Arizona – Sedona czyli lokalne Zakopane

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Do Flagstaff w Arizonie jechaliśmy autostradą I40, która została zbudowana wzdłuż kultowej Route 66, która obecnie w wielu miejscach po prostu już nie istnieje. A w tych miejscach upadły także miejscowości, które kiedyś żyły z przejezdnych. Jedną z nich jest Two Guns. Wioska, po której została tylko ruina stacji benzynowej oraz ruina kempingu. Jest on nawet opisany na freecampsites.net. Robimy po nim rundkę i chyba nie zdecydowalibyśmy się tu zatrzymać.

Do Flagstaff dojechaiśmy z zamiarem zostania jedną, może dwie noce. Znaleźliśmy świetną, do tego darmową, dziką miejscówkę w lesie po drodze do obserwatorium marynarki wojennej, które się tutaj znajduje (zamknięte dla zwiedzających). Jasiek już wyzdrowiał, miał trzydniówkę, niestety coś zaczęło pobierać Zuzkę. Drugiego dnia we Flagstaff nadal miała wysoką gorączkę, wybraliśmy się więc do lekarza, dostała antybiotyk, a my postanowiliśmy zostać na miejscu jeszcze jeden dzień, żeby dziewczyna sobie spokojnie odpoczęła. Nie mamy z Flagstaff nawet jednego zdjęcia, bo serio się po prostu byczyliśmy w naszym lesie. Tak bardzo się byczyliśmy, że nawet nie zrobiliśmy zdjęcia tego lasu. Raz nam coś dodało energii i wybraliśmy się na krótką przejażdżkę rowerową po lesie, w poszukiwaniu drewna na ognisko. Drewno znaleźliśmy, jednak nie użyliśmy go, bo tego dnia Zuzka się wyjątkowo kiepsko czuła i szybko zasnęła, a kolejnego dnia był duży wiatr i odradzano palenie ognisk w lesie. Flagstaff znajduje się dość wysoko, na ponad 2000 metrów. Jest więc chłodnawo, w dzień przyjemne dwadzieścia parę stopni, w nocy jednak mieliśmy nawet tylko 4, co odczuliśmy, bo zaczęło nam świrować ogrzewanie w przyczepie. Nie wiemy czemu, zachowuje się tak, jakby akumulator nie dawał rady, ale mam nowy więc nie wiemy co jest na rzeczy. Gdy jest odpalone auto, to działa. Grzejemy więc mocno wieczorami, przykrywamy się ciepło i jakoś dajemy radę. Samo Flagstaff ma bardzo przyjemny klimat. Jest położone przy Route 66, pełno tu małych sklepików, kawiarni.

W końcu trzeciego dnia, gdy Zuzka obudziła się bez gorączki powolutku się zebraliśmy i pojechaliśmy do oddalonej o jakieś 50 mil na południe Sedony. Bardzo nam polecano tam pojechać i szybko zrozumieliśmy dlaczego. Po pierwsze droga nr 89, która tam prowadzi jest prześliczna. Teraz akurat trwa na niej remont i jest zamknięta dla ruchu w godzinach 21-6. Najpierw wiedzie przez pachnący sosnowy las a następnie przykleja się do zbocza góry i zjeżdża serpentynami w dół doliny, by po kilkunastu milach odsłonić widoki na fenomenalne skały, które otaczają Sedonę z każdej strony. Do tego przyjechaliśmy akurat na zachód słońca i skały były skąpane w malowniczym złotym świetle. Gdy dojechaliśmy do miejscowości to zdaliśmy sobie sprawę, że jest czwartek, co samo w sobie nie jest niczym szczególnym, ale TEN CZWARTEK rozpoczyna Memorial Day weekend. Memorial Day jest w poniedziałek. Mówiąc wprost trafiliśmy tutaj w ichniejszą majówkę. My i cała masa amerykanów. No trudno. Jadąc mijaliśmy darmowe kempingi, a na każdym tabliczka „FULL”. Nie szkodzi, mieliśmy upatrzony jeden dziki kemping nieco za Sedoną o dźwięcznej nazwie Lo Lo Mi. Tam też pojechaliśmy. Było już szarawo, słońce dopiero co zaszło, wjechaliśmy kawałek w szutrową drogą i Piotrek poszedł z Zuzką na rekonesans, żeby zorientować się czy warto pakować się dalej. Okazało się, że warto, jednak Jasiek był już tak marudny, że w końcu zdecydowaliśmy się tej nocy zatrzymać przy samym wjeździe i przeparkować następnego dnia.

Z rana wjechaliśmy przyczepą wgłąb kempingu i rozłożyliśmy się. Następnie udaliśmy się do informacji turystycznej, żeby dowiedzieć się jakie szlaki możemy zrobić z małymi dziećmi, czy da się z przyczepką na rower ich zabrać i gdzie są sensowne trasy off-roadowe. Oczywiście nie wybraliśmy się autostradą, tylko pojechaliśmy dalej naszą kempingową drogą, w nadziei, że zawiedzie nas ona jakoś do Sedony. Super, pierwsze off-roady. Było kilka podjazdów, trochę kamulców, kilka razy zastanawialiśmy się, czy nie zawiśniemy. Udało się. Droga dowiodła nas z powrotem do autostrady, ale już dużo bliżej Sedony. Pan w informacji turystycznej wyposażył nas w odpowiednie mapy, ulotki i porady. Po obiedzie w pobliskiej lokalnej knajpo-piekarni (udało nam się tu kupić pyszny chleb, menu dla dzieci niestety typowo amerykańskie). decydujemy się na kolejną trasę off-roadową. W końcu po to mamy samochód 4×4, żeby skorzystać też z takich tras. Piotrek wynajduje coś podobno fajnego i ruszamy. Zaczęło się spokojnie – szutrowa droga, może trochę kamlotów i dziur, komercyjne różowe jeepy przewożące turystów. Zresztą ruch jak na Marszałkowskiej w szczycie. Jednak w pewnym momencie droga się kończy a przed nami wyrasta skała. Lita skała i znak, że wjeżdża się na własną odpowiedzialność i żeby pamiętać, że za holowanie będziemy też musieli zapłacić sami. No dobrze, czyli zaczyna się konkret. Zresztą trasa była w internecie opisana jako trudna, ale przejezdna standardowym 4×4 z większym prześwitem. Już od początku robi na nas wrażenie. Jedziemy po skałach, po prostu po skałach, wyschniętymi rzekami, trochę wąziutkimi drogami. Są podjazdy po kamlotach, jest na prawdę ciekawie. Co jakiś czas zrobione są mijanki, żeby móc minąć się z tymi, co wracają. Dojeżdżamy, podobnie jak wszystkie różowe jeepy, do punktu widokowego nazwanego Submarine Rock (Skała łódź podwodna). Dopiero dalej na trasie, gdy zobaczymy ją z daleka zrozumiemy skąd ta nazwa. Rzeczywiście wygląda, jak łódź podwodna. Teraz wysiadamy z auta i wchodzimy na nią. Rozciąga się stąd niesamowity widok na otaczające góry. Widać też skalę – ludzie są na prawdę malutcy w porównaniu z okolicznymi skałami. Widzimy też stąd fragment naszej dalszej trasy, skalne schody, po których trzeba będzie zjechać, nie powiem, robią wrażenie. Od razu zapowiadam, że ja po nich zejdę na piechotę i poczekam na Piotrka na dole. Oczywiście pod pretekstem konieczności zrobienia mu zdjęć. Po krótkim spacerze wsiadamy z powrotem do auta. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się tą trasą dojechać do wskazanego nam w informacji turystycznej kościoła zbudowanego w skałach. Okazuje się jednak, że choć da się do niego dojechać względnie blisko, to on sam jest po drugiej stronie wielkiej góry i nie ma tam dojazdu od strony, z której się znajdujemy. Musimy się wrócić do miasta i pojechać, jak porządni ludzi, asfaltem. Wracamy więc, znowu jadąc po skałach, pokonując kamienne schody (Piotrek mówi, że nigdy w życiu tak mocno nie wciskał hamulca). Jesteśmy pod wrażeniem właściwości terenowych naszego samochodu. Kościółek rzeczywiście niebrzydki. Architekt się nie mścił. Robimy jeszcze zakupy i jedziemy na lotnisko. Lotnisko znajduje się na szczycie jednej ze skał.

Wjeżdżamy więc i podziwiamy panoramę Sedony. Nieco poniżej znajduje się punk widokowy, gdzie spędzamy trochę czasu czekając na zachód słońca. Zachody słońca na prawdę robią tu na nas wrażenie. Rozkoszujemy się więc widokami, a gdy słońce przestaje nas juz grzać i robi się zimno zawijamy się do przyczepy i idziemy spać.

Sedonę bardzo polecamy. Można by ją porównać do naszego Zakopanego, bo też jest mekką miłośników turystyki górskiej. No i ściągają tu tłumy. Tylko widoki, przepraszamy polskich górali, jeszcze lepsze.

Początkowo myśleliśmy, żeby zostać tu jeszcze jeden dzień, jednak tłumy nas zniechęcają. Robimy więc coś wyjątkowo głupiego i rano jedziemy w kolejne miejsce na naszej liście, gdzie tłumy są wręcz dzikie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *