Big Sur – wielki błękit na zachód od US1

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Z Los Angeles ruszyliśmy w stronę legendarnej drogi krajobrazowej numer 1 biegnącej wzdłuż Pacyfiku, chcieliśmy zobaczyć jej najbardziej malowniczy i najbardziej znany fragment nazwany Big Sur. Niestety, nie jest to teraz takie łatwe. W tym roku, wskutek ulewnych deszczy w Kalifornii, w kilku miejscach na tej drodze osunęła się ziemia, został także zniszczony jeden most. A ponieważ droga biegnie tak, że z jednej strony ma ocean, a z drugiej góry, to nie ma wielu dróg bocznych pozwalających na łatwe objazdy. Poczytaliśmy jednak i orzekliśmy, że musimy dojechać do Big Sur właśnie od strony gór. Z LA ruszyliśmy więc początkowo drogą numer 1, dojechaliśmy do Malibu, gdzie ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu całe wybrzeże jest chyba prywatne i nie udało nam się znaleźć dojścia obiecanej dzieciom plaży.

Za Malibu droga odbija nieco w ląd i widok oceanu zastępuje widok ciągnących się po horyzont winnic. Też pięknie. Zajechaliśmy nawet do jednej, gdzie Piotrek i Stasiek zabrali się za naprawę jednej podpory w przyczepie, którą wygięliśmy jeszcze w Los Angeles, zahaczając o rynsztok. Ja natomiast, nakarmiwszy wpierw swoje latorośle, udałam się na degustację wina. Winnica była albo bardzo kiepska, albo zdecydowania za dobra, jak na moje kubki smakowe, żadne z próbowanych win mi nie podeszło. No, ale zaliczone, nigdy wcześniej nie byłam w winnicy.

Po winnicy droga znów wróciła nad ocean, a nam udało się znaleźć w końcu plażę przy Moro Rock. Piękna, piaszczysta, z parkingiem zaraz przy wejściu na plażę, no i z widokiem na fantastyczną skałę wyrastającą z wody kawałek od brzegu. Jedynym jej minusem był ogromny wiatr, który bezbłędnie unosił w powietrze miałki jak pył piasek, który następnie dostawał się absolutnie wszędzie. Zrobiliśmy sobie okopy na wydmach i posiedzieliśmy trochę. Całkiem miła miejscówka na obiad. Zuzia zaprzęgła do zabawy Stasia, który, zgodnie z naszymi przewidywaniami doskonale dogaduje się zarówno z Zuzią, jak i Jasiem. Od kiedy do nas dołączył zdarzają nam się w końcu choć krótkie chwile wytchnienia od naszych ukochanych pociech.

Po obiedzie ruszyliśmy autostradą 101 na północ, musieliśmy bowiem dojechać na wysokość miejscowości Bradley, a następnie przebić się przez góry, by dojechać do otwartego, 11 milowego fragmentu Big Sur. W Bradley spędziliśmy noc na parkingu przy autostradzie. Głośno i nic specjalnego, ale za darmo i bardzo nam po drodze. No i absolutnie nic więcej za darmo nie znaleźliśmy. Kolejnego dnia ruszyliśmy w stronę gór. Dojechaliśmy do miejscowości, ehm, wiochy, ehm, dwa-domy-dosłownie o nazwie Lockwood. Chcieliśmy tam zatankować, ale stacja była nieczynna. Powinno nam starczyć paliwa, ale miło by było mieć jakąś rezerwę. Na szczęście mamy jeszcze kilka litrów w kanistrze. Następnie dojechaliśmy na teren zapasowej bazy wojskowej Fort Hunter Ligget, gdzie znaleźliśmy duży, zacieniony parking. Urzekł nas do tego stopnia, że postanowiliśmy zostawić na nim przyczepę, aby nie ciągnąć jej na Big Sur. Droga, którą będziemy jechać jest podobno wyjątkowo wąska i kręta. Absolutnie wszystkie źródła odradzają jechania nią z przyczepą. Dobrze się więc złożyło. Zaparkowaliśmy w cieniu, upewniwszy się, że nie ma żadnych zakazów parkowania i pojechaliśmy na wyczekiwany Big Sur. Było całkiem zimno. Gdy ruszaliśmy było 12 stopni. Droga rzeczywiście zwężała się z każdym ostrym zakrętem. Była bardzo malownicza, aczkolwiek w pewnym momencie wjechaliśmy w chmury i nie było widać absolutnie nic. Ocean zobaczyliśmy dopiero, gdy byliśmy jakieś 500 metrów nad nim. Do Pacyfiku dojechaliśmy na wysokości słynnego, nie bez powodu, przepięknego kempingu Kirk Creek (jedyne 25$ za nocleg na skraju oceanu). A Big Sur? Cóż, góry Big Suru były całe w chmurach, wielki błękit wcale nie był błękitny, tylko ciemno szary, lub wręcz czarny. Szalały fale, rozbijające się o przybrzeżne skały i główną atrakcją było oglądanie wylegujących się na nich lwów morskich. Szczerze, wyobrażaliśmy sobie dziką zieleń, wielki błękit na górze i na dole, piękną krętą drogę i palące słońce… A tu zimno! Przejechaliśmy w obie strony całe 11 otwartych mil pomiędzy parkiem stanowym Limeklin i Treebones Resort, doznaliśmy szoku widząc tutejsze ceny paliwa (6.5$ za galon przy standardowych kalifornijskich cenach na poziomie 2.8$!) i zdecydowaliśmy się zalec na jednej z otwartych plaż. Było zimno! Nie przeszkodziło nam to w zrobieniu kilku ładnych zdjęć, piknikowaniu i puszczaniu kaczek. Taka pogoda też ma swój urok.

Po plażowaniu pojechaliśmy do parku stanowego Limeklin, nastawiając się na krótki spacer do prawdopodobnie przeciętnego wodospadu. Ależ nas miło zaskoczył ten park! Piękny szlak przez bujny, zielony las, żwawy strumień, strzeliste drzewa (wydawały nam się wielkie, ale to było zanim pojechaliśmy oglądać gigantyczne sekwoje) i bardzo urokliwy wodospad na końcu. Polecamy, zwłaszcza, że parkując poza parkiem wchodzi się do niego za darmo. Do tego chmury zaczęły się unosić ustępując miejsca błękitnemu niebu i słońcu. Zobaczyliśmy więc też taki Big Sur, jakim go sobie wyobrażaliśmy. Bajecznie kolorowy, wręcz surrealistyczny. Boski! Zdecydowaliśmy, że chyba jednak, jeśli czas pozwoli, zrobimy też jego północny fragment, gdy będziemy jechać z Yosemite w stronę San Francisco, za kilka – kilkanaście dni. Zanim ruszyliśmy w drogę powrotną postanowiliśmy dolać do baku paliwa z naszego zapasowego kanistra, aby mieć pewność, że dojedziemy do przyczepy.

Do Fort Hunter Ligget dojechaliśmy już dość późnym wieczorem. Orzekliśmy, że skoro nie ma żadnych znaków zakazujących nocowania na tym parkingu, to zostaniemy tu na noc. Dzieci już spały, my też byliśmy zmęczeni. Alternatywą był nocleg przy autostradzie, a tu jest zdecydowanie ciszej i milej. Stwierdziliśmy, że jeśli okaże się, że jednak nie można tu nocować to na pewno ktoś nam zwróci uwagę i wówczas przejedziemy na parking przy autostradzie. Przenieśliśmy dzieci do łóżek, przebraliśmy się w piżamy a tu nagle…. widzimy zbliżający się do nas samochód. To na pewno nie przypadek, zaparkowaliśmy na samym końcu parkingu, na uboczu, z pewnością jedzie więc ktoś do nas. Samochód dojechał. Wyszłam więc przed przyczepę zobaczyć kto to. A to policja. Panowie byli mocno zestresowaniu, chyba nie wiedzieli czego się spodziewać po mieszkańcach przyczepy zaparkowanej za płotem poligonu wojskowego. Mieli ręce na kaburach i było widać, że z lekką obawą się do nas odnoszą. Poprosili abyśmy wyszli z przyczepy i zamknęli drzwi. Wyjaśniłam, że w środku śpi dwoje malutkich dzieci i jedno duże, wobec czego pozwolili mi nie zamykać drzwi. Gdy wyjaśniłam dlaczego tu nocujemy nieco wyluzowali i zaczęli z nami normalnie rozmawiać. Poprosili o dokumentu nasze oraz samochodu. Jeden z nich poszedł do radiowozu sprawdzać dokumenty, drugi został i rozmawiał z nami. Wyjaśnił, że jesteśmy na terenie należącym do rządu USA i że nie można tu ani parkować, ani nocować. Gdy opowiedzieliśmy im o swojej podróży powiedzieli, że jeśli zbierzemy się przed 6.30 rano, to możemy zostać na noc. Tymczasem drugi policjant wrócił z informacją, że coś jest nie tak z naszą rejestracją samochodu. Znamy temat, już raz Piotrka z tego powodu zatrzymała policja w Pahrump. Do tego nie mogli sprawdzić naszych paszportów. No ale poprosili o akt własności samochodu, sprawdzili numer VIN i tyle. Pogadaliśmy jeszcze trochę, obiecaliśmy rano wyjechać stąd przed 6.30 i panowie pojechali. Stasiek tak sprawę przeżył, że w nocy gadał przez sen coś o policji (generalnie co noc mamy niezły ubaw, bo Stasiek co noc gada przez sen). Rano przenieśliśmy śpiące dzieci do samochodu i bez śniadania ruszyliśmy w stronę Fresno u podnóża gór Sierra Nevada, które było naszym przystankiem po drodze do parków narodowych Sequoia i Kings Canyon.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *