W drodze do Jaskini Mamuciej.

Ten post należy do serii: USA 2017
Pokaż więcej postów?

Z Chicago udało nam się wyjechać dopiero po 18.00, nie mieliśmy więc dużo czasu by gdzieś dojechać. Znaleźliśmy kilka pobliskich kempingów, większość była jednak albo bardzo droga, albo zbyt daleko, albo pełna. Z pomocą przyszła strona freecampsites.net, na której znaleźliśmy Willow Slough Fish and Wildlife Area Campground za 10$ za noc. Dojechaliśmy na miejsce po 22.00, obsłużyliśmy się więc sami. Przy wjeździe na kemping były koperty, na których wpisuje się swoje dane, numer miejsca, na którym się zatrzyma oraz wkłada się do środka opłatę. Od koperty odrywa się kartkę, która ląduje za szybą samochodu, a kopertę  z pieniędzmi wrzuca się do skrzynki i już. Kemping był praktycznie pusty, znajdował się nad jeziorem i był całkiem miły. Był to nasz pierwszy nocleg w przyczepie i z wrażenia nie zrobiliśmy nawet żadnego zdjęcia. Pierwsze poziomowanie przyczepy, pierwsze odpalenie lodówki i świateł w środku na akumulatorze. Pierwsza burza podczas spania w przyczepie. Napędziła nam trochę stracha, bo jeszcze w Chicago czytaliśmy o nadchodzących wichurach, a gdy rano obudziliśmy się na kempingu to na prawdę solidnie wiało, a aplikacja pogodowa Accu Weather informowała, że dla naszego obszaru jest wydane specjalne ostrzeżenie pogodowe o wietrze, deszczu i powodziach. Ostrzeżenie traciło ważność o 7.45 rano i rzeczywiście o 7.40 wiatr i deszcz ustały, a my się uspokoiliśmy. Zebraliśmy się około 11.00 i ruszyliśmy w drogę bocznymi drogami Indiany. Pozwoliło nam to zobaczyć odrobinę amerykańskiej prowincji. Zatrzymaliśmy się nawet na takiej prowincjonalnej stacji benzynowej. Zdjęcie mówi samo za siebie, dwa stare dystrybutory wyglądały przy naszej przyczepie dość komicznie.

Dzień spędziliśmy w drodze, zatrzymując się co jakiś czas na rozprostowanie kości i jedzenie. Co jakiś czas padało a na niebie wisiały ciężkie burzowe chmury. Piotrek nabierał wprawy w prowadzeniu przyczepy w ostrym wietrze. Stwierdził, że nie jest tak źle. Po drodze znaleźliśmy także kolejny kemping, również na freecampsites.net. Wbrew nazwie strona znajduje nie tylko darmowe miejsca do spania. Ale zawsze ciekawe. Tym razem znaleźliśmy kemping na terenie Johnson County Park, w sąsiedztwie całkiem sporej bazy wojskowej Camp Atterbury. Kemping był puściutki i miał zarówno podłączenie prądu, jak i wody. Koszt – 16$, znośnie, tyle, że prąd nie działał… Rano okazało się, że obsługa musi go uruchomić dla każdego zajmowanego stanowiska, a ponieważ dojechaliśmy na miejsce po 21.00, nikogo z obsługi już nie było. Znów obsłużyliśmy się sami. Koperta, skrzynka, wszystko tak samo, jak poprzednio. Tylko niestety nie mieliśmy gotówki, pojechaliśmy więc do pobliskiego miasteczka w poszukiwaniu bankomatu. Znaleźliśmy kilka, ale albo nie były czynne, albo były w sklepie, który już jest nieczynny, albo nie współpracowały z naszymi kartami. Po raz kolejny powtórzyliśmy sobie, że koniecznie trzeba mieć zapas gotówki. W końcu się udało.

Kolejnego dnia spędziliśmy na kempingu sporo czasu, ponieważ postanowiliśmy, że „odzimujemy” naszą przyczepę. Już tłumaczę o co chodzi. Przyczepy na zimę opróżnia się z wody i przepłukuje się instalację specjalnym płynem, aby nic w niej nie zamarzło. Ta procedura nazywa się po angielsku „winterizing”. Gdy na wiosnę uruchamia się przyczepę należy ten proces odwrócić, czyli mówiąc wprost przepłukać porządnie całą instalację wodą, aby pozbyć się zalegających chemikaliów. Niektórzy zalecają nawet przepłukiwanie roztworem z chlorem, my jednak użyliśmy tylko wody. Napełniliśmy kilka razy wszystkie zbiorniki, wylaliśmy całą wodę i już. Cały proces powtórzyliśmy chyba 3 razy zanim zaczęliśmy korzystać z wody w przyczepie. Dlatego też z Johnson County Park wyjechaliśmy dopiero po 15.00. Zuza wyszalała się na dość ubogim placu zabaw, wybiegała się, rozpakowaliśmy wszystko w przyczepie do końca, zorganizowaliśmy rzeczy w szafach i kuchni. W końcu poczuliśmy, że jesteśmy gotowi do kamperowania na całego. Tyle tylko, że nasz akumulator w przyczepie okazał się być bardzo, bardzo słaby. Po kilkudziesięciu minutach gasło w przyczepie światło i nie było mowy o odpaleniu ogrzewania czy pompy do wody. Niestety skończyło się na zakupie nowego akumulatora.

Tego dnia udało nam się już dojechać do Mammoth Cave National Park. Zdecydowaliśmy, że zatrzymamy się na kempingu w samym parku. Nie udało nam się zarezerwować miejsca, ale jechaliśmy wypełnieni nadzieją, że znajdzie się jakieś wolne. Większość kempingów w parkach narodowych ma miejsca przydzielane na zasadzie first come – first served (czyli kto pierwszy ten lepszy). Udało się. Wybraliśmy najtańsze miejsce (za 20$), bez przyłączy. Czyli drogo. Dla porównania, w Johnson County Park zapłaciliśmy 16$ za miejsce z prądem i wodą.

O samym parku w następnym wpisie, zapraszamy!.

Jedna myśl o “W drodze do Jaskini Mamuciej.

  • Grażyna 20 kwietnia 2017 at 19:41 Odpowiedz

    Wspaniale oglądać wasz zdjęcia i z Wami przemierzać Stany. Miło patrzeć na uśmiechnięta rodzinę, Jaś rośnie w oczach. Wielkie całusy dla Zuzy. Pozdrawiam Grażyna Ż

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *