Moab – jedno miasto, dwa parki: Arches i Canyonlands

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Z Cortez w Kolorado ruszyliśmy prosto do Moab. Moab położone jest w miejscu, które skazuje to miasto na sukces – pomiędzy dwoma parkami narodowymi: Arches oraz Canyonlands. Do tego teren wkoło zachęca do odwiedzin amatorów kolarstwa górskiego oraz off-roadu, jest tu bowiem bardzo dużo ciekawych dróg. W przewodniku Marianne Edwards znaleźliśmy darmową miejscówkę jakieś 10 mil na północ od Moab, przy szutrowej drodze Willow Springs Road prowadzącej do części parku Arches zwanej Devils Garden. Nie wiemy, czy da się tam wjechać od tej strony, nie próbowaliśmy. Niemniej, miejsce jest popularne i nie jesteśmy sami. Da się spokojnie wjechać dużym RV. Do tego jest wygodnie i relatywnie blisko zarówno do Arches (jakieś 10km) oraz Canyonlands (jakieś 30km). Wiemy więc, że spędzimy tu 2 albo 3 noce. Jeszcze tego wieczoru jedziemy do Arches, zachęceni zbliżającym się zachodem słońca. Znaki przy drodze informują, że od niedzieli (mamy piątek) do wtorku park będzie zamknięty od 19 do 7 rano, także mamy tylko dwie szanse na parkowy zachód słońca. Dziś jest już późno, nie mamy czasu na dłuższy trekking, jedziemy więc do Double Window Arch. Łuki i inne formy skalne widać przez całą drogą przez park, a w naszym miejscu docelowym podwójny łuk widać z parkingu. Dojście pod niego to 10 minutowy spacer. Idziemy, podziwiamy, robimy zdjęcia. Decydujemy się wrócić drogą naokoło, obchodząc łuki z drugiej strony. Pech chce, że Zuzka, która dopiero co zdecydowała się iść sama, a nie na rękach, potyka się i bardzo boleśnie upada na skały. Wygląda to kiepsko i martwimy się, czy nie złamała nosa, zaliczamy więc nocną wizytę na ostrym dyżurze. Nasze ubezpieczenie znów działa bez zarzutu, nic nie musimy płacić. Najważniejsze na początek: Zuzi nos jest cały, nic jej nie jest, ma tylko kilka brzydkich zadrapań i siniaków. Warto tu napisać kilka słów o tym, jak to jest na ostrym dyżurze w USA. Cóż, można powiedzieć, że jak w filmach, albo i lepiej (przynajmniej w Moab). Zostałyśmy przyjęte tak szybko, że nie zdążyłam do końca wypełnić trzech stron niezbędnych dokumentów. Najpierw pielęgniarka Zuzię waży i mierzy, zbiera ode mnie wywiad i po 5 minutach ogląda ją lekarka. Bada, tłumaczy co i jak. W międzyczasie pielęgniarz włącza Zuzi bajkę, bo widzi, że cała jest zdenerwowana (bajka o zombiakach, zdecydowanie dla dorosłych, bo jest 22, ale liczy się gest). Na koniec pielęgniarka obmywa Zuzi ranki, smaruje maścią, pozwala jej wybrać kolor plasterka i koniec. Wszystko trwało może 30 minut.

Kolejnego dnia rano jedziemy najpierw do Dead Horse Point. To ciekawy punkt widokowy. Widać z niego kaniony parku Canyonlands (choć sam punk nie jest jeszcze w parku narodowym). Ciekawa w tym miejscu jest jego historia. Dead Horse Point znajduje się na szczycie płaskiej góry, tzw. mesy. Góra w pewnym momencie ma wąskie na kilkanaście metrów gardło po przekroczeniu którego trafia się na taki, jakby plac, który z każdej strony (oprócz wjazdu na niego) otoczony jest przepaścią. Z niewiadomych powodów w dawnych czasach kowboje zapędzali tutaj mustangi, zagradzali przewężenie a następnie wybierali sobie niektóre z nich, a resztę zostawiali na szczycie góry. Konie umierały tutaj z głodu i pragnienia, z widokiem na płynącą w dole rzekę Kolorado… Smutna historia. Wjazd tutaj jest naszym zdaniem zbyt drogi – 15$ za samochód (na 3 dni). Są co prawda jakieś szlaki i ścieżki rowerowe, ale naszym zdaniem nie uzasadnia to ceny.

Kilka mil dalej zaczyna się park narodowy Canyonlands. Na dziś mamy plan zjechać off-roadową trasą Shaffer Road w dół kanionu, a następnie wrócić asfaltową Potash Road do Moab. Zaglądamy jednak do punktu informacji parkowej, aby dowiedzieć się więcej o off-roadowym szlaku White Rim. Wyczytaliśmy, że jest piękny i wymagający. Chcieliśmy dowiedzieć się, czy rzeczywiście przejechanie go zajmuje 10 godzin. Strażnik parkowy powiedział, że należy liczyć nawet 12-14 godzin, że jest bardzo trudny, że trzeba mieć na niego specjalne pozwolenie, które on może nam bezpłatnie wydać i że na końcu szlaku jest zalany fragment drogi i że jeśli nie damy rady przejechać, to będzie trzeba wracać tą samą drogą, wobec czego powinniśmy mieć odpowiednio dużo paliwa. Wzięliśmy pozwolenie na kolejny dzień i postanowiliśmy, że pojedziemy szlakiem od końca, robi w końcu prawie kółko, dzięki czemu zalany fragment spotka nas w zasadzie na początku drogi i w razie czego będzie można zawrócić po 20 milach a nie po 60. Cały szlak ma 80 mil (jakieś 130km).

Shaffer Road nas urzekła. Szutrowa droga zjeżdżająca pokaźnymi serpentynami w dół kanionu pokazuje go z zupełnie innej perspektywy. Zakręty są ostre, ale droga jest szeroka, jedzie się spokojnie, bez strachu (no ja się oczywiście bałam, ale tylko trochę i tylko na początku). Pokonaliśmy ją dość szybko, może 1.5 godziny jechaliśmy do asfaltu. Dobrze, bo tego dnia zaplanowaliśmy jeszcze zrobić pranie oraz trekking w Arches o zachodzie słońca do Delicate Arch. Tu ważna uwaga – do tego łuku prowadzą dwa szlaki: krótki i długi. Ten krótki w zasadzie prowadzi tylko do punktu widokowego, ale uwaga, z tego punktu o zachodzie słońca łuk jest ciemny, bo słońce jest za nim. Nie podchodzi się też pod sam łuk. Drugi szlak prowadzi pod samiuteńki łuk od drugiej strony, gdzie stoi pięknie skąpany w zachodzącym słońcu. Szlak ten jest dość trudny, długi i męczący. Ma w dwie strony niby tylko 6km, ale pamiętajmy, że idziemy z dzieciakami, do tego dość mocno wspina się w górę, wiedzie po skałach i jest na nim pełno okropnie gryzących meszek i nie ma cienia. Dodatkowym utrudnieniem jest to, że Zuza zasnęła nam w samochodzie i musimy ją budzić. A dziewczyna gdy się ją obudzi w nieodpowiednim momencie ma humor, zupełnie jak jej tata, delikatnie mówiąc nienajlepszy, a mówiąc wprost nie ma opcji, żeby szła sama, Piotrek musi ją więc nieść. Nie ma lekko. Jeszcze zanim ruszymy słyszymy helikopter ratunkowy, coś się wydarzyło na szlaku. Ja idę szybciej niż Piotrek i Zuza, mam więc okazję zobaczyć z bliska, gdzie wylądował oraz jak startuje. Co się stało, nie wiem, ale widzieliśmy po drodze ślady krwi. Ktoś zapewne upadł i coś sobie zrobił. Cóż, my idziemy bardzo ostrożnie i dość wolno.

Ludzi tu oczywiście tyle ile w H&M na Marszałkowskiej, gdy otwierają nową kolekcję znanych projektantów. Żeby zrobić sobie zdjęcie z łukiem trzeba ustawić się w kolejce. Serio. Na szczęście cały teren jest na tyle duży, że ludzie tak bardzo nie przeszkadzają. Jedyne co mnie dziwi, to że większość czeka z robieniem sobie zdjęć aż słońce zajdzie i jest już mocno szaro. Ok. My zrobiliśmy, jak łuk był złoty. Przygotowaliśmy się na wracanie po ciemku, mamy latarki. W dół idzie się o wiele łatwiej niż w górę, Zuza ma też już lepszy humor i trochę idzie sama. No i nie jest już tak gorąco. Niemniej, jesteśmy padnięci i ja już teraz wiem, że nie dam rady kolejnego dnia wstać na wschód słońca w Canyonlands.

Początkowo chcieliśmy wszyscy wstać na wschód słońca a następnie od razu pojechać na szlak White Rim. Jednak stwierdziliśmy zgodnie, że nie damy rady. Zamiast tego wyspaliśmy się, spokojnie rano się spakowaliśmy (prowiant, kocyki, pieluchy) i ruszyliśmy około 9.30 rano. I tak nieźle, jak na nas. Zakładaliśmy, że amerykanie trochę koloryzują trudność szlaku oraz to ile zajmuje czasu, my liczyliśmy, że zajmie nam 10h razem z postojami. Tak, jak planowaliśmy, zaczęliśmy go jakby od końca. Zjechaliśmy do kanionu i O MÓJ BOŻE JAK  TU  PIĘKNIE!!!! Polecamy! Nawet, jak nie chce się robić całego, to polecamy zjechać na dół. Zupełnie inna perspektywa! Widoki zapierają dech w piersiach. Droga jest wymagająca, ma kilka trudnych punktów, ma momenty, że jest bardzo wąsko i z jednej strony góra i kamloty, a z drugiej przepaść. Potrzebne są dobre opony i napęd 4×4. Ale to powiedziawszy, nie było momentu, w którym nasze fabryczne auto by sobie nie radziło. Bardzo docenialiśmy, że mamy sprawną klimę. Na dworzu nie dało się wytrzymać, było 38-40 stopni w cieniu. Samochód, jak nie jechał to silnik zagrzewał się w 5 minut, nie mogliśmy więc sobie pozwalać na długie postoje. Cienia brak, bo słońce w zenicie, zresztą nie miałoby tu co dawać cienia, drzew też nie ma. Jedziemy w zasadzie przez pustynię. Droga jest na zmianę szutrowa albo po litej skale, albo po kamulcach. Trzęsie, mocno trzęsie. Co jakiś czas widać kempingi, jednak aby tu nocować, trzeba mieć specjalne pozwolenie, my nie mamy. Widać też rowerzystów, którzy Bóg wie czemu zdecydowali się jechać tą drogą w tej temperaturze. Szacun. Co chwilę objeżdżamy jakiś kanion, a nad nami wznoszą się wielkie mesy. Na jednym ze zdjęć, dla skali jest samochód osobowy, ciekawe, czy go znajdziecie? Po drodze na jednym z kempingów spotykamy pana, który twierdzi, że nie damy rady przejechać, że dojedziemy na miejsce po zachodzie słońca, jeśli będziemy się spieszyć i nic nie stanie się po drodze. Wiele się nie pomylił, tyle tylko, że my zboczyliśmy jeszcze z trasy by zjechać nad brzeg rzeki Kolorado, tam zrobiliśmy sobie grilla i dopiero ruszyliśmy dalej. Na postój straciliśmy dwie godziny i mimo to do drogi Shaffer, którą tym razem musimy wjechać w górę dojechaliśmy dokładnie pół godziny przed zachodem słońca. Całość zajęła nam 11 godzin razem z dwu godzinnym postojem. Wytrzęsło nas nieźle, byliśmy na prawdę zmęczeni. Ale warto było, oj warto! Tylko rzeczywiście, wskazane jest mieć samochód 4×4 z reduktorem, bo miejscami jest bardzo stromo.

Kolejnego dnia w końcu mi się udało i wstałam o 4.30, aby dotrzeć na wschód słońca do łuku Mesa Arch w parku Canyonlands. Łuk słynie z tego, że o tej porze jest pięknie podświetlony od dołu. Aby do niego dojechać, muszę pokonać jakieś 40km od naszego kempingu. Z parkingu do łuku prowadzi krótki szlak – 750 metrów w dwie strony. Na parkingu stoi kilka samochodów, spodziewam się, że nie będę sama, ale nie spodziewałam się, że będzie aż tyle ludzi, że nie będzie jak zrobić zdjęcia. Muszę nieźle manewrować pomiędzy ustawionymi statywami. Na selfie czas jest dopiero długo po wschodzie słońca, jak już wszyscy sobie pójdą. Na szczęście ludzie, z małymi wyjątkami, są dość mili i udaje się zrobić kilka dobrych zdjęć. To powiedziawszy, jeśli zbyt długo (czytaj powyżej 5 sekund) stało się w miejscu, które ktoś sobie upatrzył, albo weszło się komuś na chwilę w kadr to podnosił się niezły raban. Trzeba mieć nerwy ze stali, żeby zrobić tam dobre zdjęcia.

Jak tylko wzeszło słońce zaczęło się robić niesamowicie gorąco. Postanowiliśmy, że po dwóch dniach jeżdżenia i łażenia damy dzieciom odpocząć i poszliśmy na basen. Popluskaliśmy się w wodzie na otwartym basenie, ale słońce tak grzało, że mimo ciągłego chłodzenia się i mokrej chustki na głowie Jasiu dość szybko miał dość słońca. Zebraliśmy się więc, pojechaliśmy po przyczepę i ruszyliśmy dalej drogą nr 24 w kierunku parku stanowego Goblin Valley oraz parku narodowego Capitol Reef.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *