Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Droga z Mammoth Cave do Atlanty zajęła nam znów więcej czasu, niż się spodziewaliśmy. Nadal nie umiemy trafnie oszacować odległości i czasu, jaki nam zajmie jej pokonanie. Mieliśmy cichą nadzieję, że dojedziemy bez noclegu, ale ponieważ bardzo późno wyjechaliśmy z Pig, musieliśmy zaplanować gdzie się zatrzymamy. Początkowo jechaliśmy przez wioski Kentucky. Bardzo urocze, podoba nam się prowincjonalny klimat tej części Ameryki. W końcu trafiliśmy znów na autostradę, licząc na możliwość przenocowania na Welcome Centre pomiędzy Kentucky a Tennessee. Niestety okazało się, że tutaj nie wolno nocować. Niemożliwe jest też całonocne parkowanie, a zakaz jest pilnowany przez ochronę budynku. Przemiły pan poradził nam jednak by udać się do pobliskiego Walmart Superstore i tam przenocować. Tak też zrobiliśmy.

Bardzo nam się spodobało spanie pod Walmartem. Nie byliśmy jedyni, oprócz nas stało jeszcze chyba 5 kamperów lub przyczep i ze dwa tiry. Do tego Walmart Superstore jest otwarty 24h, więc mogliśmy uzupełnić zapasy na spokojnie, w nocy i wcześnie rano, zanim pojawiły się tłumy. No i nocleg tutaj nic nie kosztuje. Rano poszliśmy jeszcze kupić nowy akumulator do przyczepy. Kosztował 100$. Dodatkowo Walmart pobiera kaucję w wysokości 12$, ale jeśli odda się im stary akumulator to oddają kaucję. Nasz stary niestety był już zupełnie wyczerpany, po 20 minutach wyłączało się światło oraz lodówka, a po kilku godzinach czujnik gazu w przyczepie zaczynał piszczeć z powodu niewystarczającego napięcia. Kupiliśmy też najtańszy grill gazowy (50$ + 12$ za przewód potrzebny do przypięcia go do naszej butli).

Do Atlanty dojechaliśmy po 16.00. Mieszkający tam Michał (mój kolega z podstawówki, od ukończenie której nie mieliśmy okazji się chyba spotkać, pozdrawiamy serdecznie!) polecił nam zatrzymać się na kempingu w parku stanowym Stone Mountain. Wjazd do parku kosztował 15$, kemping 38$ za noc, bardzo drogo. Jednak Passport America obniżył cenę za pierwszą noc do 19$. Niestety zniżka obowiązuje tu tylko na jedną noc, my postanowiliśmy zostać dwie. Załapaliśmy się na ostatnie miejsce z przyłączami (woda i prąd, bez ścieków), które było wolne tylko dlatego, że było trochę nierówne. Na szczęście podłożenie kilku deseczek pod koła przyczepy rozwiązało problem i spało się wygodnie. Warto zanotować, że amerykanie uwielbiają kempingi. To prawie jak sport narodowy, co oznacza, że te najciekawsze są bardzo oblegane i należy je rezerwować na kilka miesięcy przed planowanym przyjazdem. My oczywiście nie mamy żadnych rezerwacji, bo nie wiemy kiedy i gdzie dokładnie dotrzemy. Niektóre kempingi mają, tak jak w Mammoth Cave, miejsca na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy” i to jest nasza jedyna nadzieja na nocowanie na terenie parków narodowych. Nasza przyczepa jest tez „mała”. Tzn. mała w porównaniu ze standardowymi, które stoją na kempingach, a to oznacza, że często da się nas wcisnąć tam, gdzie duży RV nie wejdzie.

Kolejnego dnia (w Wielką Sobotę) przyjechał do nas Michał z rodziną. Przemiłe spotkanie po latach. Zuza uradowana, bo Kai, pięcioletni syn Michała, nie dość, że mówił po polsku i chciał się z nią bawić, to jeszcze przywiózł kolorowanki i świąteczne jajka z naklejkami, które pochowaliśmy po krzakach, by dzieci, prawdziwie po amerykańsku, mogły pobawić się w szukanie jajek. Po zabawie dzieciaki zniknęły w przyczepie i przez godzinę ich nie było, co utwierdziło nas w przekonaniu, że dwuletnia różnica wieku między dziećmi jest idealna.

Wspólnie wybraliśmy się na Stone Mountain, czy wielką kamienną górę, wokół której zorganizowany jest cały park stanowy. Góra jest o tyle ciekawa, że jest to jeden wielki kamlot wystający z ziemi. Dosłownie JEDEN kawałek litej skały. Można na niego wejść piechotą, albo, tak jak my, wjechać kolejką linową za 12$ w dwie strony (dzieci do lat 3 za darmo). Z góry rozpościera się wspaniały widok na dwa centra Atlanty oraz całe przedmieścia. Tylko przedmieść nie widać, bo zasłaniają je drzewa. Generalnie Atlanta jest niesamowicie zielona, poza kilkoma wieżowcami z góry widać w zasadzie tylko korony drzew.

Resztę dnia spędziliśmy na szukaniu rowerów i kupowaniu butów dla Zuzki. Wieczorem odpaliliśmy w końcu naszego grilla, którego złożenie zajęło ponad godzinę, miał ogromną ilość maleńkich śrubeczek.

Kolejnego dnia odwiedziliśmy Michała u niego w domu. Po raz kolejny urzekły nas amerykańskie osiedla. Michał, choć bardzo blisko metra, mieszka na zamkniętym osiedlu. Ale nie, nie wyobrażajcie sobie typowych polskich osiedli strzeżonych z blokami, garażami, kostką brukową i zbyt małą ilością miejsc do parkowania dla gości. Tutaj są bardzo ładne domki szeregowe, masa trawników, nikt od nikogo nie odgradza się płotem. Na prawdę sympatycznie. Do tego 5 minut do metra, którym wszyscy pojechaliśmy na spacer po Atlancie i do jednego z największych akwariów na świecie – Georgia Aquarium. Wstęp jest bardzo drogi – 35$ od osoby dorosłej (standardowo dzieci do lat 3 za darmo), ale warto. Oj warto! W środku zobaczymy wielkie rekiny wielorybie pływające za ogromną szybą razem z innymi rekinami i rybami. Dodatkowo są miejsca, gdzie można dotknąć niektórych morskich zwierząt. Ciężko opowiedzieć, robi ogromne wrażenie. Zuzia była jak zaczarowana. Wybraliśmy się też na pokaz delfinów. Trochę mi to zalatywało cyrkiem i zastanawiałam się czy aby na pewno te delfiny są tak szczęśliwe, jak nam tutaj opowiadają, ale nie wydawały się cierpieć. Za to skakały, pluskały wodą, woziły swoich trenerów na plecach. Cały show nawet fajny.

Zgarnęliśmy przyczepę od Michała i ruszyliśmy w dalszą drogę. Plan był by spać na dziko, na leśnym kempingu, ale jak dojechaliśmy na miejsce, to się okazało, że się trochę boimy. Piotrek miał wizję, że w okolicy grasują seryjni mordercy. Przez 1.5h szukaliśmy innego kempingu, byliśmy w okolicach pięknego jeziora, powinno coś być, ale wszystkie miejscówki były albo pozamykane, albo nie udało nam się znaleźć drogi wjazdowej. Po zmroku wszystko wyglądało dość strasznie. Prawie zdecydowaliśmy się na nocleg pod lokalnym kościołem, ale tu też było strasznie (zwłaszcza, że obok był cmentarz). Mam nadzieję, że zanim dotrzemy do Utah to wyleczymy się ze strachu, bo tam planujemy spać wyłącznie na dziko…

W końcu zdecydowaliśmy się na powrót kilkanaście mil do płatnego kempingu, który widzieliśmy po drodze. L&D Campground, kosztował 23$ z przyłączami (bez ściaków), bez tragedii. Dodatkowo, po drodze wyczaiłam, że niedaleko jest Whistle Stop Cafe w miasteczku Julietta. Kawiarnia zasłynęła w filmie „Smażone zielone pomidory”, i nadal je serwuje (całkiem dobre, oczywiście panierowane i smażone w głębokim tłuszczu) ku uciesze nielicznych turystów zapuszczających się w te strony. A miasteczko żyje z kilku sklepów z pamiątkami i kawiarni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *