Szkodra i Góry Przeklęte

Ten post należy do serii: Bałkany 2015
Pokaż więcej postów?

Do Albanii wjechaliśmy od strony Gór Przeklętych przejściem w Vermosh-Guci. Na granicy na moment stanęło nam serce, gdy celnik (jako jedyny podczas całej podróży) poposił o dowód, że jestem mamą Zuzy (mamy inne nazwiska). Na szczęście wystarczył mu Zuzki dowód osobisty, gdzie jest moje imię. Na szczęście mieliśmy ten dowód przy sobie. Dopiero w tym momencie uświadomiliśmy sobie, że zapomnieliśmy zabrać przetłumaczony akt urodzenia małej. Upiekło nam się.

Asfalt skończył się tuż za granicą z Czarnogórą ustępując miejsca dobrze utrzymanej szutrówce. Jakieś 20km za granicą spotkaliśmy bardzo zmęczonych polskich rowerzystów oraz całkiem wypoczętego, podróżującego z nimi w przyczepce czworonoga. Po krótkiej wymianie wrażeń z podróży pożegnaliśmy się i pojechaliśmy dalej. Para jechała w stronę Czarnogóry i miała ogromną nadzieję, że usłyszą od nas, że teraz do granicy będzie już tylko z górki. Niestety nie było. Serdecznie ich pozdrawiamy i nadal podziwiamy, że dali radę przejechać Bałkany na rowerach LATEM.

Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła nam się w oczy w Albanii był bunkier. W całym kraju jest ich ponad 60 000 – zostały wybudowane jako część strategii obronnej kraju, głównie w latach 70tych. Można je zobaczyć wszędzie: od zielonych, dzikich zboczy gór po piękne plaże albańskiej riwiery. Są to raczej schrony, z charakterystyczną owalną kopułą, które są odrobinę wkopane w ziemię.

Drugą rzeczą, jaką zobaczyliśmy były góry. Konkretnie Góry Północnoalbańskie, potocznie zwane Przeklętymi, prawdopodobnie dlatego, że bardzo długo uznawane były za niezwykle niebezpieczne i niezdobyte. Dla nas były przede wszystkim piękne. Zaczęliśmy podróż przez nie doliną, jadąc drogą wzdłuż rzeki, co dało nam idealną perspektywę by podziwiać te niezwykłe góry. Wyglądały dosłownie, jakby przed chwilą zderzyły się ze sobą dwie płyty tektoniczne, które na skutek tego zderzenia wyszły z Ziemi. Pierwszy raz widzieliśmy coś takiego. Sprawiały niesamowite wrażenie. Mistycyzmu dodawała znikoma ilość roślinności, wyschnięte koryto rzeki oraz krowy, świnie i owce szukające ostatnich skrawków traw i resztek wody pośród gołych, kurzących się kamieni.

Droga już pewnie niezbyt długo będzie tak urokliwa – trwają tam roboty mające na celu poszerzenie oraz wyasfaltowanie drogi. Z jednej strony fajnie, stali przejezdni pewnie się cieszą, z drugiej trochę żal, że będzie tu mogło dotrzeć więcej samochodów – podejrzewam, że mieszkańcy lokalnych wiosek nie są z tego zbyt zadowoleni.

Po kilku godzinach dotarliśmy na drogą krajową prowadzącą do Szkodry. Znajomi polecili nam, by zatrzymać się na kempingu przed wjazdem do miasta, co też zrobiliśmy. Było wato – to najlepszy kemping z całej naszej podróży: ładny, cichy, tani, nad samym jeziorem, z super sanitariatem oraz świetną (i niedrogą) restauracją serwującą lokalne dania. Mieliśmy zostać na jedną noc, postanowiliśmy jednak zostać dwie i zrobić sobie dzień odpoczynku.

Wykorzystaliśmy ten dzień na zwiedzanie Szkodry. Miejscowość nieszczególna. Zwiedziliśmy lokalny zamek, głównie wart widoku na okolicę, zobaczyliśmy bardzo stary most, kupiliśmy bardzo tanie arbuzy oraz bardzo kiczowate koło i wiaderko z księżniczką i zestawem łopatek dla Zuzki. Po południu Zuzka testowała już je w wodach jeziora.

Poza arbuzami specjałem regionu są chyba myjnie samochodowe. Praktycznie przy każdym domu można znaleźć LAVAZH, czyli dwie butelki z płynem, gąbkę, wąż z wodą i człowieka chętnego umyć Twój samochód za kilka groszy. My się nie skusiliśmy, wiedzieliśmy przecież, że kolejnego dnia czeka nas off-roadowa podróż do Theth (i z powrotem), na którą bardzo czekaliśmy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *