzi, a ten szlak jest długi, męczący i przez jego część idzie się wąziutką granią nad bardzo wysoką przepaścią. Kilka lat temu parę osób niestety spadło. Stwierdziliśmy, że nie ma co się tam pchać z dzieciakami.

Kolejnego dnia rano Piotrek pojechał na pierwsze losowanie pozwoleń wstępu do The Wave, nie udało się dostać. Zrobiliśmy sobie leniwe przedpołudnie i dopiero po wczesnym obiedzie ruszyliśmy do Zion, decydując, że spędzimy tu jeszcze jedną noc. Znów wsiedliśmy w parkowy autobus i wybraliśmy się na szlak Kayenta, z którego następnie poszliśmy do Upper Emerald Pools i do Lower Emerald Pools. W sumie może 4 mile. To bardzo łatwe, miłe i przyjemne szlaki. Ruszyliśmy około 18, co było doskonałą decyzją, bo szlak był już praktycznie pusty. Spotykaliśmy pojedynczych turystów. Nam to bardzo odpowiadało, bo nie przepadamy za tłumami. Mi trochę dokuczało kolano, nie szliśmy więc jakoś szybko. Same Emerald Pools są bardzo ładne, myślę, że wiosną, gdy jest tu więcej wody robią właściwe wrażenie. Teraz praktycznie nie było widać żadnego wodospadu, jakaś cieniutka stróżka wody kapała ze skał do jeziorka w dole. I żaby, pełno tu rechoczących głośno żab! Wiosną szczególnie duże wrażenie musi robić przejście pod Lower Emeral Pools, bo idzie się za wodospadem. Teraz także tutaj było bardzo mało wody, co widać na zdjęciach. Zaczęło zachodzić słońce i robić się późno, a my jakoś zupełnie nie pilnowaliśmy czasu. Gdy w końcu spojrzeliśmy na zegarek okazało się, że mamy chyba tylko pół godziny do odjazdu ostatniego autobusu. No to trzeba przyspieszyć. Ostatnie kilkaset metrów w zasadzie biegliśmy. Gdy dobiegliśmy na przystanek autobus właśnie odjeżdżał. Próbowaliśmy go zatrzymać jeszcze przy szosie, ale nie udało się. Troszkę spanikowaliśmy, bo do samochodu mamy 6km, jest ciemno, jesteśmy zmęczeni a Jasiek za chwilę będzie się domagał mleka. Na przystanku zorientowaliśmy się jednak, że uciekł nam przedostatni autobus, a nie ostatni. I rzeczywiście, za kilka minut podjechał ten ostatni (chociaż podobno po tym ostatnim jest jeszcze jeden, o 22, który zbiera tych, co za późno schodzą ze szlaku, nie jest to jednak potwierdzona informacja). Trafia nam się kierowca z poczuciem humoru i masą wiedzy, opowiada różne parkowe ciekawostki. Znów wracamy z turystami, którzy zeszli z The Narrows i widząc jak są zmęczeni gratulujemy sobie w duchu decyzji, by nie robić tego szlaku. Chociaż gdzieś tam w środku trochę żałuję. To powiedziawszy nasz szlak był niezwykle malowniczy i wyjątkowo przyjemny. Polecamy go, zwłaszcza z dzieciakami.

Zebraliśmy się raz dwa i ruszyliśmy w daleką drogę do przyczepy. Drogę oświecał nam przepiękny, jaśniutki księżyc w pełni. Białe skał Zionu wyrastające wzdłuż drogi wyjazdowej prezentowały się w nim wyjątkowo bajecznie.