Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Ciężko było nam wyjeżdżać z Yosemite. Tenaya Lake nas niesamowicie urzekło, siedzieliśmy tam dość długo, gdy więc się w końcu zebraliśmy i zgarnęliśmy przyczepę to było popołudnie. Po drodze do San Francisco musieliśmy więc gdzieś przenocować, padło na Walmarta w Modesto. Jeden z Walmartów w Modesto był na terenie centrum handlowego i niestety nie pozwolono nam tam nocować, ale wskazano drugi, gdzie można. Nie było daleko. Dla pewności, że można tam spać zapytaliśmy o to napotkaną panią ochroniarz, która powiedziała, że nie ma problemu. Znaleźliśmy miejsce na uboczu, wybrane taktycznie, aby dosięgało tam sklepowe wifi i poszliśmy spać. O 6.30 rano obudziło nas pukanie do drzwi – jakiś pracownik poinformował nas, że nie można tu spać. Zapewne to dlatego, że nieco rozsunęliśmy przyczepę. Na Walmartach jednak lepiej tego nie robić. Byliśmy z boku, było pusto i sądziliśmy, że nikt się nie przyczepi, a jednak. Zrobiliśmy więc szybkie zakupy i zebraliśmy się w drogę bez śniadania. Najpierw zajechaliśmy do oczyszczalni ścieków w Tracy, gdzie opróżniliśmy zbiorniki na brudną wodę. Niestety, nie było tu wody pitnej, musieliśmy więc jeszcze gdzieś jej poszukać.

W San Francisco mieliśmy nagrany nocleg u Sunity z UXPin, polskiego startupu podbijającego Dolinę Krzemową. Znam się z Marcinem (pozdrawiamy!), jego założycielem i to właśnie on skontaktował nas z Sunitą, która była tak miła, że pozwoliła nam zaparkować przyczepę na swoim podjeździe pod domem w miejscowości Saratoga – około 60 mil od centrum San Francisco. Jeśli nas czytają, to raz jeszcze bardzo serdecznie dziękujemy za pomoc! Sunita dała nam możliwość skorzystania z prysznica u siebie w domu (ależ miło móc wziąć porządny, ciepły, długi prysznic!), pralki i pozwoliła napełnić przyczepowy zbiornik wodą. Zbawienie! Po oporządzeniu się postanowiliśmy wybrać się do San Francisco, aby podziwiać most Golden Gate w świetle zachodzącego słońca. Gdy wyjeżdżaliśmy z Saratogi były 32 stopnie. Im bliżej byliśmy oceanu, tym robiło się zimniej, było coraz więcej chmur, które malowniczo przelewały się przez otaczające Dolinę Krzemową góry, a pod samym mostem temperatura wynosiła jakieś 14 stopni! Do tego było tyle chmur, że mostu nie było w ogóle widać. Staliśmy dosłownie pod nim i nie widzieliśmy nawet cienia pierwszego przęsła. Nic, a nic. Mleko. Byliśmy oczywiście ubrani jak na plażę, szybko się więc zawinęliśmy. Przejechaliśmy się po San Francisco, a gdy zobaczyliśmy, że chmury nieco się rozchodzą wróciliśmy na most, przejechaliśmy na drugą stronę i podziwialiśmy, jak wyłania się z chmur. Najważniejsza rada dla planujących podróż do San Francisco? Przygotujcie się na intensywne wahania temperatur i sprawdzajcie pogodę. Pamiętajcie też, że most najczęściej jest w chmurach. Przejechanie mostem z południa na północ jest darmowe, jadąc z powrotem należy zapłacić. Gdy my jechaliśmy wszystkie budki poboru opłat były zamknięte, jednak widniała informacja, by uiścić opłatę przez internet. Kosztuje to chyba 8$. Na moście zobaczyliśmy też fajne rozwiązanie usprawniające ruch. Otóż są tam specjalne pojazdy, tzw zippery, które przestawiają barierki oddzielające przeciwne pasy ruchu, niczym zamek błyskawiczny. Czyli, jeśli rano więcej aut jedzie na południe, to przestawiają barierki tak, aby na południe jechało więcej pasów ruchu, a po południu, gdy zaczynają się powroty z pracy barierki są przestawiane tak, aby usprawnić ruch na północ. Niesamowite jest to, że te maszyny robią to bez wstrzymywania ruchu.

Kolejnego dnia wybraliśmy się na podbój Doliny Krzemowej. Zaczęliśmy od siedziby Apple, bo po drodze, a następnie mijając masę innych firm oraz zatrzymując się w tajskiej knajpie na obiad skierowaliśmy się do Muzeum Historii Komputerów. Zamykało się o 17.00, dotarliśmy chyba o 15.30, nie mieliśmy więc za dużo czasu, a szkoda, bo muzeum jest fenomenalne! Z całego serca polecamy. Stare komputery, dyski, serwery, superkomputery, gry (można nawet zagrać w oryginalnego Ponga), rewelacja! Moglibyśmy tu spędzić cały dzień, albo i dwa. Zobaczyliśmy tylko dwie wystawy, kilka nas ominęło, czego bardzo żałujemy. Niestety bilety są dość drogie (14$), nie zdecydowaliśmy się więc na powrót kolejnego dnia. Tego dnia w muzeum odbywało się po południu jakieś wystąpienie, zjechało sporo osobistości (podobno), a co druga z nich przyjechała Teslą. Muzeum miało chyba 15 miejsc do ładowania samochodów elektrycznych, wszystkie zajęte, a na środku parkingu ustawił się sznureczek z Tesli czekających na ładowanie. Ciekawy widok. Po muzeum odwiedziliśmy jeszcze Google z ogrodem Androidów oraz Facebooka. Szczerze to żadna rewelacja ta Dolina Krzemowa. Byliśmy w sobotę, było więc całkiem pusto. Taki Mordor na Domaniewskiej, tylko większy i dla każdego jest miejsce parkingowe. No i biznesy na inną skalę. Ale dla zwiedzających to po prostu kilka budynków oklejonych logo znanych firm i tyle. Oczywiście obowiązkowo fota ze znakiem Facebooka była. Z ciekawostek dla geeków – Facebook przejął dawną siedzibę Sun Microsystems, a na tyłach swojego znaku pozostawił oryginalne logo dawnych lokatorów. Można powiedzieć, że w ten sposób uczcili pamięć jednego z dawnych mocarzy Doliny Krzemowej. Zobaczyliśmy też dom Steva Jobsa. Dom, jak dom. Heh, można by się spodziewać, że na parze developer i designer to miejsce zrobi większe wrażenie, ale jednak nie. Zapewne byłoby inaczej, gdybyśmy chwilę tu popracowali. Niestety nie starczyło nam też czasu na odwiedzenie Stanford – tego bardzo żałuję i jeśli tu kiedyś wrócę, to koniecznie wybiorę się właśnie na Stanford.

Następny dzień zrobił natomiast na nas wrażenie ogromne! Będąc w Saratoga widzieliśmy plakaty, że w ten weekend odbywa się tam pokaz starych samochodów. W niedzielę pożegnaliśmy się więc z naszymi gospodarzami, wzięliśmy przyczepę i pojechaliśmy do centrum Saratogi podziwiać cuda amerykańskiej motoryzacji. Ależ to było piękne! Podjęłam decyzję, że jak już będę stara i obrzydliwie bogata to będę kolekcjonować takie auta. Zakochałam się! Jak ktoś kiedyś będzie mi chciał zrobić jakiś prezent i nie będzie miał pomysłu jaki, to z wielką chęcią przyjmę jakiś pięknie wydany album z fotografiami tych cudeniek.

Upał przegonił nas z ulicy, ruszyliśmy więc do San Francisco, oglądać kultowe wzgórza, na których kręcone są te pościgi samochodów, co zawsze któryś wyskakuje na górce w powietrze, tramwaje linowe oraz Chinatown. Uwierzcie lub nie, ale przez samo centrum San Francisco i przez sam środek Chinatown przebiliśmy się z naszą przyczepą. Da radę, ale nie polecamy. Samo miasto trudno nazwać ładnym lub brzydkim. Kolorowe domki przy pochyłych ulicach robią wrażenie, jest też dużo zieleni. Jednak okablowanie, jak w Azji. Ciekawe, że w mieście, w którym rodzą się najnowsze technologie nie położono kabli elektrycznych pod ziemię. Ale trzeba powiedzieć, że w sumie San Francisco nam się spodobało zdecydowanie bardziej niż Los Angeles, ma swój klimat, choć z pewnością, aby go poczuć należałoby tu spędzić więcej czasu. Chcieliśmy jeszcze przespacerować się po słynnej dzielnicy Fishermans Wharf, ale zniechęciły nas tłumy oraz problemy z parkowaniem. Przejechaliśmy więc tylko obok. Zwiedzanie zakończyliśmy po północnej stronie mostu Golden Gate, zjechaliśmy na sam dół, do Travis Marina u stóp mostu, skąd mogliśmy podziwiać panoramę miasta, wyspę Alcatraz oraz sam most.

Dziś prezentował się pięknie na błękitnym niebie, a stąd mieliśmy na niego wyjątkowo piękną perspektywę. Zjedliśmy obiad z widokiem, zrobiliśmy kilka zdjęć, poszliśmy na spacer i wczesnym wieczorem ruszyliśmy dalej na północ przepiękną autostradą 101. Zatrzymaliśmy się na przydrożnym Walmarcie i poszliśmy spać. Kolejnego dnia planowaliśmy zwiedzić już 14sty z kolei park narodowy.

2 myśli o “San Francisco

  • Szalejka 28 lipca 2017 at 12:09 Odpowiedz

    Eh…czerwony mustang przydałby się do kolekcji, fajne fotki

    • Agata Rączewska 29 lipca 2017 at 05:52 Odpowiedz

      Nam też się spodobał, kto wie, może kiedyś!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *