Prom Koman – Fierze oraz dolina Valbony

Ten post należy do serii: Bałkany 2015
Pokaż więcej postów?

O promie z Koman do Fierze czytaliśmy same dobre rzeczy. Skusiliśmy się, tym bardziej, że mieliśmy ochotę na leniwy dzień. Do Koman dotarliśmy późnym wieczorem. Kemping był delikatnie mówiąc bardzo średni. Nie było trawy, tylko betonowa wylewka i dodatkowo przypisano nam miejsce obok kurnika. W łazience po lustrze chodziły skorpiony, a zapach, jaki się unosił na całej posesji wskazywał, że hodowla kur idzie tu pełną parą. Cóż, to tylko jedna noc.

Z samego rana ruszyliśmy na prom. Prom, jak prom, dość standardowy – na dole samochody, na górze taras dla turystów. Było niemiłosiernie gorąco, i oczywiście nigdzie nie było kawałka cienia. Rozstawiliśmy Zuzce namiot Deryan (polecamy!), aby mogła się nieco schować przed bezpośrednim słońcem i aby miała bezpieczne miejsce do zabawy, my natomiast zabraliśmy się za jedzenie śniadania. Udało mi się kupić świeże figi, gdy czekaliśmy na wjazd na prom, byłam więc bardzo szczęśliwa!

Sam kanion jest uroczy. Rejs trwa około 4 godzin. Rzeka wije się pięknie pomiędzy wyrastającymi z wody górami. Na koniec rejsu można zobaczyć stary prom, cały zardzewiały na szczęście już nie pływa…

Rejs kończy się w miejscowości Fierze, z której mieliśmy ruszać prosto do parku Lure. Nasi nowi towarzysze podróży namówili nas jednak na wspólne odwiedzenie doliny Valbony. Nie żałujemy! Rzeka w tym okresie nie była zbyt wartka a sama dolina gościła również jej stare koryto. Spodziewaliśmy się dziczy, jak w Theth, okazało się jednak, że ta dolina to taka lokalna dolina Kościeliska, ze schroniskami, knajpkami i kempingami. Znaleźliśmy pusty i przyjemny kemping z dala od turystów (z jakiegoś powodu to miejsce jest masowo nawiedzane przez turystów z Kosova), na którym dodatkowo była mała restauracja. Udało się nawet znaleźć miejsce na namiot w cieniu, Zuza zażyła kąpieli z najlepszym widokiem pod słońcem, po czym wszyscy udaliśmy się na kolację. Ryby, które zamówiliśmy pływały sobie żwawo w małej fosie otaczającej restaurację i dokładnie wiedzieliśmy, które za chwilę trafią na nasz talerz. Nigdy chyba nie jedliśmy tak świeżego pstrąga. Wieczorem wybraliśmy się na terenową przejażdżkę po wyschniętym korycie rzeki. Miałam okazję potrenować jazdę po wielkich kamulcach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *