Bryce Canyon – sam szczyt Grand Escalante

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Po drodze z Kodachrome Basin do kanionu Bryce mijamy dwa małe miasteczka: Escalante i Cannonville. Nie ma w nich nawet porządnego sklepu, dobrze, że jesteśmy w miarę zaopatrzeni. Przed samym parkiem jest miejscowość Bryce, chociaż trudno to nazwać miejscowością. Jest to chyba zupełnie sztuczny twór z drogimi, turystycznymi sklepami i atrakcjami stworzony tylko po to, by zarabiać na turystach. Bezrefleksyjnie go mijamy w poszukiwaniu upatrzonego kempingu. Wynaleźliśmy dziki kemping zaraz przed wjazdem do parku narodowego, przy drodze, która jest początkiem szlaku Dave’s Hollow. Bardzo polecamy! Przyczepa stała pod płotem parku Bryce, do głównego wejścia mieliśmy 15 minut rowerem, 5 minut autem. Do tego las, piękny zapach, cień, wiatr, gwiazdy. Genialnie! Takich jak my było tu całkiem sporo, musieliśmy wjechać kilkaset metrów wgłąb szlaku by znaleźć wolne miejsce, ale udało się. Po raz kolejny byliśmy tak zachwyceni miejscem, że z wrażenia, nie zrobiliśmy mu zdjęcia. Musicie sami tu przyjechać, żeby je zobaczyć, ot co! Dojechaliśmy wczesnym popołudniem, tradycyjnie więc po rozstawieniu przyczepy ruszyliśmy do parku, by przywitać się z nim w promieniach zachodzącego słońca. Wstąpiliśmy do parkowej informacji, aby dowiedzieć się, które szlaki można zrobić z dzieciakami. Pan nas nie docenił, polecił nam zrobić szlak, który ma pół mili. Popatrzyliśmy jednak na mapę i stwierdziliśmy, że spokojnie damy radę zrobić dwa, Navajo Loop oraz Queens Garden, które w sumie dadzą około 2.5 mili, ale to plan na kolejny dzień. Po trekkingowym doświadczeniu w Wielkiem Kanionie, wiedzieliśmy, że damy radę na tych szlakach. Na razie ruszyliśmy autem do Inspiration Point. Liczyliśmy, że załapiemy się na ostatni parkowy autobus do Bryce Point, i wrócimy stamtąd piechotą do samochodu, ale niestety nie udałoby się. Rozkoszowaliśmy się zatem widokiem na słynny skalny amfiteatr skąpany w promieniach zachodzącego słońca, najpierw z Inspiration Point, a następnie pojechaliśmy na Sunset Point, skąd ogląda się zachody słońca, a raczej skały skąpane w promieniach zachodzącego słońca. Byliśmy ciut za wcześnie i słońce jeszcze dość mocno świeciło, ale wrażenie i tak zrobiło to na nas ogromne.

Tej nocy w końcu zrobiliśmy ognisko. Aż trudno uwierzyć, ale to nasze pierwsze! Zuza uradowana pomagała zbierać patyki, była bardzo przejęta. Posiedzieliśmy sobie przy nim i marzyliśmy o polskiej kiełbasce. Niestety nie udało nam się tutaj na razie znaleźć nic nadającego się do usmażenia w ognisku. Z braku kiełbasy oraz nie mając również ziemniaków, upiekliśmy w żarze batata. Nie powiem, wyszło zacnie. Polecam, Robert Makłowicz. Zuza w końcu padła ze zmęczenia a nam się zebrało na tęsknotę za Wami, drodzy przyjaciele. Po raz pierwszy, ale to chyba tylko dlatego, że po raz pierwszy mieliśmy tak dużo wieczoru dla siebie. Dzieciaki zasnęły o normalnej godzinie, nie musieliśmy planować dalszej trasy, ani szukać kolejnego noclegu, nie zajmowaliśmy się blogiem, tylko się po prostu zrelaksowaliśmy przy ognisku.

Rano ruszyliśmy na szlak. Zaczęliśmy od Sunset Point, skąd zaczyna się szlak Navajo Loop. Robiliśmy tylko kawałek tego szlaku, bo reszta była niestety zamknięta z powodu uszkodzeń po zimie. Trzeba przyznać, że dość kiepsko oznaczono, która część jest zamknięta i poszliśmy fragmentem, który okazał się być ślepym zaułkiem, przez co musieliśmy się trochę wracać. Na szczęście tego dnia mieliśmy ogromne szczęście z pogodą. Było ciepło, pewnie koło 25 stopni, ale niebo było zachmurzone, nie świeciło więc na nas słońce, wiał przyjemny wiatr i szło się na prawdę bardzo miło. Kanion robi oczywiście niesamowite wrażenie. Początek szlaku Navajo jest bardzo ciekawy, bo schodzi się krótkimi serpentynami do przewężenia, zwanego The Wall Street, po wyjściu z którego jest się już w dolinie otoczonym przez słynne hoodoos (tak nazywają się te formacje skalne, które widać na zdjęciach). The Wall Street jest całkiem niesamowite – otaczające nas ściany są wysokie aż do nieba, a wyrastające pomiędzy nimi pojedyncze drzewa wydają się być zakorzenione w skałach i sięgać jeszcze wyżej. Właśnie – drzewa! W dolinie są drzewa, w końcu trochę zieleni! W powietrzu unosi się orzeźwiający zapach sosen, a w uszach rozbrzmiewa wiatr i świerszcze. Nogi nas same niosą – na razie mamy z górki. Szlak jest łatwy, bardzo przyjemny. Gdy dochodzimy do skrzyżowania ze szlakiem Queens Garden, którym dalej chcemy iść, spotykamy strażnika parkowego, który upewnia się, że wiemy co robimy, że mamy odpowiednią ilość wody i pokazuje którędy dalej. Spotkana po drodze rodzina polaków z 5 letnią córką i na oko 3 letnim synem decyduje się zawrócić twierdząc, że szlak Queens Garden to za dużo. My nie zawracamy. Zrobiliśmy już 1 milę, dalszy szlak ma 1.5 mili. Możemy więc albo wrócić tą samą drogą i zrobić 1 milę albo inną i zrobić 1.5. Robimy oczywiście dłuższy szlak, który powolutku, łagodnie zaczyna wspinać się pod górę. Dochodzimy nim do części amfiteatru zwanej Queens Garden, nazwanej tak zapewne z powodu jednej ze skał przypominającej, podobno, królową Wiktorię. Nie wiem, jak wyglądała królowa Wiktoria, ale rzeczona skała rzeczywiście ma w sobie królewską grację. Od tego miejsca szlak zaczyna się piąć pod górę. Bardzo cieszymy się, że pogoda jest dla nas tego dnia łaskawa. Dochodzimy w końcu do Sunrise Point, gdzie szlak się kończy. Stamtąd już po płaskim dochodzimy do Sunset Point, pakujemy się do auta i ruszamy na obiad.

Dzieci posnęły, jedziemy więc do wspomnianej wcześniej wioski Bryce w nadziei, że może znajdziemy w tamtejszym sklepie jakąkolwiek nadającą się na ognisko kiełbasę (odmawiamy smażenia parówek). Niestety. Sklep jest nie dość, że bardzo słabo zaopatrzony to do tego masakrycznie drogi. Mamy taką ochotę na tą kiełbasę, że przez moment rozważamy, czy nie pojechać do najbliższego supermarketu (jedyne 30 mil), w końcu stwierdzamy jednak, że pewnie i tak kiełbasy tam nie będzie, nie ma więc co jechać. Zajechaliśmy za to do Subwaya i na obiad zjedliśmy po kanapce. Subway jest naszym obiadowym ratunkiem, gdy bardzo nie chce nam się gotować. Jest to jednocześnie najtańsza i najzdrowsza opcja na kupny, szybki posiłek w drodze. Za dużą kanapkę (zjadamy po połowie) z masą warzyw płacimy zwykle około 10$ i najadamy się na kilka ładnych godzin. Jak na razie nic Subwaya nie pobiło. Dla ciekawych: oferta jest dokładnie taka sama jak w Subwayu w Polsce. Smak również identyczny. No i Subway jest tu na każdym rogu i na wielu stacjach benzynowych. Polecamy jako budżetową i relatywnie zdrową opcję żywienia się w fast foodach.

Po południu pakujemy szkraby do przyczepki i ruszamy rowerami na kolejny zachód słońca. Z naszego kempingu jedziemy szutrówką do szosy, jakiś kilometr a dalej mamy już asfaltową ścieżkę rowerową prowadzącą przez cały park narodowy, aż do Inspiration Point. Postanowiłam, że nie wezmę ze sobą aparatu – już zaliczyliśmy przecież zachód słońca, nie będę więc dokładać sobie kilogramów do przyczepki. No i nie wzięłam. I co? I oczywiście nastąpił najpiękniejszy zachód słońca jaki dotychczas widzieliśmy. Serio. Szczeny nam opadały. Kolory na niebie były nieziemskie, nie miałam pojęcia, że pomarańcz, czerwień i filet mogą mieć tyle odcieni. A te skały jak w tym bosko wyglądały! I to niebo! A jak księżyc zaczął wschodzić to już w ogóle magia! Cóż, z powodu braku aparatu nie miałam wyjścia, musiałam cieszyć się chwilą. Może to i lepiej. Dla spokoju ducha uwieczniłam całe zjawisko Piotrka chińskim telefonem, zdjęcia nie oddają więc pełnego uroku chwili (zresztą jak chyba nigdy). Sama ścieżka rowerowa do Inspiration Point jest głównie pod górkę, można się zmęczyć z przyczepką. Ale na szczęście jest asfalt, dobrze się jedzie. Co jakiś czas wymieniamy się przyczepką i dajemy radę. Co rusz na łące albo w lesie widzimy pasące się sarny, jest na prawdę magicznie. Wracamy do przyczepy z planem, by zrobić kolejne ognisko, jednak nie dajemy rady. Dobrze, że nie kupiliśmy żadnej kiełbasy. Kładziemy dzieci, podziwiamy przez chwilę księżyc, który tak mocno świeci, że w lesie drzewa rzucają cienie i spokojnie można chodzić bez latarki, a następnie sami padamy na nos. W nocy robi się zimno, na dworzu jest chyba tylko 6 stopni, a nasze ogrzewanie w przyczepie z jakiegoś powodu nie chce działać. Wygląda, jakby akumulator nie ładował się odpowiednio dobrze. Ubieramy się więc ciepło i  zasypiamy.

Rano Piotrek zabiera się za rozkminianie co się dzieje z ogrzewaniem, a ja i dzieci chillujemy na hamaku. Robimy sobie bardzo spokojne przedpołudnie. W końcu zbieramy się i leniwie ruszamy w stronę parku narodowego Zion. Decydujemy się spać na dziko przy skrzyżowaniu Mt Carmel Junction. To dla nas idealne miejsce, bo z jednej strony mamy 20 mil do Zion, z drugiej jakie 30 mil do Kanab, gdzie odbywa się losowanie pozwoleń na wejście do wymarzonej The Wave (opiszemy całe to doświadczenie w kolejnym poście). Założyliśmy, że weźmiemy udział w losowaniu przynajmniej trzy razy, aby zwiększyć swoje szanse na wygranie wejściówki. Ale o tym później. W kolejnym wpisie opowiemy Wam o parku narodowym Zion, a dopiero później napiszemy wszystko o The Wave.

Jedna myśl o “Bryce Canyon – sam szczyt Grand Escalante

  • Jola i Grzegorz 22 czerwca 2017 at 20:58 Odpowiedz

    Widoki wspaniałe. Dziwne że w nocy chłodno, ale chyba tak ma być.
    Pozdrawiamy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *