Death Valley. Tu nawet diabeł nie zagląda.

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Po zrobieniu zakupów w Vegas ruszyliśmy w kierunku Doliny Śmierci, osławionej przez bycie jednym z najniżej położonych oraz najgorętszych miejsc na Ziemi. Droga wiodła przez góry i zasadniczo jej pierwsza połowa była bez ustanku pod górę. Nie pamiętam ile dokładnie musieliśmy się wspiąć, ale dużo. Pokonanie tej trasy, w tym upale, z przyczepą to nie lada wyczyn. Już kilkanaście mil po wyjechaniu z Las Vegas zaczęliśmy zauważać, że nasz samochód przestał schładzać silnik podczas jazdy. Grzał się, także po niecałej godzinie drogi musieliśmy się zatrzymać, aby pozwolić mu ostygnąć. Na dworzu było ponad 43 stopnie, nie dało się wytrzymać. Znaleźliśmy parking, niestety wkoło nie było krzty cienia. Udało się na niego podjechać, włączyliśmy generator i klimę i przygotowaliśmy obiad. Nasz generator też musi stać w cieniu, zdarzyło nam się kilka dni wcześniej, że po tym, jak chodził stojąc na słońcu, wytrysnęła z niego pod ciśnieniem benzyna, a cały zbiornik z paliwem był porządnie spuchnięty. Niewesoło. Piotrek rozłożył więc markizę w naszej przyczepie, schował pod nią generator no i czekaliśmy. Nie jest łatwo schłodzić cokolwiek, gdy na dworzu panuje taki gorąc. Poważnie zastanawialiśmy się, czy nie zawrócić do Las Vegas, aby naprawić samochód. Sprawdziliśmy jednak ile dokładnie mamy do szczytu, gdzie będzie można się zatrzymać oraz czy w Pahrump, do którego jedziemy są jakieś warsztaty samochodowe. Silnik się schłodził, a my bogatsi o trochę wiedzy postanowiliśmy jechać dalej. Nie przejechaliśmy nawet jednej mili, gdy historia się powtórzyła – wskaźnik temperatury silnika znów znalazł się na czerwonym polu. Znów się więc zatrzymaliśmy. Zaczęliśmy też podejrzewać, że straciliśmy sporo płynu chłodniczego, wydostającego się podczas bulgotania i nie byliśmy pewni, czy jest go wystarczająco dużo. Popatrzyliśmy na mapę i zobaczyliśmy, że za dwa kilometry będzie droga, przy której można się znów zatrzymać, a za kolejne dwa mała miejscowość, a w niej remiza strażacka. Stwierdziliśmy, że może uda się tam poprosić o trochę płynu chłodniczego, strażacy muszą mieć swoje sposoby na chłodzenie rzeczy…  Zrobiliśmy dokładnie tak, jak zaplanowaliśmy, po dwóch kilometrach zatrzymaliśmy się przy drodze, która kiedyś prowadziła do kopalni różnych minerałów i zrobiliśmy tam ponownie dłuższy postój. Zaczęliśmy rozważać, czy by nie dolać wody do chłodnicy, czytaliśmy, że w awaryjnych sytuacjach można tak zrobić, ale jakoś się baliśmy. Natomiast nie omieszkaliśmy zastosować się do rady, by otworzyć w aucie ogrzewanie na maksa, to podobno także pomaga chłodzić silnik. Jechaliśmy więc w 45 stopniowym upale w samochodzie z rozkręconym na maksa ciepłym nawiewem. Otworzyliśmy oczywiście okna, co nieco pomagało, ale łatwo można sobie wyobrazić, jak okropnie gorąco mieliśmy w aucie. Strażacy nas niestety nie poratowali płynem chłodniczym. Pozwolili natomiast Zuzce wejść do wozu strażackiego, dali kolorowankę i zabawili rozmową podczas gdy nasz silnik ponownie się chłodził. Pocieszające było to, że dalszą drogę do Pahrump, ostatniego miasteczka przed Doliną Śmierci, mieliśmy już z górki.

Rzeczywiście, jazda z górki i po płaskim szła nam zdecydowanie lepiej, silnik już tak nie szalał. Niemniej, pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy w Pahrump było znalezienie warsztatu samochodowego. No, w sumie to była to trzecia rzecz. Najpierw znaleźliśmy kemping, a potem lekarza dla mnie, bo nagle dostałam 41 stopniowej gorączki i czułam się na prawdę słabo. Pojechaliśmy więc do lokalnej przychodni, zbadano mnie na lewo i prawo i stwierdzono, że w sumie to mam tylko lekko czerwone gardło i może się trochę przegrzałam. Mam odpoczywać. Paradoksalnie, podczas naszej podróży czasu na odpoczynek za wiele nie ma, będzie to więc wyzwaniem. Niemniej, już kolejnego dnia czułam się lepiej, a dnia następnego już nie pamiętałam, że byłam chora.

W Pahrump zostaliśmy trzy noce. Dojechaliśmy na miejsce w piątek, w sobotę Piotrek oddał auto do warsztatu. Okazało się, że problemem był, podobno, korek do chłodnicy i że jednak wyciekał nam płyn. Biedniejsi o 90$ zdecydowaliśmy, że mimo wszystko nie będziemy ryzykować jazdy do Doliny Śmierci z przyczepą. Dlatego zostaliśmy na kempingu jeszcze jedną noc i w niedzielę wybraliśmy się do Death Valley samym autem. Gdy opowiedzieliśmy swoją przygodę Pawłowi z 8Stóp, nieźle się uśmiał. Ich samochód popsuł się dokładnie w tym samym miejscu, co nasz i również musieli zostać w Pahrump, by go naprawić. Sprzedali nam kilka cennych porad co do miasta. Choć miasto to dużo powiedziane. Są tu dwa czy trzy kasyna, Walmart, apteka, kilka sklepów i parę przecznic mieszkalnych i tyle. Niemniej, da się zrobić zakupy i stracić dużo pięniędzy w kasynie. My do kasyna nawet nie weszliśmy, jakoś nie mieliśmy okazji. Paweł wspomniał, że w jednym jest fajny bufet „all you can eat”, ale to już chyba nieaktualna informacja. Przynajmniej nie znaleźliśmy nic na ten temat na stronie kasyna. Skorzystaliśmy natomiast z basenu na terenie kempingu. Mocno zaniżaliśmy średnią wieku, ale woda była przyjemnie zimna i nic innego nie miało znaczenia.

W sobotę Piotrek zabrał dzieciaki i dał mi trochę odpocząć. Sam natomiast miał pierwszą małą przygodę z amerykańską policją – został zatrzymany przez patrol, który jechał chwilę za nim, następnie włączył koguty i kazał się zatrzymać. Okazało się, że policjant jadąc za Piotrem sprawdził w systemie nasze tablice rejestracyjne. Być może zaintrygował go samochód z rejestracją z Illinois kręcący się w sobotę po Parhump w Nevadzie. Niemniej, pan policjant dostał informację, że ten numer rejestracyjny należy do samochodu marki Dodge, a nie Toyota. Stąd zatrzymanie. Na szczęście, okazało się, że nasze tablice, po numerze mają jeszcze małą literkę „B”, policjant stwierdził, że pewnie, jakby sprawdzić tablice z tą literką to by było ok. Sprawdził numer VIN, sprawdził certyfikat potwierdzający rejestrację pojazdu i stwierdził, że wszystko się zgadza. Piotrek mógł więc jechać dalej. Nie była to nasza ostatnia przygoda z policją, ale o następnej przeczytacie dopiero we wpisie o Big Sur w Kalifornii (ta także się skończyła dobrze).

W niedzielę rano ruszyliśmy do Doliny Śmierci. Z Pahrump do Death Valley jedzie się w zasadzie w dół. Jest to w końcu jedno z najniżej położonych miejsc na Ziemi. Jednak, aby dojechać do punktów widokowych Dante’s View i Zabriskie Point, trzeba wjechać odrobinę w górę. Na Dante’s View nie da się wjechać przyczepą. Zaintrygowały nas po drodze na ten punkt znaki ostrzegające przed pszczołami. Rzeczywiście, na samej górze jest ich pełno. Jak tylko wysiądzie się z samochodu podlatują i straszą swoim bzyczącym bzykaniem. A z pszczołami, jak to mawiał pewien znany miś, nigdy nic nie wiadomo. Zachowaliśmy więc odpowiednią ostrożność. Z tego punktu rozpościera się fenomenalny widok na dużą część doliny. Co więcej, można stąd zobaczyć zarówno najniżej, jak i najwyżej położone miejsce w USA. Widać stąd bowiem także Mount Whitney. Było już oczywiście bardzo gorąco, zdecydowaliśmy, że nie będziemy wyjmować dzieciaków z auta, a auto, mimo naprawy, w tutejszej temperaturze zaczynało się szybko nagrzewać na postoju.

Właśnie, jak ciepło jest w najcieplejszym miejscu na Ziemi? Gdy my tam byliśmy temperatura wahała się pomiędzy 48 a 50 stopniami Celsjusza. Było tak gorąco, że gdy wychodziliśmy z samochodu, zatykało nas i miało się poczucie, że nie ma czym oddychać. Nic przyjemnego, serio nigdy więcej nie chcę się znaleźć w takim cieple. Po drodze do Zabriskie Point zrobiliśmy sobie mały off-road, oglądając białe skały przy jednej z bocznych dróg. Na Zabriskie Point trzeba mały kawałek iść od parkingu. Na prawdę mały, może 200 metrów. I ten w sumie 400 metrowy spacer w obie strony to był najtrudniejszy spacer w moim życiu. Gorąco, powietrze parzy, słońce, jakby tego było mało, jeszcze dogrzewa z góry, a wiatr zamiast dawać ukojenie tylko wbija tą całą ciepłotę jeszcze bardziej w skórę. No ale widoki takie, że ho ho! Przepiękne miejsce! Chętnie przyjechałabym tu zimą, aby się dłużej nimi napawać.

Po Zabriskie Point przyszedł czas by zjechać na dół, do doliny, zobaczyć jak to wygląda z innej perspektywy. Zjechaliśmy, wygląda pięknie! Ale jest tu jeszcze cieplej. Nasz samochodowy termometr nie pokazuje nigdy więcej niż 50 stopni, powyżej 50 pokazuje dwie kreski, widzieliśmy więc dwie kreski. Generalnie podczas wizyty w Death Valley wiedzieliśmy, że nasz samochód z klimatyzacją jest jedynym, co chroni nas przed tym piekielnym upałem. Nie czuliśmy się z tym zbyt dobrze, bo gdyby się tu popsuł byłoby bardzo nieciekawie, zwłaszcza podczas drogi powrotnej do Pahrump, na której nie wiem czy spotkaliśmy jakikolwiek inny samochód.

Z głównej parkowej drogi zjechaliśmy tutaj dwa razy: raz wjechaliśmy nieco wgłąb wyschniętego słonego jeziora, bo byłam bardzo ciekawa, jak ta sól wygląda z bliska, a raz zjechaliśmy na boczny szlak, o urokliwej nazwie „Artists Pallette”. Rzeczywiście, skały w tej części doliny są wyjątkowo kolorowe.

Przejechaliśmy jeszcze przez południową część doliny i udaliśmy się w stronę kempingu. Zaczynał nam doskwierać głód, a nie było mowy o zatrzymywaniu się w ten upał. Wróciliśmy więc do Pahrump drogą, którą kolejnego dnia pojedziemy w kierunku Los Angeles i pierwszy raz w życiu widzieliśmy fatamorganę tak realistyczną, że do końca nie byliśmy pewni, czy widzimy jezioro, czy to tylko zwidy…

 

Jedna myśl o “Death Valley. Tu nawet diabeł nie zagląda.

  • Teresa 5 lipca 2017 at 15:52 Odpowiedz

    Ta trasa jest piekna ale warto tam jechac na wiosne a nie w lipcu z malymi dziecmi podziwiam was ze byliscie tacy odwazni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *