Nowy Meksyk – dziki zachód, petroglify, Indianie i kosmici

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Kierujemy się ostro na zachód i może trochę na północ. Naszym następnym celem jest VLA – Very Large Array. Jest to przeogromny teleskop podsłuchujący kosmos, na który składa się 27 gigantycznych anten satelitarnych. Każda ma 25 metrów średnicy. Są ułożone w ogromne Y i znajdują się pośrodku niczego. To znaczy znajdują się w idealnym miejscu do podsłuchiwania kosmosu. Podsłuchiwania, bo słuchają fal radiowych wytwarzanych przez ciała niebieskie oraz potencjalnie także przez kosmitów. A miejsce jest idealne, bo teleskop został skonstruowany na ogromym płaskowyżu, z każdej strony otoczonym przez góry, co oznacza minimalne zakłócenia. Gdy dojeżdżamy na miejsce widzimy znaki informujące o zakazie używania telefonów komórkowych oraz wszelkich innych urządzeń emitujących fale radiowe. Grzecznie wyłączamy więc komórki, nie chcielibyśmy przecież, żeby przez nas nie usłyszano kosmitów. Zresztą tu i tak nie ma zasięgu.

Sam teleskop robi niesamowite wrażenie. Wzdłuż każdej z osi owego Y są tory kolejowe, po których na specjalnej platformie transportowane są anteny. Teleskop może mieć je skupione w swoim centrum lub rozciągnięte na blisko 20km na każdym ramieniu. Czyli jakieś 35km średnicy. Taka Warszawa. Każdy talerz waży około 240 ton. Wszystkie razem tworzą JEDEN teleskop słuchający kawałka kosmosu. Dane (z tego co policzyliśmy, każda jedna antena generuje jakieś 40GB na sekundę) są łączone w całość oraz wstępnie przetwarzane przez ogromny superkomputer stojący w budynku nieopodal. Tam też naukowcy analizują cały ten kosmiczny szum oraz decydują, w jakiej pozycji mają być ustawione anteny. Obszar, jaki podsłuchują zmieniany jest co 6 godzin – ogromne wrażenie robi, gdy wszystkie na raz zaczynają się obracać. Mieliśmy okazję to zobaczyć. Całość można zwiedzać, jest tutaj małe muzeum, w którym oprócz wystawy można obejrzeć krótki film o VLA oraz niedługa trasa piesza pozwalająca podejść pod jeden z talerzy. Ten jeden nigdy nie jest przesuwany. Anteny skonstruowane były w latach 70-80, jednak kilka lat temu zostały całkowicie zmodernizowane (światłowody, internety itp).

Po VLA ruszamy w kierunku El Malpais – tu czekają nas rezerwaty Indian i pierwsze spektakularne formacje skalne. Wybieramy oczywiście drogę nie najbardziej optymalną, ale za to potencjalnie krótszą i ciekawszą. Wiedzie ona dokładnie przez środek El Malpais National Conservation Area. Mówiąc wprost – nie ma chyba w USA większego zadupia. Mijamy kilka rancz, oraz kilku piechurów, ale poza tym nie ma tu zupełnie nic. Droga jest szutrowa, trzęsie strasznie, kurzy strasznie i podejrzewamy, że jesteśmy pierwszymi śmiałkami (lub raczej idiotami), którzy zdecydowali się pokonać ją z przyczepą. Jednak po drodze znajdujemy rurę do ścieków, która musiała odpaść innemu RVsowi. Nie jesteśmy więc pierwsi. Rurę zgarniamy – przyda się jako przedłużka. Przeklinamy się w duchu za ten wybór i boimy się trochę o stan naszej przyczepy po tej przeprawie. Baliśmy się, że się rozleci, jednak okazało się, że największym problemem jest brak szczelności. Niby woda nam w deszczu na głowę nie kapie, ale drobniutki kurz wpada do środka bez problemu. Mamy więc grubą warstwę kurzu w środku przyczepy oraz urwane mocowanie kabli i rury ściekowej. Kurz jest dosłownie wszędzie: w każdej szafce, na każdym widelcu, talerzu, owocu… Gdy wchodzę do przyczepy to czuję jak piach zgrzyta mi w zębach. Czeka nas porządne sprzątanie. Decyzja nie była przemyślana. My nie żałujemy, ciekawe doświadczenie, ale więcej się na to nie zdecydujemy. Radzimy unikać szutrówek dłuższych niż 5 mil, no chyba, że ktoś lubi jechać 5km na godzinę, żeby nie kurzyć i nie trząść.

Pod wieczór docieramy do La Ventana – pięknego łuku skalnego, który mamy okazję podziwiać skąpany w promieniach zachodzącego słońca. Decydujemy się na krótki spacer pod sam łuk. Jasiek w chustę, Zuza na nogach. Szlak ma jakieś 500 metrów, może nawet nie, jest oczywiście chodniczek, idziemy więc. Gdzie kończy się chodniczek, zaczyna się szlak po kamlotach pod górę. Jest zamknięty, my jednak decydujemy się przejść kawałek. Warto, bo widok na łuk jest stąd nieziemski. Narażamy się oczywiście na mandat, ale mamy szczęście i nie spotykamy żadnego strażnika. Ta część szlaku jest pewnym wyzwaniem z dzieciakami, ale da radę, trzeba po prostu uważać.

Po drodze do El Moro, gdzie planowaliśmy spędzić noc zboczyliśmy jeszcze z trasy i pojechaliśmy zobaczyć Sandstone Bluffs. Nie mieliśmy pojęcia czego się spodziewać, ale zapowiadało się dobrze. Znów szutrówka, pod górę. Musieliśmy zboczyć może 3 mile od naszej trasy, co wynagrodziły nam przepiękne widoki. Staliśmy na wysokim klifie a przed nami rozpościerał się widok na płaskowyż i góry. Do tego zachodzące słonce – cudnie! Bardzo polecamy. Cały teren El Malpais i El Moro jest pełen zwierzyny. Znaki ostrzegaja przed łosiami – i rzeczywiście kilka razy przebiegły nam drogę, wiele razy widzieliśmy je przy poboczu. W końcu, już po ciemku dojechaliśmy na kemping w El Moro. Jest to tzw. dispersed camping, czyli na nasze to chyba po prostu taki trochę zorganizowany, darmowy kemping na dziko. Droga, a przy niej wyznaczone miejsca do parkowania, stoliki, kręgi na ognisko. Mamy szczęście, trafiamy na ostatnie wolne miejsce. Rozkładamy się i idziemy spać.

Po El Moro nie spodziewamy się nie wiadomo czego. Ot mają być jakieś bazgroły na skałach. Mówią, że starożytne, ale już się nauczyliśmy, że dla amerykanów „starożytne” to takie co mają ponad 400-500 lat. El Moro to wielki kamlot, znaczy się góra wyrastająca z płaskowyżu. W dawnych, ekh, starożytnych czasach (czyli mniej więcej wtedy kiedy zawitali tu Hiszpanie), było to jedyne pewne źródło wody dla przejeżdżających tędy odkrywców, zdobywców, wojskowych i innych pionierów. A jak już tędy jechali i się tu zatrzymywali to chyba musieli zatrzymywać się na dłużej i srogo się nudzić, bo ryli te swoje wykaligrafowane imiona, wiersze itp. Takie „Kazik tu był, lato 1625”). Jest i kilka petroglifów, znaczy się, że i Indianom zdażyło się tu przyjechać. Mniejsza o te starożytne grafiki (spacer by je obejrzeć ma jakieś 0.5 mili, ścieżka wyasfaltowana, da się nawet z wózkiem), niesamowite jest to, co na górze. Początkowo nie mieliśmy zamiaru robić dłuższego szlaku, niby tylko 2 mile, ale jednak pod górę i po skałach, ale w końcu się skusiliśmy. Najpierw mieliśmy pójść tylko do starożytnej (czytaj 1200 rok) wioski na szczycie, ale jak już tam doszliśmy to stwierdziliśmy, że po pierwsze już jesteśmy na górze, dalej więc nie może być dużo trudniej, po drugie nie będziemy przecież wracać tą samą drogą, bo ja bym z tego powodu dostała skrętu kiszek. To bardzo nie po harcersku. Poszliśmy więc dalej. Jasiek oczywiście zaliczał właśnie kimę w chuście, a Zuza, nasz dzielny piechur szalała z radości, była naszym przewodnikiem i nazywała wszystkie roślinki po drodze. Tzn, wymyślała im nazwy w stylu „to jest wluzyna” albo „wluzyna maftant”, albo (podpowiada mi, jak to piszę) „wluzynka pandant”. Wyznaczała tępo, wyznaczała odpoczynki, a cały szlak znów dzielnie przeszła w 95% sama. Mimo, że wchodzi się na górę i idzie po skałach, to szlak jest bezpieczny nawet dla trzylatków. Nie ma mowy, żeby zabrać tu wózek, idzie się głównie po prostu po skałach, ale nie ma w zasadzie żadnych na prawdę niebezpiecznych miejsc. Oczywiście wszystko z rozwagą i rozsądkiem, bo przepaście są, ale daleko od ścieżki. Warto się wybrać na ten spacer i polecamy robić go w drugą stronę niż polecają strażnicy parkowi. Czyli najpierw zrobić szlak do „starożytnej” wioski i na górę, w drodze powrotnej przejdzie się wówczas obok petroglifów. Dzięki temu ma się łagodne podejście pod górę i nieco bardziej strome zejście w dół, ale tu już nogi same niosą, jest ścieżka i jest bezpieczniej schodzić tędy. Cały szlak ma 2 mile. czyli niecałe 4km.

Sądziliśmy, że spędzimy tu może 2 godziny, spędziliśmy chyba 4, ale na prawdę było warto. Wracamy do przyczepy, jemy obiad i ruszamy na spotkanie z na prawdę prehistorycznymi drzewami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *