Chicago. Podróż START!

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Pierwszy tydzień podróży spędziliśmy w Chicago, a dokładniej w Arlington Heights u mamy Kuby z nastopach.pl. Raz jeszcze ogromnie dziękujemy za gościnę i pomoc. Przez ten czas intensywnie szukaliśmy samochodu oraz przyczepy. Chicago zwiedziliśmy bardzo po łebkach, tylko liznęliśmy centrum i przejechaliśmy przez kilka ładnych dzielnic. Więcej zobaczymy pod koniec.

Skupiliśmy się na szukaniu pojazdów. Obejrzeliśmy w sumie tylko dwa samochody. I jeden z nich kupiliśmy. Poszczęściło nam się, u jednego z małych dealerów właśnie pojawiła się Toyota w świetnym stanie. Stara, z gigantycznym przebiegiem, ale za to bardzo zadbana, serwisowana i jeszcze dealer naprawił w niej nam dwie popsute rzeczy i wymienił klocki hamulcowe. Także już trzeciego dnia mieliśmy znaleziony samochód. Pozostało za niego zapłacić. Ha! I to okazało się być pewnym wyzwaniem.

Oczywiście pojechaliśmy do USA zaopatrzeni w konta dolarowe (jedno w mBanku, drugie w Tmobile Bankowe) oraz kartę kredytową. Na nic się to zdało w obliczu konieczności wypłacenia na raz kilku tysięcy dolarów. Otóż większość amerykańskich bankomatów ma limit wypłat wysokości 200-300$ i pobiera prowizję za każdą wypłatę w wysokości 1.5-3$. Niektóre mają limit 1000$. Tak czy siak, większość z nich wypłaca kasę w banknotach 20$. Udało nam się znaleźć bankomaty, gdzie można wybrać, jakimi nominałami chciałoby się wypłacić pieniądze, jednak te nie współpracowały z naszymi kartami. Już kilkakrotnie znaleźliśmy się w sytuacji, że bankomaty nie współpracowały z nami, nie wiemy dlaczego, ale wiemy, że bank Tmobile Bankowe blokuje kartę kredytową, jeśli użyje się jej w dziwnym miejscu (nawet, jeśli uprzedzi się bank o planowanej podróży, warto mieć to na uwadze). W końcu udało nam się wypłacić pieniądze w US Bank w Walmarcie. Ale… w 20$ banknotach. Nasz dealer, PJ, uśmiał się strasznie, pięć razy pogubił się przy liczeniu pieniędzy i chyba w końcu się poddał, wierząc nam, że go nie oszukamy. Zarejestrował nam samochód i pomógł z ubezpieczeniem. Po kilku godzinach wyjechaliśmy od niego naszą nową Toyotą Tundrą.

Nasz gospodarz postanowił nam pomóc w kwestii kasy i zasugerował, aby zrobić mu przelew, a on wypłaci pieniądze bez problemu, w dużych nominałach, w swoim banku. Tak zrobiliśmy, tyle, że… przelew nie dotarł. Zostaliśmy więc w pewnym momencie z dużą dziurą w budżecie. Czemu nie dotarł, nie wiadomo, na szczęście kasa wróciła na nasze konto. Niestety dopiero po kilku dniach. Gdyby więc nie pomoc naszych gospodarzy, którzy do tego czasu pożyczyli nam część potrzebnych pieniędzy, nie udałoby nam się kupić tak szybko przyczepy. Musielibyśmy spędzić w Chicago jeszcze przynajmniej 3 dni.

Przyczepy szukaliśmy bardziej intensywnie niż auta i obejrzeliśmy ich więcej, zarówno u dealerów, jak i u osób prywatnych. O ile samochody u dealerów często były w świetnym stanie, tak z przyczepami bywało różnie. W końcu znaleźliśmy taką, która nam się spodobała. Sprzedał nam ją Todd (pozdrawiamy!), którego dzieci podrosły i nie chcą już z rodzicami jeździć przyczepą, więc Todd szuka czegoś mniejszego. Dla nas jego 8-osobowa przyczepa z wysuwanym modułem jest idealna. Ponieważ dorzuca nam do niej masę gratisów, a my spóźniliśmy się na umówione spotkanie, nawet się nie targujemy. Todd robi szybki instruktaż co i jak. Przypinamy przyczepę do auta i z lekkim strachem ruszamy. Nigdy jeszcze (nigdy!) nie ciągnęliśmy tak dużej przyczepy. Warto tu zauważyć, że w USA nie ma problemu z ciągnięciem wielkiej przyczepy na zwykłym prawie jazdy. W Polsce jazda naszym zestawem na prawie jazdy kategorii B nie byłaby możliwa z kilku powodów: nasza przyczepa jest cięższa od naszego samochodu, cały zestaw waży prawie 6 ton i do tego na autostradzie możemy tu tym spokojnie jechać nawet 75 mil na godzinę, czyli około 120 km/h  (ale jedziemy max 55, czyli jakieś 90 km/h, żeby mniej spalać). Za przyczepę również zapłaciliśmy gotówką w banknotach 100$ od Olka i naszych 20$.

Pozostał nam do rozwiązania jeden problem. Rejestracja przyczepy. Gdybyśmy ją także kupili od dealera to problemu by nie było. Jednak kupując od osoby prywatnej sami musieliśmy ją zarejestrować, co było trudne z jednego banalnego powodu: nie jesteśmy rezydentami stanu Illinois. Aby móc zarejestrować pojazd trzeba udowodnić, że mieszka się w stanie Illinois. Udowadnia się to pokazując: rachunek wysłany na swój adres, list z banku lub umowę najmu nieruchomości. Nic takiego nie mieliśmy. Paweł z interameryka.com zasugerował by wybrać się do Currency Exchange. To taki kantor, który poza wymianą walut realizuje czeki i rejestruje pojazdy. Mieli być bardziej liberalni w podejściu do bycia rezydentem. Okazuje się jednak, że wszystko zależy od tego, do którego punktu Currency Exchange się pojedzie. Byliśmy chyba w 4, do kolejnych 3 dzwoniliśmy i tylko w jednym nam się udało. Z pewnością nie bez znaczenia jest fakt, że znajdował się w meksykańskim pasażu handlowym.

Przyczepa zarejestrowana. Tablice przyjdą do pani meksykanki w biurze Currency Exchange. Na razie dostaliśmy tymczasowe (tekturowe!). Nasz gospodarz zgodził się odebrać te właściwe za nas i wysłać nam tam, gdzie akurat będziemy, gdy już dojdą. Tablice i title (dokumenty potwierdzające własność) naszego samochodu i przyczepy.

Ufff. Możemy ruszać. Jeszcze tylko szybki obiad, zakupy w Walmarcie, wizyta w polskim sklepie (Piotrek zaopatrzył się w pasztet i gulasz angielski, jak wiadomo powszechnie bez tego podróżowanie się nie liczy) i możemy na prawdę ruszać w drogę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *